Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Gdy tylko gdzieś dalej wyjeżdżam, często słyszę (czasem czytam): tobie to dobrze, szczęściara, zazdroszczę… To chyba taki polski sposób na wyrażenie podziwu, że ktoś realizuje marzenia. Tyle, że w ogóle do mnie nie trafia. Bo ani się pod szczęśliwą gwiazdą nie urodziłam – raczej robię wszystko, aby temu szczęściu regularnie pomagać, ani nie jest mi zawsze dobrze, bo mam i gorsze momenty – zarówno w życiu, jak i w podróży (o czym piszę tutaj), ani też zazdrościć nie ma czego, bo każdy może zrobić dokładnie to samo … jeśli tylko naprawdę chce. Problem w tym, że wiele ludzi nie chce…

I OK, jeśli nie chcą, bo są szczęśliwi – nie każdy musi być wielkim podróżnikiem i świata odkrywcą. Znajdują za to inne rzeczy, które ich cieszą, dają im zadowolenie i satysfakcję. Wielu jednak nie znajduje. I narzeka, marudzi, „zazdrości”, zamiast coś zmienić. Bo ciężko porzucić wygodne, pewne życie, w końcu w podróży może i jest pięknie, ale wcale nie wygodnie. Bo ciężko zostawić średnio satysfakcjonujący, ale za to względnie bezpieczny żywot. Bo nie chcemy zaczynać od nowa – to zostajemy przy starym, nawet jeśli jest dalekie od ideału. Bo wszyscy dookoła tak żyją, więc musi to być słuszne. Bo podróżowanie jest dla bogatych, a ja taki nie jestem. I milion innych wymówek…

Otóż zaskoczę Cię. Bogata się nie urodziłam – na wszystko co mam, zarobiłam własną pracą i wiem, że się da. Zrozumienia i wsparcia ze strony najbliższych też nie miałam, bo przecież świat jest niebezpieczny, a podróżowanie moją fanaberią (to z kolei takie polskie – o czym piszę tutaj). Moi rodzice nie tylko wielkimi podróżnikami nie byli, ale nawet prowadzili wręcz typowo osadniczy tryb życia, stąd podróżowania uczyłam się sama, a każda taka lekcja (czytaj: podróż) okupiona była niekończącym się ich zamartwianiem, które skutecznie może odebrać radość z podróżniczych przygotowań. Co więcej, niewielu moich znajomych podzielało moje podróżnicze pasje, więc… zaczęłam szukać takich, którym było bardziej po drodze, a potem zaczęłam jeździć też sama. Nie miałam też wiedzy jak podróż zorganizować, to… ją zdobyłam, Czytałam, pytałam, uczyłam się w drodze na własnych błędach… (a wynikami tej nauki dzielę się krok po kroku tutaj)

Generalnie, zamiast szukać wymówek, szukałam w sobie motywacji. Bo nie miałam wiele poza wielkim marzeniem i odwagą, by pójść pod prąd. I poszłam. Raz, drugi, trzeci, aż przestało wystarczać i poszłam na całość – zostawiłam wszystko, na co pracowałam wiele lat – dobrą, pewną pracę w korporacji, wygodne życie w Warszawie, sprzedałam samochód i co się tylko jeszcze dało i… wyjechałam w nieznane.

Bo miałam marzenie i dosyć tylko gadania o nim. Bo chciałam więcej od życia – niekoniecznie dóbr materialnych, a przeżyć, doświadczeń, autentyczności. Bo widziałam, ile dookoła mnie pogubionych ludzi, którzy poszli, wydawałoby się, jedynie słuszną w naszym społeczeństwie drogą – studia, kariera, mieszkanie, itd. i… wcale nie są szczęśliwi. Bo system ich wciągnął i teraz nie widzą wyjścia. Bo trzeba to wszystko utrzymać, a to oznacza ciągłe poświęcenia i ofiary. Bo w miarę jedzenia apetyt rośnie, więc chcemy więcej, to z kolei oznacza dalsze kupowanie, nabywanie, wzbogacanie się. Lecz zamiast być szczęśliwszymi, są coraz bardziej zabiegani, obciążeni, przytłoczeni. Bo praca nie cieszy, ale szkoda ryzykować jej zmianę. Bo związek nie do końca może udany, ale przecież lepiej z kimś, niż samemu. Bo ich marzenia nie pokrywają się z oczekiwaniami społeczeństwa, rodziny, znajomych. Bo się w tym wszystkim pogubili, ale nie dają sobie nawet szansy, aby się odnaleźć…

A to wszystko jest stosunkowo proste. Na koniec i tak wszyscy umrzemy. Niezależnie, jak bogaci, czy biedni jesteśmy, ile zgromadziliśmy na koncie, jakiej klasy mercedesem jeździmy, gdzie pracujemy, jaki tytuł mamy w nazwie stanowiska, za którą opcją polityczną się opowiadamy. Więc dlaczego nie przeżyć tego życia dokładnie tak, jak chcemy, a nie zgodnie z oczekiwaniami rodziny, sąsiada, społeczeństwa, polityków, czy systemu? Realizując własne, najbardziej skryte marzenia? Mając odwagę iść pod prąd, jeśli trzeba? Nie, nie po to, aby być buntownikiem dla zasady, ale by żyć. Tak naprawdę, całym sobą. Zamiast siedzieć w pełnej kryształowych żyrandoli i marmurowych posadzek poczekalni do umieralni. Żyć prawdziwie, otaczając się ludźmi, którzy nas ciągną w górę, a nie w dół. Ciesząc się każdego dnia z tego co mamy (nawet jeśli nie mamy wiele). I sięgając po więcej, bo przecież wszystko jest możliwe, dopóki jeszcze żyjemy…

 

ZDJĘCIE: Wielki Kanion, Arizona, USA, listopad 2015.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Dołącz do eksploratorów!

 

Dołącz do eksploratorskiej społeczności, by dostawać regularną dawkę inspiracji i informacji o podróżach w głąb siebie i świata. Dowiesz się pierwszy (pierwsza?) o nowych wpisach na blogu, kursach online, warsztatach wyjazdowych i innych projektach, które tworzę. Zapraszam Cię w podróż!

Właśnie dołączyłeś do eksploratorskiej społeczności, dziękuję. Jesteśmy w kontakcie.