Wybierała się sójka za morze, czyli o tym, że wszystko potrzebuje swojego czasu

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Pomysł bloga pojawił się już dawno – tak naprawdę jeszcze przed wyjazdem w Wielką Podróż. Jednak wtedy nie był to dobry czas na zaczynanie czegokolwiek, co wymagałoby złożonego procesu twórczego. Same przygotowania do wielomiesięcznej podróży pochłaniały wystarczająco czasu, szczególnie przy pracy na pełen etat. Zresztą to nigdy nie miał być blog-relacja z podróży (jakich teraz w sieci pełno), więc prowadzenie go od początku nie było sprawą kluczową. Wyprawa po Stanach również była przedsięwzięciem absorbującym na tyle, że myśli o blogu odeszły na bok. Wróciły jednak po raz kolejny podczas podróży po Meksyku. Myśl dojrzewała i wydawało się, że gdy na chwilę osiądę, to będzie ten moment…

No i osiadłam w potencjalnie sprzyjającym klimacie słonecznej Arizony, z wszystkimi potrzebnymi narzędziami – komputerem, szybkim internetem, a nawet osobistym web developerem. I co? Nic. Mimo, że każdego dnia planowałam działanie, nie działo się nic. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że mam idealne warunki do rozpoczęcia blogowych zmagań, jednak ich nie wykorzystuję. Wewnętrzny krytyk krzyczał, jednocześnie każde inne zajęcie wydawało się ciekawsze, niż to, któremu według mnie powinnam się poświęcać. Aż nastąpił kolejny etap podróży – rozpoczętej znowu w Meksyku i kontynuowanej w Ameryce Centralnej. I coś się zmieniło – nie wiedzieć kiedy i dlaczego – w końcu „zaskoczyło”. Poczułam nieodpartą ochotę do działania, pojawiło się mnóstwo nowych pomysłów, plan kolejnych kroków sam ułożył się w głowie. Kolejne posty powstawały podczas długich podroży autobusami po Kostaryce i Nikaragui, podczas gdy zaplecze techniczne bloga rodziło się późnymi wieczorami, bądź wczesnymi rankami w zaciszu odwiedzanych hosteli. I kiedy w końcu wszystko było gotowe, z jakiegoś powodu nie mogłam nacisnąć magicznego guzika „live” aż do teraz. Patrząc z tej perspektywy, długi był to proces. Wielotygodniowy i wieloetapowy. A co tak naprawdę musiało się wydarzyć, aby eksploratorka.pl w końcu pojawiła się online? Wiele rzeczy.

Po pierwsze musiało odpocząć ciało. Ale nie tak, jak odpoczywa na dwu- czy trzytygodniowym urlopie. Odpoczęło tak naprawdę – wyspało się za wszystkie czasy, nasłoneczniło i porządnie odżywiło. W drodze podejmowało wiele wyzwań fizycznych – od wielogodzinnych wędrówek po górach, noszenia dwudziestokilogramowego plecaka, po długie spacery po plaży. Ale właśnie tego potrzebowało ponad wszystko – jako odmiany po wielu godzinach każdego dnia spędzonych przed komputerem, na spotkaniach, czy uwięzione w bezruchu ulicznych korków wielkiego miasta.

Odpoczęła też głowa. W końcu po blisko 10 latach intensywnej pracy zawodowej otrzymała prawdziwy urlop i przyzwolenie na myślenie o niebieskich migdałach, na obserwowanie, inspirowanie się wszystkim dookoła, wręcz spijanie doświadczeń z podróży, poznanych ludzi przeczytanych książek, obejrzanych filmów. Umysł naturalnie przeszedł w inny tryb, znowu poczuł chęć do nauki, poznawania nieodkrytych lądów – dosłownie i w przenośni.

Pojawiła się chęć podjęcia nowego wyzwania. Co zresztą jest konsekwencją punktu poprzedniego, czyli wypoczętej głowy. W końcu po ponad 5 miesiącach podejmowania codziennych wyzwań życia w podróży (czyli dokąd się udam, gdzie dziś będę spać, co będę jeść, itd.) pojawiła się chęć innego typu wyzwania – bardziej twórczego, rozwijającego, zapewniającego inny rodzaj satysfakcji.

Co więcej, pojawiło się mnóstwo przestrzeni na nowe. Nowe myśli, refleksje, pomysły – tak, w końcu, po miesiącach, doświadczyłam przypływu świeżej inspiracji, co do tego, jak ten blog powinien wyglądać, jaką rolę spełniać, co dawać jego odbiorcom, a co mnie. Nie muszę chyba wspominać, że owa dawka natchnienia pewnie by nie napłynęła, gdyby nie zadziały się wyżej wymienione rzeczy.

Na koniec, w wyniki mariażu zrelaksowanego ciała i ducha oraz przypływu nowych pomysłów, pojawiło się najlepsze – i najważniejsze – ta niepohamowana energia, aby tworzyć – nawet jeśli oznacza to którąś nieprzespaną noc z rzędu, bo w głowie przekrzykują się setki myśli i ciężko zasnąć, bo zamiast spać, chce się działać. Stan najwyższej motywacji i stymulacji w czystej formie – bo nie zewnętrznej, a pochodzącej z samego środka, ze źródła. Stan bycia „na haju” bez brania niczego. O, jakże mi tego brakowało!

Po stanie motywacji i wielu godzinach poświęconych pracy nad blogiem, przyszła zupełnie nieoczekiwana stagnacja. Moment zawieszenia, zwątpienia, kwestionowania wszystkiego – okraszony pytaniami „po cholerę mi to?”, „czy chcę poświęcać tyle czasu na bloga?”, „czy będzie to miało dla kogokolwiek wartość?”. Wydaje się, że to naturalny element procesu twórczego i konsekwencja spadającego napięcia kreatywnego. A może to jednak uzasadnione obawy? I tak możnaby długo dumać… Jednak, jako że odpowiedzi na te pytania nie znam i pewnie szybko nie poznam, postanowiłam nacisnąć magiczny guzik, zakładając, że jeśli nie spróbuję, na pewno się nie dowiem.

Czego się nauczyłam? Że wszystko potrzebuje swojego czasu. Że jeśli planuję jakieś przedsięwzięcie, mam pomysł, który od dawna nie może doczekać się realizacji, lub chcę spełnić marzenie – należy działać. Ale tylko, gdy czuję, że to właściwy moment. Że mogę zaangażować umysł i serce, wiedząc, że daję z siebie wszystko. A jeśli pożądany stan nie nadchodzi – to również znak. Prawdopodobnie na właściwy czas trzeba jeszcze trochę poczekać, albo to nie ten projekt. I to też dobrze. Będzie następny. Lepszy. 


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

4 thoughts on “Wybierała się sójka za morze, czyli o tym, że wszystko potrzebuje swojego czasu

  • 17 lipca 2016 at 12:35
    Permalink

    cos w tym jest – jesli uciekl Ci samolot/pociag/autobus,
    to znaczy tylko jedno: to nie byl ten Twoj…

    Reply
  • 26 sierpnia 2016 at 14:17
    Permalink

    też chcę ruszyć w końcu w konkretną podróż, cały czas wydaje się, że jeszcze coś….

    Reply
    • 26 sierpnia 2016 at 16:35
      Permalink

      Rafał, prawda jest taka, że podobnie jak w przypadku innych odważnych decyzji w życiu, prawdopodobnie nigdy nie będzie idealnego momentu – bo zawsze będzie „coś” – niewystarczające środki, inne plany, obawy o to, co dalej, itp. Przekonanie o stuprocentowej gotowości do podróży jest chyba rzadkie. Trzeba po prostu wyruszyć, a reszta się jakoś potoczy. 🙂

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *