Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Niedawno wróciłam z Azji. Po raz trzeci już – z powtarzającymi się odczuciami. Niezmiennie uwielbiam jej bogatą kulturę, z której można czerpać garściami jak ze źródła obfitości – niby homogeniczna, ale bardzo różna w zwyczajach, obrzędach, rytuałach, a przez to jeszcze bardziej intrygująca. Lubię tutejszą łagodność ludzi oraz nieagresywność religii Wschodu – nikt tu nikomu nic nie narzuca, nie straszy karą i wiecznym potępieniem, za to oferuje zrozumienie dla ułomności ludzkich, jak i wiele narzędzi na drodze do lepszego zrozumienia siebie, jak i całej idei świętości. Uwielbiam azjatycką kuchnię (o czym więcej tutaj) – według mnie żaden region nie jest tak rozwinięty kulinarnie jak Azja, zachowując przy tym niezwykłą prostotę przygotowywanych dań. Przekonuje mnie też filozofia życia zen, a także joga medytacja, ajurweda, reiki, czy medycyna chińska jako alternatywne sposoby leczenia dla medycyny tradycyjnej, która leczy skutki, a nie przyczyny, faszerując nas przy tym kilogramami chemii, podczas gdy znane i skuteczne przez tysiące lat naturalne medykamenty Dalekiego Wschodu są na wyciągnięcie ręki. Ale pomimo całej tej miłości do Azji już wiem, że nigdy nie zrozumiem jej do końca.

Nie zrozumiem jej tak, jak rozumiem Europę czy Amerykę Łacińską. Odwiedziłam w sumie 9 krajów Azji i 9 krajów Ameryki Łacińskiej. Na obu kontynentach spędziłam po kilka miesięcy. Mimo tych podobieństw, były to doświadczenia zupełnie innego kalibru, gdyż nie o cyfry tu chodzi, a o człowieka. W Azji nigdy nie zrozumiem go tak do końca (a bez niego i jego kultury), gdyż nie rozumiem jego języka, który nie tylko jest narzędziem komunikacji, ale i konstruktem samym w sobie, będącym niezwykle ważną częścią tej kultury, jej najmocniejszym przekaźnikiem.

Po miesiącach spędzonych na obu kontynentach, jestem w stanie powiedzieć dużo więcej o Ameryce Łacińskiej. Właściwie to mogę o niej gadać non stop. I nie tylko dlatego, że (jeśli wierzyć w reinkarnację) w którymś wcieleniu na pewno byłam Latynoską, gdyż moja dusza aż tańczy na samą myśl o tym regionie (choć nieraz w nim już oberwała). Ale ponieważ mówię w języku większości Latynosów. W moich podróżach zatem nie tylko patrzyłam i obserwowałam, ale też dużo rozmawiałam, byłam częścią życia ludzi. Z własnej ciekawości i chęci poznania, pożegnałam się z bezpieczną rolą turystki z plecakiem podążającą utartym szlakiem i niejednokrotnie z niego zbaczałam – za ludźmi, historiami, przygodami, które miały miejsce przede wszystkim dlatego, że umiałam się z tubylcami komunikować w ich języku. Ciężko jest zejść z asfaltowej, betonowej czy nawet brukowanej drogi, by zamienić ją na zupełnie dziką, nieutwardzoną ścieżkę, albo w ogóle nieprzebytą dżunglę, jeśli nie ma się narzędzi, aby tę dzikość i nieznaność przebrnąć. Dla mnie celem na końcu każdej drogi są ludzie, a najważniejszym narzędziem dotarcia do nich język właśnie.

Dlatego pewnie studiowałam filologię (ba, przez chwilę nawet dwie). Dlatego języki na zawsze pozostały moją pasją nawet po studiach, choć wybrałam inną ścieżkę zawodową (co nie zmienia faktu, że ich znajomość skutecznie mi ją utorowała). Dlatego w ramach tej pasji niestrudzenie uczyłam się drugiego i trzeciego języka. I to właśnie języki pchały mnie w świat w czasach i okolicznościach, w których podróżowanie wydawało się tylko niedoścignionym marzeniem. A świat pchał mnie do języków, bo im więcej podróżowałam, tym częściej widziałam realny zwrot z inwestycji – zarówno w sferze poznawczej, jak i czysto praktycznej. Gdy zrozumiałam, że umiejętność komunikacji w języku odwiedzanego kraju daje mi nie tylko ogromną satysfakcję, ale też konkretne, namacalne korzyści. Że z reguły mniej płacę w drodze, gdyż rozmawiam z miejscowymi po miejscowemu, co może jeszcze nie czyni mnie miejscową, ale na pewno zdejmuje już brzemię regularnej turystki. Że jakoś łatwiej się z tym językiem wtapiam w tłum i staję się jego częścią, a nie oderwanym atomem. A przede wszystkim, że zaczynam rozumieć wiele więcej o ludziach, świecie, kulturze i historii, czego (jakkolwiek kocham czytać i uczyć się) nie dała mi żadna lekcja geografii, historii czy wiedzy o społeczeństwie.

I o ile w niektórych rejonach nieznajomość języka uchodzi na sucho, tak w innych może dotkliwie uwierać. Uwierała mnie całkiem niedawno w rzeczonej podróży po Birmie, która na mapie Azji jest krajem dość wyjątkowym. Może przez dekady reżimu, który dopiero niedawno upadł, może przez wieloletnią izolację od innych państw regionu, Birma zachowała wiele ze swoich starych zwyczajów i tradycji, sporo różniących się od kultury krajów sąsiadujących. Zwyczajów, które chętnie poznałabym bliżej, gdyby nie to, że przeszkadza mi w tym język. A konkretnie jego nieznajomość. W Birmie turystyka zaczęła rozwijać się tak naprawdę dopiero kilka lat temu, gdy kraj uwolnił się od militarnych rządów i otworzył na świat. A to oznacza, ze poza utartymi szlakami wydeptanymi przez turystów-prekursorów w ostatnich kilku latach, z angielskim jest ciężko. Birma nie jest jedyna na mapie Azji, choć tutaj jest to pewnie bardziej widoczne gołym okiem. Z drugiej strony, w o wiele bardziej popularnym turystycznie Wietnamie, poza turystycznym szlakiem, wcale nie jest lepiej. W końcu Azjaci nie gęsi, i swój język (języki) mają.

Wracając do Birmy, właściwie Mjanma. Jezioro Inle. Przyjechałyśmy zobaczyć najsłynniejszy akwen wodny kraju, ale też zasmakować lokalności, eksplorować birmańskie wioski, poobserwować ludzi i ich obyczaje, bo póki co dość mamy dużych miast, które jak wiadomo rządzą się swoimi, miejskimi, prawami. Wsiadamy więc na wypożyczone rozklekotane rowery i ruszamy przed siebie. Zjeżdżamy z głównej trasy na polną drogę, po lewej i po prawej machają do nas roztańczone źdźbła kwitnącej na fioletowo trzciny cukrowej. Żniwa w pełni, przejeżdżamy obok pracujących przy zbiorach ludzi. Coś do nas (a potem o nas) mówią, ale nie rozumiemy. Pozostajemy przy uśmiechach. Uśmiech wiele załatwia. Jedziemy dalej, natrafiamy na szkołę. Dzieciaki akurat kończą lekcje i tłumnie z niej wychodzą. Biegnie za nami grupa dziewczynek. Zatrzymujemy się, by nakarmić ciekawość. Mówią coś po birmańsku, ale oczywiście nie rozumiemy ani słowa. Znowu ratujemy się uśmiechem – a ten znowu wiele załatwia. Okazuje się, że jedna z nich mówi po angielsku i to z pięknym, czystym akcentem. Rozmawiamy, zadaje wiele pytań, jest ciekawa, ma przenikliwą bystrość w oczach. Tłumaczy nam też pytania koleżanek. Inne dziewczynki są w jej cieniu, wyglądają na zawstydzone. Nie rozumieją, co mówimy, choć widać, że szukają kontaktu wpatrując się w nas jak w żeńskie wizerunki buddy – po birmańsku dużego i sowicie ozłoconego. Kończy się na wspólnej sesji zdjęciowej i angielskim bye bye. Przygoda trwa. Przejeżdżamy obok wielkiego buddyjskiego klasztoru i postanawiamy spontanicznie się zatrzymać, by zobaczyć dwusetnego chyba już buddę w tej podróży. Wchodzimy do świątyni, gdzie młodzi mnisi pakują paczki dla biednych. Chłopaki zaczynają na nasz widok coś szeptać między sobą i widać, że chętnie by porozmawiali (mnisi birmańscy są bardzo otwarci), ale zapewne nie znają angielskiego. Tak jak my birmańskiego. Po chwili podchodzi do nas starszy mnich i uśmiechając się, ordynuje wspólną sesję zdjęciową. Gestami oczywiście, bo nie zna angielskiego, a my (nadal) birmańskiego. Kończymy zdjęcia, chcemy wyjść, a ten podnosi dłoń w kierunku ust, wykonując gest jedzenia i zaprasza nas na posiłek. Mnichowi się nie odmawia, a szefowi wszystkich mnichów tym bardziej. W klasztornej zakrystii zgromadziło się kilka osób, które przypatrują się nam z ciekawością. Częstują nas lokalnymi specjałami, wśród których znajdują się bajecznie słodkie smocze owoce, dojrzałe granaty, orzeszki, lokalny odpowiednik hinduskiego placka naan, liście zielonej herbaty w oleistej zaprawie i papryce chili, i wiele innych, które ciężko po polsku nazwać, a nawet opisać. Mnich i jego towarzysze przypatrują się nam z ciekawością i staje się oczywistym, że jeśliby tylko mogli, zadaliby nam wiele pytań. Ale nie potrafią. Podobnie jak my. Następuje niezręczna cisza, którą przerywa wejście Damapali, mnicha, który jako jeden z niewielu w klasztorze zna angielski. Tłumaczy pytania innych, zadaje swoje, rozmawiamy. Opowiada o klasztornej rutynie dnia, o jedzeniu, filozofii buddyjskiej, o języku birmańskim i jego związku z prastarym buddyjskim językiem pali, z którego dzisiejszy birmański wiele zaczerpnął. Damapala ma 39 lat, a od 28 przebywa w tym klasztorze. Jest ciekawy świata, sporo czyta, a angielskiego nauczył się zupełnie sam – z książek i telewizji. Wiedział nawet, co jest stolicą Polski, co w Birmie nie jest takie oczywiste. Znał historię Związku Radzieckiego i wieloletniego ucisku krajów Europy Wschodniej. I tak sobie konwersowaliśmy nad lokalnymi smakołykami, aż przyszedł czas, gdy i Damapali zabrakło słów. Chciał zapytać o wiele więcej, ale nie wiedział jak. Skończyło się, tradycyjnie już, na uśmiechach. Podziękowałyśmy więc i wyszłyśmy od mnichów najedzone i z zaproszeniem na śniadanie następnego dnia (ale to już inna historia).

Jakże więcej mogłabym teraz opowiedzieć o Birmie i birmańskim buddyzmie, marzeniach birmańskich dzieci, czy zbiorach trzciny cukrowej, gdyby łączył nas wspólny język, bądź choć jedno z nas znało ojczystą mowę drugiego. Bo jakkolwiek uniwersalny, angielski wciąż będzie tylko językiem pośredniczącym, dla żadnego z nas ojczystym.

Takich sytuacji przez lata doświadczyłam wiele w moich podróżach. Gdzie komunikowałam się z ludźmi za pomocą gestów, spojrzeń, uśmiechów, jedzenia, gdyż słowa nie były w palecie dostępnych narzędzi. Ale czasem przychodzi chęć dowiedzenia się czegoś więcej. Gdzie uśmiechy i gesty już nie wystarczają. Gdzie moja ciekawa natura żąda więcej. Chce wiedzieć więcej, rozumieć szerzej, poznać głębiej. Desperacko szuka odpowiedzi na pytania, które w nowym kraju i odmiennej kulturze rodzą się jak grzyby po deszczu, a wiedza jest teoretycznie na wyciągnięcie ręki. A dokładniej języka. No właśnie, tylko że często właśnie języka brakuje – albo po mojej, albo po drugiej stronie.

Jestem filologiem i lubię zgłębiać złożoność struktur językowych, flirtować ze składnią, odgadywać bezpośrednie i metaforyczne znaczenie wyrazów w danym kontekście. Fascynują mnie dialekty, akcenty i niuanse regionalne. Jestem z natury ciekawa i lubię rozumieć, wiedzieć skąd i dlaczego. Jestem też gadatliwa i lubię dużo gadać (choć słuchać też lubię). Jestem typem odkrywcy i lubię eksplorować. Ale przede wszystkim jestem człowiekiem i lubię wchodzić w interakcję z innymi ludźmi i przez nich poznawać świat. Bo najpiękniejsze dzieła architektury są tylko murami, a najokazalsze miasta tylko urbanistycznymi tworami bez ludzi je zamieszkujących. Lubię fakty i często na faktach bazuję, ale jeszcze bardziej interesują mnie ludzkie historie. Nie przegląd dat historycznych (o historii też dużo chętniej i skuteczniej uczę się w podróży), nie czyjaś jednostronna interpretacja, ale strzępki opowieści z różnych ust, które potem nie wiadomo kiedy (prawdopodobnie gdy masa krytyczna została osiągnięta) łączą się w spójną całość. Tak jak niektórym wystarcza Lonely Planet za przewodnika, ja dopiero od niego zaczynam. Bo interesują mnie historie, a nie historia. Dialog, a nie monolog. Opowieści, a nie suche fakty. A język umożliwia wszystkie z powyższych.

To dzięki znajomości hiszpańskiego poznałam wielu Kubańczyków, którzy pokazali mi, jak na Kubie jest naprawdę, dzięki czemu nie żyję w błogim przeświadczeniu (w przeciwieństwie do wielu innych odwiedzających wyspę), że Kubańczykom w castrowskim reżimie żyje się dobrze (a jak się żyje, pisałam tutaj). Dzięki temu w Meksyku poznałam Fernando, który opowiedział mi swoją historię życia i nauczył, że szczęście nie zna wieku. I wcale nie chodzi o to, że Fernando nie mówi po angielsku – wręcz przeciwnie, posługuje się nim biegle. Nigdy nie opowiedział by mi jednak o swoim życiu z taką pasją i w takim detalu, jak robi to w swoim rodzimym języku. W Kolumbii z kolei to również hiszpański zaprowadził mnie do Paoli i jej historii z miasta terroru do odosobnienia, która mnie na tyle zainteresowała, że zaczęłam namiętnie zgłębiać losy Kolumbii (w wyniku czego powstał m.in. ten wpis). Paola też świetnie mówi po angielsku, lecz jestem pewna, że jej historia w języku Szekspira byłaby mocno okrojona i pozbawiona wielu emocji. Gdyby nie hiszpański, nie zrozumiałabym tak kultury argentyńskiej, kiedy miałam okazję zamieszkać w argentyńską rodziną w Arizonie. Gdyby nie angielski, nie tylko nie podróżowałabym swobodnie po świecie, ale też nie pracowałabym przez dwa lata w irlandzkiej agencji reklamowej, zdobywając ciekawe doświadczenie zawodowe i przyjaciół na lata. Gdyby nie niemiecki, nie miałabym przyjaciół w Niemczech i Austrii, nie poznałabym ich rodzin, nie zobaczyła jak żyją i co myślą, a w efekcie wyzbyła się polskich uprzedzeń do Niemców. Bo nawet jeśli oni wszyscy dobrze mówią po angielsku, nie przeszlibyśmy w nim na taki poziom intymności w opowiadaniach i dyskusjach o życiu…

I mogłabym tak jeszcze długo, ale wróćmy do sedna: język jest kluczowy w poznaniu i zrozumieniu obcej kultury. Choćbym czytała opasłe tomy, oglądała setki filmów, podróżowała i obserwowała, bez znajomości języka, jakim na co dzień posługują się mieszkańcy, obraz nigdy nie będzie pełny. Zawsze pozostaną pytania bez odpowiedzi, nie mówiąc już o pytaniach, których nigdy nie zadam, bo zabraknie mi słów. Tak jak tutaj, w Azji, która fascynuje mnie niezmiernie, choć nigdy jej w pełni nie zrozumiem i do końca prawdopodobnie pozostanie dla mnie zagadką. Chyba, że zdecyduję się nauczyć tajskiego, wietnamskiego, indonezyjskiego, khmerskiego, czy birmańskiego… 

 

Spodobało Ci się? Tutaj znajdziesz więcej powodów, dla których warto nauczyć się języka obcego w Nowym Roku. A jeśli jesteś już przekonany/-a, tutaj 7 porad głównych, jak łatwiej uczyć się języków.

 

ZDJĘCIE: Wyspa Sulawesi, Indonezja, marzec 2014.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!