Witaj Kambodżo, czyli pierwsze dwa tygodnie życia na Dzikim Wschodzie

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Kilka minut po 7:00, jadę gruntową drogą koloru czerwonopomarańczowego na skrzypiącym rowerze podobnej barwy. Z obu stron drogę zacieniają palmy i inne nieznane mi drzewa typowe dla stref klimatycznych Półwyspu Indochińskiego. Uwielbiam kontrast intensywnej zieleni z pomarańczem podłoża, po którym się poruszam. Nawet jeśli wszędzie się kurzy, bo na terenach pozamiejskich na asfalt wszak nie ma co liczyć – w końcu to Kambodża. Lubię świeżość powietrza po nocnym deszczu oraz ciepło porannych promieni słonecznych na twarzy w drodze do pracy. Zmierzające do szkoły dzieciaki żywiołowo machają, wykrzykując radośnie khmerskie powitanie „suô-stei”. Dookoła widać i czuć biedę, ale z serc ludzi bije obfitość. Bo choć nie mają wiele, nie narzekają. Nie narzekam i ja. A właściwie to strasznie się cieszę. Każdego dnia. Bo fajnie się ten rok zaczął. Zdecydowanie warto marzyć.

Na obiad zjem najlepsze na świecie warzywne curry za niecałe 2 dolary (a jak już pisałam, azjatycką kuchnię kocham miłością pierwotną i bezwarunkową). Oczywiście z dużą porcją ryżu, bo bez ryżu to nie po azjatycku. Popiję sokiem z kokosa, bo nie tylko zdrowy, ale i świetnie gasi pragnienie. Po pracy pojadę na lokalny bazar i kupię świeże warzywa i rozpływające się w ustach, niemal maślane i bajecznie słodkie owoce – ananasa, papaję, mango, banany, smocze owoce, jak i inne, których nazw nawet nie znam, bo rosną tylko tu i z jakiegoś powodu nigdy do Polski nie dotarły. Słodkie, bo dojrzewające na słońcu, a nie przedwcześnie zerwane, nabierające kolorów dopiero w wielodniowym transporcie do zimnego kraju, w którym nigdy nie miałyby szans urosnąć, a co dopiero tak obficie obrodzić.

Do domu będę wracać główną arterią miasta na moim skrzypiącym rowerze, pomiędzy chaotycznie poruszającymi się skuterami i tuk tukami, których kierowcy niewiele robią sobie z czerwonych świateł, znaków drogowych, pierwszeństwa przejazdu, dróg jednokierunkowych, czy innych zupełnie nieistotnych w kambodżańskiej rzeczywistości prób zorganizowania tego drogowego bezładu. Ale w tym szaleństwie jest metoda – ruch płynie, wystarczy być uważnym i popłynąć wraz z nim. Brak tu agresji, nerwowości, wszyscy jakoś koegzystują… do momentu, gdy zupełnie nieświadomy tych zasad biały człowiek próbuje wprowadzić swoje. Jak za starych kolonialnych czasów, protekcjonalnie pouczając tubylców o świetnie mu znanych, a tutaj nieistniejących, zasadach ruchu drogowego, którzy w swoim chaotycznym systemie świetnie się odnajdują. Płynę więc i ja na skrzypiącym rowerze w tym flow kambodżańskiej ulicy, której powoli staję się naturalną częścią – przestałam walczyć i się oburzać, nie próbuję jej zmieniać, narzucać swoich reguł, przeciwnie, szanuję jej porządek, uczę się jej. Z głównej arterii skręcam w szutrową drogę w kolorze pomarańczowym. Kończy się zgiełk miasta, a z nim uliczna kakofonia, zaczyna gwar codziennego życia wioski. Dzieciaki znowu będą za mną krzyczeć, bawiąc się na ulicy tym, co uda im się upolować – zużytą butelką, czy starą oponą, nie telefonami, tabletami i Play Station, jak ich zachodni rówieśnicy. W bramie powita mnie tradycyjnie uśmiechnięta właścicielka mieszkania, które wynajmuję, doglądająca z hamaku swoje dzieci podczas odrabiania lekcji.

W mojej komunie (bo tak nazywają się lokalne dzielnice miast w Kambodży, które przypominają samodzielne wioski) jest bardzo spokojnie – to tutaj toczy się prawdziwe codzienne życie Khmerów, poza turystycznym zgiełkiem, jaki można zaobserwować w centrum miasta. Jeśli zatęsknię do intensywniejszych bodźców, wieczorem wyjdę „na miasto”, gdzie o każdej porze dnia i nocy przewijają się tysiące turystów z całego świata. A mają po co przyjeżdżać. Mieszkam wszak w Siĕm Réab, czwartym mieście Kambodży, które stanowi bazę wypadową do świątynnego kompleksu Angkor, dawnej stolicy imperium khmerskiego, mieszczącym na swoim terenie łącznie ponad tysiąc świątyń, w tym największy na świecie budynek o charakterze religijnym – Angkor Wat. Właśnie dzięki tak zacnemu sąsiedztwu, w 2015 roku Siĕm Réab odwiedziło blisko 2,5 miliona turystów z niecałych 5 milionów, które rocznie odwiedzają Kambodżę. Spory to tłum, biorąc pod uwagę, że samo miasto liczy niecałe 200 tysięcy mieszkańców.

Rzadko wracam do tych samych miejsc. Chyba, że są to miejsca, które łapią za serce. Kuba, Kolumbia lub… Kambodża (a może po prostu kraje na „k”?) , którą zaraz po przyjeździe okrzyknęłam azjatyckim ich odpowiednikiem. Śmiem twierdzić, że Khmerzy to najbardziej „latynoska” nacja Azji, jeśli w ogóle można użyć tak absurdalnego porównania, ba, właściwie oksymoronu, bo wszak „latynoski” i „azjatycki” to nic innego jak wyrazy o przeciwstawnym znaczeniu – chyba, że przez Azję rozumiemy Kambodżę właśnie. Tu ludzie są jeszcze nieskażeni zepsuciem Zachodu, wciąż bardzo prości i autentyczni w tej swojej prostocie. Pomimo krwawej historii i niedawnego ludobójstwa, które pochłonęło trzy miliony ich rodaków, nie pielęgnują w sobie zawiści, tylko próbują zbudować nową rzeczywistość. Trochę przypominają mi w tym Kolumbijczyków, którzy również wolą zapomnieć zło narkotykowej przemocy i wojny domowej ubiegłego wieku i zdecydowanie chętniej patrzą z nadzieją w przyszłość. Z Kubańczyków też coś mają – są niezwykle otwarci, muzyka często rozbrzmiewa tu na ulicach, pomimo życia w skrajnym ubóstwie, chętnie tańczą i śpiewają – często w dzień powszedni, zupełnie bez okazji. I choć nie jest to salsa, to i tak wprawia w dobry nastrój i sprawia, że jakoś tak lżej na sercu…

A ciężar do udźwignięcia jest nie byle jaki. Kambodża znajdowała się do niedawna w gronie najbiedniejszych krajów świata i choć sytuacja powoli się zmienia, wciąż nie brakuje typowych oznak biedy – prostytucja i coraz bardziej wyrafinowane formy seksturystyki zaczerpnięte zapewne od swoich tajskich sąsiadów, daleko posunięta korupcja organów państwa, brak szkół i niski poziom edukacji, brak podstawowej infrastruktury. Mimo to energia miejsca jest niezwykle pozytywna. Nie wiem, czy to bliskość Angkoru i jego tysiąca buddyjskich świątyń, czy po prostu uśmiech przypadkowo napotkanych ludzi sprawiają, że chce się tu wracać.

Dlatego, gdy dostałam możliwość pomieszkania tutaj trochę, bez wahania wróciłam. Dziś minęły dwa tygodnie od mojego ponownego przyjazdu do Kambodży. Bardzo intensywne dwa tygodnie, w czasie których w przyspieszonym tempie musiałam się zaadaptować do lokalnej rzeczywistości, do nowej pracy (tak, po półtora roku znowu podjęłam stacjonarną pracę), do statusu ekspata, jak się tutaj nazywa pracowników z Zachodu. Musiałam szybko przestawić się z trybu podróżnika na tryb mieszkańca, zakupić podstawowe przedmioty codziennego użytku, których jako mieszkaniec – już nie backpacker – potrzebuję (choć tylko podstawowe, bo wciąż hołduję minimalizmowi), nauczyć się podstaw nowego języka w ramach miejscowego survivalu, znaleźć swoje plemię, otworzyć się szybko na nowych ludzi, którzy umożliwiają przeżycie w tej odmiennej rzeczywistości. Dużo tych zmian na początek, choć podróżowanie długoterminowe daje solidne przygotowanie w tym temacie, więc aklimatyzacja nastąpiła zadziwiająco szybko. Poza tym wracałam do miejsca, które było mi już nieco znane, jako że byłam tu zaledwie dwa miesiące temu…

To bowiem ostatnia podróż po Azji, w ramach godnego pożegnania 2016 roku, przyniosła jednocześnie wiele nowych rzeczy, wpływających znacząco na rok 2017, w tym właśnie pracę w państwie Khmerów. Pracę, w której codziennie wykorzystuję wcześniej zdobyte umiejętności i doświadczenie w korporacji jak i poza nią, przy tym ucząc się nowego. Nowego, które jest mi z każdym dniem coraz bliższe, gdyż pomaga ludziom. Leczy ich z bolączek zachodniego świata, wskazuje im drogę do wewnętrznego dobrobytu, uzdrawia, pomaga się im rozwijać. Energia, czakry, joga, medytacja, reiki, refleksologia, medycyna chińska, ajurweda – z tymi tematami będę pracować przez najbliższych kilka miesięcy i jest mi z tym bardzo dobrze. Dziękuję 2017, pięknie się zacząłeś!

 

ZDJĘCIE: Siĕm Réab, Kambodża, w drodze do pracy, styczeń 2017.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

4 thoughts on “Witaj Kambodżo, czyli pierwsze dwa tygodnie życia na Dzikim Wschodzie

  • 29 stycznia 2017 at 23:07
    Permalink

    wowww!!! ciekawiło mnie jaką pracę podjęłaś a koniec tego tekstu zostawił mnie z jeszcze większą ciekawością…brzmi jak marzenie…możesz napisać coś więcej czy to w kolejnych tekstach? 🙂

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *