Najodważniejsza decyzja mojego życia

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Równo dwa lata temu wykonałam zapewne najodważniejszy krok swojego wówczas 32-letniego życia – zrezygnowałam z pracy na etacie w korporacji. Korporacji pewnej, stabilnej, międzynarodowej. Niezawodnie dostarczającej co miesiąc pensję na moje konto, prywatną opiekę zdrowotną i inne przynęty z bogatego pakietu socjalnego, niemal nieograniczone możliwości rozwoju w Polsce i za granicą oraz społeczną strukturę, której nieodłącznie towarzyszy tak pożądane poczucie przynależności, bezpieczeństwa, identyfikacji. Składając wypowiedzenie, jednym podpisem pozbawiłam się tego wszystkiego, zostając z głową marzeń, pomysłów i z zupełnie nieracjonalnym planem na podróż z biletem w jedną stronę. Trzy miesiące później ostatni raz zawitałam do znajomego biura, by następnie wyruszyć do Nowego Jorku – w największą przygodę mojego życia. Czy żałuję? Nigdy! Czy było łatwo? Nie! Bo odważne decyzje kosztują…

Po pierwsze dlatego, że tą decyzją niejako odseparowałam się od wszystkiego, na co całe dorosłe życie ciężko pracowałam – stanowiska, tytułów, pensji, stanu posiadania i dóbr konsumpcyjnych, które w pewnym układzie społecznym po prostu wypada mieć, a częściowo również od pewnych kręgów ludzi, którzy w tym układzie byli obecni. Taka aborcja, choć chciana i planowana, nie jest łatwa, szczególnie jeśli pewne elementy tej układanki były częścią naszego życia od lat. Odseparowanie się od pewnego obrazu siebie tworzonego i pielęgnowanego przez lata jest chyba jeszcze trudniejsze. Bo co tu dużo mówić, żyjemy w świecie nieustannego kreowania wizerunku, nawet jeśli większość tej kreacji odbywa się poza naszą świadomością. Kreujemy obraz profesjonalisty w pracy, osoby o pewnych cechach charakteru w relacjach prywatnych, rodzica, przyjaciela, partnera. Tworzymy też obraz samego siebie przed… samym sobą! I dopiero gdy brutalnie odetniemy się od środowiska, które było stałym odbiorcą tego obrazu, zaczynamy rozumieć, że to jego podtrzymywanie jest strasznie męczące, i że o wiele łatwiej być sobą. Tyle, że to jest proces – nieraz długi i bolesny – i zanim go przejdziemy, zaliczymy pewnie niejeden ciężki moment…

Po drugie dlatego, że w naszym społeczeństwie wszystko, co odbiega od ogólnie przyjętej normy jest piętnowane. A porzucenie etatu zdecydowanie wychodzi poza normę. I choć społeczeństwa zachodnie są dużo bardziej otwarte nie tylko na alternatywne formy zarobkowania, ale i sposoby na życie, decyzje tego typu w Polsce wciąż jeszcze budzą zdecydowanie więcej kontrowersji (żeby nie powiedzieć krytyki!), niż uznania i podziwu. Niełatwo jest wytłumaczyć innym, że chcemy żyć po swojemu, a praca w korporacji (czy jakiejkolwiek innej firmie, bo nic do korporacji nie mam, o czym więcej tutaj), już dawno nie jest „po naszemu”. A jeśli myślisz, że tłumaczyć się nie trzeba, to grubo się mylisz. Bo trzeba, nawet należy! Oczekują tego wszyscy – od najbliższej rodziny, po przyjaciół, przedstawicieli opuszczanego środowiska pracy, na osobach wydawałoby się zupełnie postronnych skończywszy. Oczywiście najczęściej pod płaszczykiem troski i opieki. Faktem jest, iż wiele z nich rzeczywiście się troszczy (albo po polsku lepiej: martwi), ale tuż za troską blisko depta ciekawość, brak wiary (niejednokrotnie nie w nas, a w siebie!), no i niestety zazdrość i zawiść. Nawet niekoniecznie dlatego, iż chcieliby zrobić to samo. Czasem ponieważ po prostu robimy coś, co od normy właśnie odbiega, zatem pokazujemy, że można inaczej. A to już dla niektórych jest wyzwanie – wyzwanie, które niekoniecznie chcą podejmować, gdyż więcej w nim niewygód, niż bezpieczeństwa. A bezpieczeństwo jest dla nas ważne (o czym więcej zaraz)…

Po trzecie, ponieważ często brakowało mi wsparcia i czułam się w tym sama. Co ciekawe, brak tego wsparcia nie wynikał z deficytu życzliwych osób w moim życiu, a raczej z niezrozumienia. Niezrozumienia motywów i stanu ducha, o co oczywiście przy krokach o tak poważnych konsekwencjach nie jest łatwo obserwatorom z zewnątrz. Ponieważ ciężko zrozumieć decyzję o porzuceniu wszystkiego, co o nas niejako stanowiło i udaniu się w nieznane. Takie decyzje w społeczeństwach o dużej potrzebie bezpieczeństwa i unikania niepewności w życiu (jakim niewątpliwie są Polacy) nie są wspierane. Jest to nie tylko moja obserwacja, ale i wynik obiektywnych badań opisywany m.in. w Indeksie Hofstede, który bada typowe zachowania i cechy narodowościowe poszczególnych społeczeństw. Polacy mają bardzo silną tendencję do unikania niepewności za wszelką cenę. Istnieje emocjonalna potrzeba życia w zgodzie z zasadami, a wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa jest często nadrzędną potrzebą kontrolującą inne zachowania. Społeczeństwa z wysokim wskaźnikiem unikania niepewności często wyznają kult pracy i „bycia zajętym”, są mniej mobilne, podejmują zachowawcze decyzje finansowe, są również mniej chętne do wprowadzania wszelkich zmian w życiu, za to bardzo lubią normy, zasady i struktury, które pozwalają niepokój i uczucie niepewności zniwelować. I nawet jeśli sama lubię ryzyko i właśnie jego podejmowanie niejednokrotnie było źródłem najcenniejszych doświadczeń w moim życiu, to wychowanie w społeczeństwie, które zachowawczość ma we krwi zdecydowanie nie pomaga przy takich decyzjach jak porzucanie wszystkiego, co pewnie i bezpieczne – z pracą na etacie na czele!

Po czwarte, bo wciąż jeszcze nie umiemy się cieszyć życiem, a ja właśnie takiej postawie powiedziałam nie. Wspomniany wyżej Hofstede pokazał, że społeczeństwa o wysokim wskaźniku przyzwolenia na przyjemność są skłonne do ulegania wewnętrznym impulsom, słuchają siebie i swoich potrzeb wewnętrznych. Niestety takim nie jesteśmy. Wręcz przeciwnie, jesteśmy narodem „na wodzach”, które mimo rosnącej siły nabywczej, wciąż nie przykłada dużej wagi do czasu wolnego, rozrywki, celebracji życia, gratyfikacji za osiągnięcia i uważa, że należy raczej kontrolować własne impulsy. Podążanie za swoimi pragnieniami wydaje się być wręcz napiętnowane społecznie. Niejednokrotnie tak właśnie się czułam, nie tylko rzucając pracę na etacie, ale również wyruszając w Wielką Podróż, która wielu nie kojarzyła się z potencjalnie najcenniejszym doświadczeniem życia, a z ewidentną fanaberią, stratą czasu i pieniędzy. I nawet jeśli na jakimś etapie, dla zachowania higieny psychicznej, musiałam przestać zwracać uwagę na komentarze, opinie i przekonania innych, to czasem nawet sam fakt, że były one komunikowane i tym sposobem wysyłane w eter nie pomagał, gdyż mocno wierzę w energię. A energia strachu, kontroli i potępienia nie jest dobrą energią…

Po piąte, gdyż taka decyzja to dopiero początek długiej drogi, która bez ciężkiej pracy, determinacji i inicjatywy nieznanej nam dotąd nie przyniesie wymiernych rezultatów. I mimo, że zawsze uważałam się za osobę która żadnej pracy się nie boi i nie potrzebuje zewnętrznych źródeł motywacji, dopiero porzucenie etatu i rozpoczęcie pracy na własny rachunek pokazało mi, że mam jeszcze wiele do zrobienia w tym temacie. Uruchomienie i prowadzenie własnego bloga, wydanie ebooka, wejście na zupełnie nową ścieżkę zawodową po latach pracy w biznesie, czy w końcu zorganizowanie pierwszych autorskich warsztatów wyjazdowych na innym kontynencie wymagają mnóstwo pracy, odwagi, determinacji i niewyczerpanej wiary, że się uda, nawet gdy wszyscy dookoła wątpią. Przedsmak tego pojawia się już w momencie podejmowania decyzji o odejściu z etatu i podpisywaniu pożegnalnych papierów, ale ciężar czujemy całym sobą dopiero, gdy stajemy oko w oko z wyzwaniem. Bo rzadko jest tak, że na początku jest łatwo. Że wszystko idzie bez przeszkód, praca na własny rachunek jest źródłem radości i… góry pieniędzy. Wręcz przeciwnie… Najczęściej nie jest! Co nie znaczy, że nie warto!

 

Krok, jaki podjęłam równo dwa lata temu otworzył mi drzwi do zupełnie nieznanego świata. Świata czerpania z życia pełnymi garściami, w którym w końcu nie mam poczucia, że życie przecieka mi przez palce. Świata nieograniczonej mobilności – zarówno czasowej jak i geograficznej. Świata, autentyczności za wszelką cenę, w którym nie ma już miejsca na społeczne schematy, bo najzwyczajniej nieodwracalnie wyszłam poza nie. Świata nowych pomysłów, które uwolniona od ograniczeń głowa generuje teraz bez ustanku. Świata ustalania własnych priorytetów i realizacji najskrytszych marzeń – niezależnie od tego, jak nierealne wydają się na początku. Świata głębszego poznania siebie, na które rzadko jest miejsce w ciasnej przestrzeni zasad, reguł, nakazów, zakazów i ograniczeń. Świata wielu nauk, które poraz pierwszy nie pochodzą z książek akademickich czy korporacyjnych szkoleń (choć te sobie bardzo ceniłam), a z doświadczania, obserwacji, kontaktu z drugim (często skrajnie różnym) człowiekiem. Świata podróży nieograniczonych biletem powrotnym, które dają wolność jak żadne inne. Najtrudniejsza, a zarazem najodważniejsza decyzja mojego życia okazała się jednocześnie najlepszą, jaką kiedykolwiek podjęłam. Bo często najbardziej potrzebujemy właśnie tego, czego w życiu najbardziej się boimy…

 

ZDJĘCIE: Vancouver, Kanada, październik 2015 (4 miesiące po złożeniu rzeczonego wypowiedzenia).


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

4 thoughts on “Najodważniejsza decyzja mojego życia

  • 1 lipca 2017 at 14:39
    Permalink

    Swietny blog,piekne podroze .Mysle,ze cokolwiek bys nie robila ludzie zawsze beda gadac i zawsze znajda cos co nie jest po ich mysli .Nie ma czym sie przejmowac ,trzeba robic swoje 🙂
    Pozdrawiam z upalnej Grecji 🙂

    Reply
    • 1 lipca 2017 at 20:59
      Permalink

      Dziekuję Gosia, święta prawda! Tak więc staram się kierować energię tam, gdzie mogę zrobić coś dobrego i wprowadzić pozytywną zmianę, a nie, gdzie będzie to oznaczało tylko jej stratę. Pozdrowienia ze zmiennej pogodowo Polski (ale w Grecji będę już we wrześniu – mam nadzieję, że grecka pogoda i wtedy dopisze!) 🙂

      Reply
  • 12 lipca 2017 at 18:29
    Permalink

    Gdzieś niedawno czytałam, że wyraz „martwić się” pochodzi o „martwy”. Nie wiem czy to prawda, ale rzeczywiście Ci, którzy się o nas martwią bardzo często podcinają nam skrzydła i wręcz punktują wszystkie słabe strony naszego marzenia, tak jakby chcieli je zabić.

    Reply
    • 13 lipca 2017 at 08:41
      Permalink

      Adela, faktycznie czasem tak jest, choć wierzę, że intencje są dobre. Nie zmienia to jednak faktu, że nikomu to nie pomaga – a już na pewno nie w podróży, gdy mierzymy się z wyzwaniami przeróżnego kalibru. Trzeba sobie na te „zmartwienia” wyrobić twardy pancerzyk ochronny i zabezpieczyć się przed podcinaniem skrzydeł…

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *