Czas zimowo-wiosenno-życiowych przełomów, czyli jak zaczęłam podróżować

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Siedzę w nowocześnie (jak na khmerskie warunki) urządzonej kawiarni wegańskiej w miasteczku Sihanoukville na południu Kambodży. Żadna ze mnie weganka (nawet aspirująca), ale to najbardziej neutralne miejsce, jakie znalazłam w oczekiwaniu na autobus powrotny do Siem Reap. Neutralne pod względem smaków i zapachów, bo walczę z zatruciem pokarmowym. Ten jeden raz, gdy po blisko dwóch miesiącach pracy przez sześć dni w tygodniu dostałam trzy dni wolnego i bez zbędnej zwłoki wsiadłam w nocny autobus na wybrzeże, by nacieszyć się turkusem wody i wolnością wyspy Koh Rong. Był turkus, była wolność, teraz jest ból. Pomimo tego nie mogę przestać. Przestać myśleć, że i tak się cieszę.

Że turkus wody mam na wyciągnięcie ręki (bądź nocnego autobusu) i już nie muszę przemierzać pół świata, jak to przez lata zwykłam czynić o tej porze roku. Że młoda Francuzka Rosanna, uderzająco przypominająca Sophie Marceu, uczy mnie właśnie francuskiego (postanowienie na 2017), podkreślając wyższość paryskiego akcentu nad innymi. Że tło muzyczne stanowią stare latynoskie piosenki z gramofonu, a młody Khmer w fartuszku kelnera przynosi czarną herbatę i ciasto bananowe (banany są ponoć dobre na żołądek). Że nie ma ryżu. I pizzy, którą się zatrułam. Taki mój skrawek świata w Kambodży.

Cieszę się na wspomnienie, że w ubiegłym roku o tej porze też było piękne i słonecznie. Gdy końcem lutego opuszczałam Arizonę po wielu tygodniach spędzonych w tym stanie wiecznego słońca, pustyni, czerwonej skały i kaktusów. Opuszczałam dla Meksyku i Ameryki Środkowej, gdzie czekały nowe przygody, inne lekcje. Zostawiałam też ważnych dla mnie ludzi, wierząc mocno, że miłość w podróży może funkcjonować. Bolesna to była nauka, jednak zew świata zwyciężył. Nad pustynią Arizony i perfekcyjnie poukładanym życiem w jej stolicy. Zdążyłam się już wyćwiczyć w pożegnaniach. Bo wyjeżdżać jest łatwiej, niż zostawać. Czekają cię odmienne doznania, inne doświadczenia, nowi ludzie. Mnie też zapewne było łatwiej – cały świat czekał. Ważny to dla mnie czas, bo przyniósł wiele zmian. Nieodwracalnych, transformacyjnych u podstaw, zmieniających całkowicie mój fundament przekonań. 

Bo to ten czas w Polsce. I w sercu. Czas zmian. Czas przełomów.

Ten czas w rozkroku, kiedy to jeszcze nie wiosna, ale już nie zima. Kiedy można się w równym stopniu spodziewać siarczystego mrozu, jak i wiosennej ulewy. Gdy słońce coraz śmielej przebija przez chmury, ale jest jeszcze zbyt słabe, aby w pełni cię ogrzać, zapewniając wystarczającą dawkę witaminy D. Gdy chandra coraz częściej wygrywa z długo trenowanym optymizmem, bo jesteś najzwyczajniej zmęczony szarością otoczenia (w końcu lato było wiele miesięcy temu). Gdy padasz z przepracowania, bo ostatnie wakacje były dawno temu.

I kiedy wydaje się, że już nic nie pomoże na te lutowo-marcowe rozterki, wsiadasz do wehikułu, który wzbija się w powietrze, by w ciągu kilku (kilkunastu?) godzin przetransportować cię w odległe krainy, gdzie zawsze świeci słońce, witaminy D jest pod dostatkiem, a uśmiech naturalnie pojawia się na Twojej twarzy, pomimo zmęczenia podróżą i przytłoczeniem nową, nieznaną kulturą. Gdzie opary gorąca buchają ci w twarz, gdy wychodzisz z lotniska i zastanawiasz się dlaczego nadal tak cię to dziwi.

Przełom lutego i marca to dla mnie ważny czas. Czas spełniania marzeń. Tak przynajmniej kojarzył się jeszcze kilka lat temu, gdy mogłam to robić tylko sporadycznie – będąc na etacie, przeznaczając na wyjazd każdy strzęp urlopu. Nie rozdrabniając się, wyjeżdżając raz a porządnie, gdzieś daleko. Poznając kultury, które z europejską mają niewiele do czynienia, a tym samym uczą o świecie w trybie przyspieszonym. Teraz nie tylko robię to na co dzień, ale i w najpiękniejszych miejscach na świecie. Choć nie zawsze tak było…

Zaczęło się niewinnie (podobno wszystkie znaczące przewroty mają niepozorne początki). Parę lat temu, gdy po wielu już odbytych europejskich podróżach, zapragnęłam czegoś innego. Nie z tego kontynentu. I słońca – przytłoczona polską zimową szarzyzną. Wyzwań było wiele – od finansowych po czasowe. Wszak nie jest tajemnicą, że loty międzykontynentalne do tanich nie należą, a 26 dni etatowego urlopu to niewiele na eksploracje inności. Były też obawy, co daleka podróż przyniesie, czy będzie bezpieczna, w końcu wiele (zbyt wiele) słyszy się o ciemnej stronie podróżowania… Ale, jak się okazało, przeszkody są po to, aby je pokonywać. Pokonałam i ja. Wyjechałam.

Pierwszym pozaeuropejskim celem była Tajlandia, która skutecznie obudziła we mnie duszę pozaeuropejskiego eksploratora. Rok później wielkie południowoamerykańskie marzenie: Argentyna, Chile, Urugwaj, a następnie Malezja, Indonezja, Singapur. Zawsze o tej porze – w lutym bądź marcu. Każda  z tych podróży po cichu wnosiła swój mały przełom i była kompletnie wtedy jeszcze nieświadomym zaczątkiem Wielkiej Podróży. Od 2010 do 2015 w podróży z plecakiem po krajach Europy, Azji i Ameryki Łacińskiej spędziłam w sumie 8 miesięcy – niemal cały czas pracując na pełen etat. A to wszystko jeszcze zanim wyjechałam w 9-miesięczną tułaczkę po świecie, która przyniosła osiem nowych krajów, poznanie prawdziwego smaku slow travel jak i… prawdziwe zmiany. Ale zanim do tej tułaczki doszło, wydarzyła się inna podróż… Również o tej porze roku. Dwa tysiące piętnastego.

Podróż katalizator, podróż wyzwalacz, podróż uwalniacz. Uwalniacz przez lata ściśniętej duszy, która chce tańczyć i bawić się. Która pragnie widzieć uśmiechniętych ludzi i ten uśmiech każdego dnia odwzajemniać. Która kocha słońce ponad wszystko. Tak jak latynoską muzykę i kulturę. Która uwielbia ruszać biodrami do dźwięków reggaetonu. Która nie potrzebuje wyszukanych powodów, aby się głośno śmiać. Bo Kuba pokazała mi, że można inaczej. Że można się cieszyć życiem każdego dnia, mimo tego, że nie zawsze jest różowo. Że pomimo wszechobecnych absurdów polityczno-ekonomicznych, piękno bije z wnętrza. Chciałam więcej tego piękna, pragnęłam bardziej cieszyć się życiem. Więc pół roku później wyjechałam. Na dłużej. Choć decyzja na poziomie serca zapadła już wtedy. W lutym, a może w marcu? Gdzieś pomiędzy Hawaną, a Santiago. Między turkusem wód Cayo Coco, a zielenią pól tytoniowych Viñales.

Dziękuję, Kubo, za Trinidad, salsę, radość życia i przypomnienie, że można inaczej. Dziękuję, Arizono, za Grand Canyon, Phoenix i transformujące pożegnania. Za zapętlenie mojego życia jak Horshoe Bend zapętla rzekę Colorado pod granicą z Utah. Dziękuję Kambodżo za Koh Rong, Siem Reap oraz fakt, że w tym roku o tej porze mogę być na Twojej ziemi. Dziękuję, Tajlandio, Indonezjo, Argentyno, Chile za przygotowywanie mnie na prawdziwe życiowe przełomy. Nie tylko zimowo-wiosenne…

 

ZDJĘCIE: Kanion Antylopy, Arizona, USA, listopad 2015.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

2 thoughts on “Czas zimowo-wiosenno-życiowych przełomów, czyli jak zaczęłam podróżować

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *