Życie pod psem, czyli zdarzyło się 4 lata temu w Buenos Aires

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Duszne marcowe popołudnie cztery lata temu. Z Elą, partnerką wielu moich podróży, plątamy się po dzielnicy La Boca, podziwiając kolorowe domy Caminito, słynnej uliczki cyganerii artystycznej Buenos Aires. Jetlag daje się we znaki jak mało kiedy. Nic dziwnego, spędziłyśmy w końcu ponad 30 godzin w podróży, w tym 14 w samolocie z Rzymu do stolicy Argentyny, upchane w klaustrofobicznych siedzeniach włoskiego przewoźnika narodowego. Zmęczenie narasta, czas wracać do hostelu, aby w końcu odpocząć. Mijamy La Bombonera, słynny stadion piłkarski Buenos Aires. Dookoła pusto, nie licząc hord zbłąkanych psów, które zalewają tę część miasta. Nagle z przecznicy przed nami wyłania się dwóch nastolatków. Odwracają się, jeden z nich wyciąga broń i celuje w moją stronę, żądając torebki z zawartością. Żyć, nie umierać…

A zawartość jest znacząca. I wcale nie chodzi o lustrzankę, telefon i 2 tys argentyńskich peso świeżo wybranych z bankomatu, które się w niej znajdują, a małą bordową książeczkę ze złotym orłem i napisem „paszport”. Moja przepustka do latynoskiego świata, do spełnienia wieloletniego marzenia podróżowania po Ameryce Południowej. Odwiedzenia Argentyny, Urugwaju, Chile, Brazylii konkretnie. Marzenie, które teraz stoi pod dużym znakiem zapytania, bo jakiś gówniarz chce kasę. Na ćpanie zapewne. Bo raczej nie na chleb, za dobrze jest ubrany. A może na nowy zegarek? Co ja wiem? Mam zalew myśli. Zaledwie w kilka sekund przechodzę od instynktu oddania mu torebki do buntu i decyzji, że będę walczyć – jakkolwiek śmiesznie to brzmi. Sekundy mijają, które pamiętam jak wieczność, chłopak nadal trzyma broń wymierzoną w moją stronę z palcem na spuście. Zaczynam krzyczeć i się z nim szarpać. Jest zaskoczony, zbiłam go z tropu. Nie spodziewał się, że taka niepozorna gringa będzie się pienić. Bierze nogi za pas i ucieka.

Tak, wiem. Miałam więcej szczęścia niż rozumu. Nie pierwszy raz, ale pierwszy zagrażający życie. I wiem też, że żaden paszport nie jest warty utraty życia. Też tak uważam. Tylko, że mój instynkt mówił inaczej. I tak pokierował resztą. Tym razem się udało. Sporo się nauczyłam. Bo to część tych podróżnych lekcji, gdzie nie zawsze jest miło, ale zyskujesz wiedzę w przyspieszonym tempie. Bo w podróży nie zawsze jest różowo. W przyszłości nie będę walczyć, bo nie chcę. Ale też ponieważ podwójnie doceniam życie. Każdy jego moment, każda szansę, jaką daje. A daje ich wiele, tyle że my często nie chcemy widzieć. Koncentrujemy się bowiem nie na tym, co trzeba. Nie na tym, co w życiu ważne, a na nieistotnych głupotach. A skoro mamy już to życie, to warto byłoby je dobrze przeżyć. Najlepiej tak, aby nie żałować…

Kilka lat temu Bronnie Ware, australijska pielęgniarka, która na co dzień towarzyszyła pacjentom na łożu śmierci w ostatnich 3 do 12 tygodniach ich życia, ujawniła, czego umierający żałują najbardziej. Bronnie podkreśla, że ludzie na łożu śmierci są zadziwiająco zgodni. W pierwszej piątce nie znajduje się nowy samochód, dom, sława, czy większe sukcesy zawodowe. Przeciwnie. Najbardziej żałują, że nie mieli odwagi żyć w zgodzie z sobą, i że zamiast tego podążali za oczekiwaniami innych. Drugą wymienianą bolączką był fakt, że zbyt dużo pracowali, nie poświęcając wystarczająco czasu swoim bliskim. Kolejnym najczęściej cytowanym żalem był brak odwagi do wyrażania własnych uczuć, tylko po to, by zachować pozorny pokój z otoczeniem. Czwartym z kolei nieutrzymywanie kontaktu z przyjaciółmi, z których wartości zdali sobie sprawę dopiero na łożu śmierci. Na piątym miejscu znalazł się brak wewnętrznego przyzwolenia i odwagi na życie w zgodzie z sobą, na rzecz pozornego komfortu gwarantowanego przez znajome realia.

Gdyby tak teraz odwrócić i streścić te żale, ludzie ci dostając w darze jeszcze jedno życie, słuchaliby bardziej siebie i mieli odwagę swoje emocje komunikować, żyli by bardziej w zgodzie z tym, co podpowiada im wnętrze, a nie otoczenie i oczekiwania innych, przedkładaliby budowanie relacji z innymi nad pracę zawodową i więcej czasu spędzaliby z rodziną i przyjaciółmi. Niby proste, prawda? A okazuje się, że nie do końca. Bo teoria to jedno, a praktyka drugie…

Połowa grudnia 2016. Ląduję na Okęciu po równie długim locie z Birmy przez Hongkong i Pekin. Wchodzę do Złotych Tarasów, aby schronić się przed siarczystym mrozem, od którego przez ostatnich 9 tygodni podróży po Azji zdążyłam się skutecznie odzwyczaić. Przytłacza mnie ilość kolorów, świecidełek, świątecznych dekoracji, prezentów, promocji, ofert specjalnych, a jeszcze bardziej masa ludzi je konsumujących. Z każdego rogu docierające dźwięki kolęd, które dawno już nie powinny nosić tej nazwy, bo ich prawa autorskie zostały sprzedane klientom audiomarketingu, sprawiając że Cicha Noc stała się kolejnym muzakiem w centrum handlowym.

Szukając schronienia od tego nadmiaru bodźców podążam w stronę najbliższego wyjścia, gdy nagle ktoś z oddali woła moje imię. Głos niby znajomy, ale niezidentyfikowany. Nic dziwnego, ostatni raz widzieliśmy się prawie 10 lat temu. W mojej pierwszej pełnoetatowej pracy, gdy świeżo po studiach z ekscytacją wchodziłam w tajemniczy i fascynujący świat kreacji potrzeb konsumenckich. Podczas gdy ja kreowałam, mój spotkany po latach kolega odpowiedzialny wtedy za sprzedaż, odnotowywał realizację tych potrzeb w swojej tabeli wyników kwartalnych. Od tego czasu oboje kilkukrotnie zmieniliśmy nie tylko stanowiska, firmy, ale i miasta. Co za spotkanie po latach!

Lądujemy w końcu w małej cichej kafejce od strony InterContinentala. Zamawiamy kawę i ciasto i nagle wydaje się, jakby wcale nie upłynęła dekada, a co najwyżej może rok. Mój kolega też uwielbiał podróżować. Za czasów naszej znajomości zwiedził więcej świata niż mnie się wtedy marzyło, miał też szereg pasji, wspinaczka była w ich czołówce. Pasje pozostały, tyle że w sercu, bo codzienna rzeczywistość nie pozwala. W międzynarodowym konsultingu ciężko z czasem. Podobnie, jak z pasjami. Mobilność w ramach czasu pracy 70%. Ale nie taka, gdzie można coś zobaczyć, nacieszyć się. Taka, gdzie widzi się najczęściej filię swojej firmy w danym kraju i… biuro klienta, którego obsługujesz. I dylematy życiowe. Audi czy BMW w ramach samochodu służbowego na kolejny rok (a jak się wykaże, to może tylko kilka miesięcy?). Napęd na cztery koła, czy większy silnik i dodatkowe zabawki w wyposażeniu? Ciężki wybór, a decyzję trzeba szybko podjąć na dniach, wszak nowy rok zbliża się nieubłaganie. Audi A4 czy BMW3?

I gdy już myślisz, że chyba straciłaś ochotę na tę kawę, bo rozmowy o nowym samochodzie służbowym już dawno przestały być źródłem wewnętrznego ognia (jeśli w ogóle kiedyś były), chłopak pęka. Mówi, że zazdrości. Że podziwia, iż potrafiłam tak zostawić ten cały high life, wygodne życie w dużym mieście, tytuły, stanowiska, prywatne ubezpieczenie, marzenie tłumów. Że odważyłam się na postawienie na jedną kartę. Że nie odwracałam się za siebie. Bo on też ma marzenia, świat też go wzywa, czuje, że życie to więcej niż nowy samochód czy kawałek materiału skrojonego w garnitur z etykietą włoskiej marki. Tylko, że się boi. Luki w CV. Że się kasa skończy. Tego, że będzie ciężko wrócić. Że się spodoba. Że pozorne bezpieczeństwo systemu już go nie będzie obejmowało swoimi silnymi ramionami. Że high life się skończy. A może, że nagle zupełnie przestanie się liczyć?

I tak sobie myślę, wracając myślami do tej sytuacji ze spluwą przy skroni, jakie to ironiczne, że mamy jedno życie, a boimy się żyć prawdziwie, bez ściemy, tak jak chcemy. Bo ważniejsze wydaje się utrzymanie pewnego ustalonego status quo, stanu na koncie, wizerunku. Tkwienie w byle jakich relacjach. Nabywanie określonych przedmiotów, które na pewnym poziomie wypada mieć. W rezultacie wiodąc życie pod psem. Na własne życzenie. Podobnie, jak zbłąkane czworonogi na przedmieściach Buenos Aires, tyle, że one nie mają wielkiego wyboru…

 

ZDJĘCIE: La Boca, Buenos Aires, Argentyna, marzec 2013.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *