Co (dobrego) przyniosło pięć miesięcy życia w Azji?

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Po w sumie pięciu miesiącach pobytu w Kambodży i Tajlandii czas pożegnac Azję. Ten czas był pełen nauki, bodźców, zmian. Wracam bogatsza o nowe umiejętności, wiedzę o filozofiach Wschodu, doświadczenie organizacji swoich pierwszych warsztatów wyjazdowych oraz kurs medytacji w buddyjskim klasztorze. To wszystko było możliwe, gdyż otworzyłam się na taką opcję – choć nie zawsze było łatwo. Właściwie to nieraz bardzo trudno. Ale w łatwym się nie uczymy. Łatwe nas rozleniwia. A to zdecydowanie nie był leniwy czas – przeciwnie, wniósł diametralne zmiany w moje życie. Zapoczątkował też fazę innego wymiaru podróżowania, w której los niestrudzonego wędrowca zamieniłam na chwilę na życie osadnika.

Właściwie to w moim podróżniczym życiu zatoczyłam pewnego rodzaju koło. Zaczęło się dawno temu od podróżowania szybkiego, nastawionego na zobaczenie jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, bo czas był walutą cenniejszą niż pieniądze. Tak, jeszcze na etacie, podróżowałam po Argentynie, Chile, Tajlandii, Malezji, Indonezji i wielu innych miejscach w Europie. Dużo i często, z ogromną intensywnością, która nie pozostawiała próżni. Wszystko zmieniło się podczas mojej 9-miesięcznej podróży po Amerykach, gdzie miałam okazję zatrzymać się na dłużej w wybranych miejscach i zrozumiałam, że mam z tego więcej, mimo że teoretycznie widzę mniej. W moim wydaniu slow travel nie zwiedzałam wszystkich miejsc wolniej, jak nazwa mogła by wskazywać, tylko… wybiórczo, selektywnie –  z naciskiem na doświadczanie i przeżywanie, a nie odhaczanie.

I tak sobie dziś myślę, że ten slow travel był zaledwie preludium do kolejnego poziomu wtajemniczenia w moim podróżniczym żywocie. Poziomu, na którym przeszłam z eksplorowania świata w ujęciu czysto geograficznym do eksploracji kulturowej i samopoznawczej. Gdzie zamiast przemierzania obszarów na długość i szerokość, skupiam się na głębokości – głębokości doświadczenia i  wynikającej z niego nauki o świecie, innych, a także o sobie – a może przede wszystkim o sobie? A że lubię słońce, nie jest czystą koincydencją, że właśnie słoneczne obszary do tych eksploracji wybieram – gdy w Polsce plucha lub siarczysty mróz.

Gdy więc jesienią ubiegłego roku poczułam znowu zew drogi i w nią wyruszyłam – tym razem eskplorować Hongkong, Wietnam, Kambodżę, Laos i Birmę – nie przypuszczałam, ile nowego podróż ta w moje życie wniesie. Po pierwsze pozwoliła mi poukładać sobie wiele w głowie, przetrawić rozstanie z dotychczasowym życiem i zebrać odwagę do pójścia własną ścieżką po wielu latach podążania tą utartą. Zaowocowała też w nowe możliwości zawodowe, które w efekcie postanowiłam wykorzystać, wracając do Azji w styczniu i zamieszkując najpierw w Kambodży, a następnie w Tajlandii. A to naprawdę był kolejny level nie tylko w podróży, ale w tej grze zwanej życiem, bo przyszło mi zmierzyć się z realiami pracy oraz wyzwaniami tworzenia własnego biznesu w zupełnie odmiennej kulturze.

Okres kambodżański, czyli znowu się uczę

Okres kambodżański, który przyjęłam trochę jako dar od losu, był czasem pełnym nauki i wyzwań. Albo inaczej – podjęcie pracy w centrum uzdrawiania energii po blisko dekadzie pracy w marketingu było jedym wielkim wyzwaniem! Przez 3 miesiące pobytu w kraju Khmerów nie tylko prowadziłam centrum, ale organizowałam też retreaty, czyli kilkudniowe warsztaty pracy z energią oraz treningi medytacyjne dla ludzi z całego świata. Zostałam instruktorką starożytnej techniki aktywnej medytacji, jak i wielu innych współczesnych technik medytacyjnych. Uczyłam się pracy z energią, czakrami, reiki, diagnozy schorzeń wynikających z blokad energetycznych oraz doboru naturalnych remediów. Tematy niezwykle ciekawe i bardzo na czasie – w naszej zabieganej, zestresowanej rzeczywistości, gdzie coraz więcej ludzi cierpi na schorzenia cywilizacyjne, a medycyna konwencjonalna bezradnie rozkłada ręce.

Okres tajski wyspowy, czyli własny biznes po azjatycku

Podejmując decyzję o powrocie do Kambodży wiedziałam jednak, że musi ona prowadzić do kolejnego kroku na drodze do samodzielności zawodowej. Tak więc naturalne wydawało się wykorzystanie tej wiedzy jak najszybciej, bez zwłoki. Po 3 miesiącach intensywnej pracy i nauki w Kambodży przyszedł czas, aby wcielić jej efekty w końcu w życie – poza centrum, w którym do tej pory pracowałam i które było niejako bezpiecznym inkubatorem. W kwietniu spakowałam zatem mój plecak (który niezmiennie jest moją ulubioną formą bagażową) i wsiadłam w autobus do sąsiedniej Tajlandii. Osiadłam na wyspie Koh Chang, aby pracować nad moimi pierwszymi autorskimi warsztatami holistycznymi. I tu znowu musiałam się zmierzyć z nowymi odkryciami – bo jedno to pracować u i dla kogoś, pod ciepłym płaszczykiem opieki, w inkubatorze, który zawsze ma zasilanie z zewnątrz, który można podregulować w razie potrzeby a drugie robić to samo bez tego płaszczyka, wystawiając goły tyłek na wiatr, gdy temperatura powietrza, wilgotność i skład atmosfery nie są idealne…

Ale miałam pomysł i w niego bardzo wierzyłam. Cała idea zrodziła się najpierw w sercu, a dojrzała w głowie – marzyłam o tym, aby połączyć pasję do podróży i eksploracji świata z wszystkim, czego nauczyłam się podczas pobytu w Kambodży, jak i w trakcie własnej, dwuletniej transformacji gdy zostawiłam wszystko co znane i ruszyłam w podróż po świecie i w głąb siebie. Chciałam stworzyć warsztaty holistyczne łączące różne techniki pracy nad sobą połączone z magiczną scenerią azjatyckich krajobrazów. 

I mimo, że idea była szlachetna i w zasadzie prosta, droga do jej realizacji była czasem ciężka i zawiła. Pierwsze tygodnie pobytu w Tajlandii koncentrowały się na odkrywaniu wyspy i poszukiwaniu idealnego miejsca na realizację mojego marzenia. Pracowałam intensywnie, jednocześnie ciesząc się piękną pogodą, bliskością morza i dzikością natury Koh Changu. Pod tajską palmą opracowywałam szczegółowy program warsztatów oraz dbałam o pozostałe ich elementy, jak rezerwacja zakwaterowania, posiłków i aktywności dodatkowych – snorkelling, masaż tajski i lekcje gotowania od początku były ważną częścią warsztatów. Chciałam, aby ten tydzień był wyjątkowy – by zapewniał idealne proporcje między nauką, relaksem i eksplorowaniem tajskiej egzotyczności. By uczestniczki warsztatów, które specjalnie na tę okazję miały przylecieć z Polski, znalazły przestrzeń na zadanie sobie ważnych pytań i poszukaniu na nie odpowiedzi. By wypoczęły w pięknych okolicznościach przyrody i wyjechały z Tajlandii z paletą sprawdzonych technik zarządzania swoją energią na co dzień. By doświadczyły najlepszego, co Tajlandia ma do zaoferowania – bogatej kuchni, dobroczynnego masażu, ale też odmiennej kultury, dobrego klimatu, morza i plaży. Włożyłam sporo serca i energii w te warsztaty, jeszcze więcej się nauczyłam – często na błędach. Teraz wiem co zadziałało, a co wymaga poprawy i jestem bardzo wdzięczna za tę wiedzę, bo chcę, aby kolejne warsztaty były jeszcze lepsze. Było to doświadczenie niezwykle wzbogacające dla mnie na wielu poziomach. Kolejny dowód na to, że nauka w tej szkole zwanej życiem nie kończy się nigdy.

Okres tajski kontynentalny, czyli czas na wyciszenie

Po tak intensywnych tygodniach z kulminacją 7 warsztatowych dni przyszedł czas na wyciszenie. Na znalezienie równowagi. A że mam tendencję do popadania w skrajności, równowagi postanowiłam poszukać właśnie w skrajnie różnych okolicznościach. Gdy uczestniczki warsztatów odjechały, ruszyłam i ja – tym razem do Chiang Mai na północy Tajlandii, aby wziąć udział w kursie medytacji buddyjskiej. Tutaj w Międzynarodowym Centrum Medytacji Buddyjskiej przez pięć dni pogłębiałam moją praktykę medytacyjną, tocząc walkę z natłokiem myśli w środowisku niemal pozbawionym bodźców – bez internetu, mediów, za to w kompletnej ciszy i białym chałacie. Buddyjski klasztor stał się kolejnym polem do nauki – tym razem o własnych ograniczeniach oraz o sile myśli, które tak jak mogą być naszym przyjacielem, mogą okazać się też największym wrogiem. Na jakimś poziomie wyszłam wygrana. Ale tylko na jakimś, bo walka (nauka?) trwa i pewnie nigdy się nie skończy…

Dziś wracam. Wpis ten powstaje w przestworzach nad Turkmenistanem na wysokości 11 tys metrów, 4,5 tys km od Warszawy, która jest moim celem po tych pięciu azjatyckich miesiącach. Czas znowu zawitać do Polski. Nacieszyć się polskim latem i pierogami mamy. Uściskać wszystkich bliskich sercu, słuchać i opowiadać, łazić po polskich górach. I tak zwyczajnie, choć na chwilę, zagrzać gdzieś miejsca, zatrzymać się i znaleźć grunt, który będzie mi potrzebny do realizacji kolejnych pomysłów. Bo te już kotłują się w głowie i na wszelkie sposoby szukają ujścia. Bo ja dopiero zaczynam!

ZDJĘCIE: Kai Bae, wyspa Koh Chang, Tajlandia, maj 2017.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *