Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Mój znak zodiaku to baran. Pierwsze co można przeczytać o ludziach spod tego znaku, to że lubią ryzyko, chętnie stają do walki, są urodzonymi wojownikami i pole bitwy jest dla nich naturalnym środowiskiem. Planetą rządzącą znakiem jest Mars, którego nazwa pochodzi od mitologicznego rzymskiego boga wojny. Symbolizuje ona walkę, działanie, aktywność. Żywiołem barana jest ogień. 

Nic więc dziwnego, że walka nie jest mi obca. Ba, nawet całkiem naturalna. I mimo, że w wojsku nie byłam, to przez lata stworzyłam sobie swój własny poligon, gdzie byłam dowódcą i żołnierzem jednocześnie. Walczyłam od kiedy pamiętam. W dzieciństwie o to, bym mogła jeść same ziemniaki, bo nie lubię mięsa i oraz o to, by pozwolono mi zapuścić grzywkę (którą wszak w tamtych czasach każda szanująca się dziewczynka posiadała). W szkole o wiedzę i oceny, a potem o nowe umiejętności, dyplomy, języki. W pracy o spełnienie zawodowe, uznanie, pieniądze, sukces. W codzienności (i z codziennością) o marzenia, które nigdy u mnie dobrze nie wyglądały stojąc na półce. W życiu o nowe doświadczenia – gdy odkryłam, że te są najcenniejszą nauką, jaką możemy dostać. Nigdy nie ustawałam w mojej walce i dążeniach. A gdy upadałam (a upadałam nierzadko) zawsze szybko się podnosiłam. Gdy drzwi frontowe do osiągnięcia mojego celu były zaryglowane, próbowałam wejść bocznymi lub oknem. I choć nigdy nie postrzegałam tego jako walkę, w moim życiu zawsze był jej element. Element wzmożonej aktywności, niespokoju, chęci zdobywania. I nawet całkiem nieźle mi ta walka wychodziła. Walczyłam też w podróży, bo ta często jest prawdziwym poligonem nauki w trybie intensywnym (wszak podróżowanie miewa i swoje ciemne strony).

Walczyłam dosłownie, gdy kilka lat temu podczas mojej pierwszej wyprawy do Ameryki Południowej w biały dzień napadła mnie para nastolatków z bronią w ręku i zamiarem rabunku w stolicy Argentyny. W te kilka sekund, które wciąż szczegółowo pamiętam, niczym nagranie w zwolnionym tempie, przebiegł u mnie cały waleczny proces myślowy. Gdy usłyszałam „oddaj torebkę” i już ją napastnikowi posłusznie przekazywałam, przemówił nagle niekontrolowany instynkt walki, przypominający mi o tym, że posłuszeństwo nie leży w mojej naturze, i że wraz z torebką oddaję gówniarzowi marzenia, gdyż oprócz pieniędzy, kart, telefonu i aparatu znajdował się w niej również mój paszport. To oznaczałoby porzucenie planu odwiedzenia innych krajów kontynentu w tej podróży – a marzeń nie lubię porzucać. Kolejna myśl, jaka pojawiła się ułamki sekund po pierwszej już była rozwiązaniem – bo wojownicy się nie poddają tak po prostu. Jakkolwiek ułomnym w zaistniałej sytuacji, zawsze jednak rozwiązaniem – pomyślałam, że orężem w tej walce może być mój krzyk (a doniosłości mu nie brakuje). I zaczęłam wydzierać się wniebogłosy, jednocześnie wyszarpując rabusiowi z powrotem torebkę z przepustką do południowoamerykańskich marzeń. Wiem, mogłam zginąć. Ale mój instynkt wojowniczki zwyciężył nad strachem i zdrowym rozsądkiem. Ocalałam. Podobnie jak mój paszport i cała zawartość torebki. Napastnicy uciekli w siną dal, zapewne zupełnie nie spodziewając się takiej reakcji od niepozornej gringi (jak białych nazywają Latynosi). Ja też się jej nie spodziewałam. Coś niekontrolowanego mną kierowało. Bój wojny Mars czy ognisty żywioł?

Walczyłam wielokrotnie, gdy podczas innych wyjazdów padałam ofiarą wyzysku czy pasywnej agresji. Buntowałam się przeciwko jawnej niesprawiedliwości. Gdy nieuczciwy kierowca taksówki po wykonaniu kursu postanowił horrendalnie podnieść umówioną wcześniej stawkę za usługę. Gdy kwota już na wstępie była wygórowana, tylko dlatego, że urodziłam się w białej skórze. Gdy urzędnik próbował mi dobitnie pokazać, kto tu rządzi. Gdy mocowałam się z uprzedzeniami i nietolerancją. Gdy stawałam do walki za tych, którzy obronić się nie mogli.

Aż się zmęczyłam i przestałam walczyć. Najpierw zawodowo – zrozumiałam, że ta walka nic nie daje, a życie ma mieć flow, czyli naturalny bieg, a nie być ciągle wyboistym off-roadem. Że trzeba nauczyć się odpuszczać i nieustannie praktykować sztukę akceptacji i płynięcia z prądem, zamiast pod prąd. Że każda wojna przynosi więcej ofiar niż zwycięzców

Odeszłam z pola walki, bo po raz pierwszy zabrakło mi do niej serca. Pojechałam w podróż, długą podróż. Na miejscu też przestałam walczyć i mocować się z rzeczywistością. Zmęczyły mnie utarczki, bijatyki słowne, krzyżowanie mieczy myśli, nieustanne zmagania i demonstracje siły, wybiegi, negocjacje cenowe, kulturowe i poglądowe. O wygórowane ceny. O szacunek dla kobiety w krajach latynoskich. O każdego dolara, euro czy peso. O własny dobytek. O więcej czasu. O prawdę, gdy słyszałam kłamstwa w twarz. Zaczęłam odpuszczać, nie stawałam już do boju każdorazowo, kiedy tylko krwiożerczy bóg wojny wzywał. Trochę wbrew własnej naturze…

Aż do obecnej podróży po Azji, do momentu przekroczenia granicy kambodżańsko-laotańskiej tydzień temu, gdzie znowu podjęłam walkę. I mimo że wcześniej przekroczyłam wiele granic drogą lądową, powietrzną i morską, ta była wyjątkowa – pokazała mi bowiem, gdzie są moje własne granice. Obudziła też wewnętrzną wojowniczkę. Ze stanu hibernacji, bo okazało się, że ta nigdy nie umarła. W sumie banalna historia…

Jadę autobusem do granicy. W systemie kambodżańskim, gdzie pokonanie 300 km zajmuje cały dzień. A wszystko po to, aby na granicę dotrzeć jak najpóźniej, tak by urzędnik i kierowca mogli pobrać stosowne opłaty od turystów. Kierowca rozdaje formularze wizowe, nakazując wypełnienie. Następnie zaczyna pobierać. Opłatę za wizę i za pośrednictwo, choć z najszczerszym uśmiechem na jaki mógł się tylko zdobyć, twierdzi, że to czysty koszt wizy. I nawet bym pewnie odpuściła, jeśli chodziłoby o małą kwotę. Ale nie, jest pazerny. Najpierw żąda 40 dolarów, a po chwili namysłu 45. Miarka się przebrała. Wojowniczka się obudziła. Opuszczam autobus, zarzucam plecak i idę. Najpierw po pieczątkę wyjazdową z Kambodży. I tu zaskoczenie – 2 dolary za wbicie stempla (bo przechodzę późno – a późno to zaraz po 16:00). Kwota, na moich oczach, idzie prosto do portfela urzędnika. Ale to nic – Laotańczycy mają dla mnie więcej niespodzianek. Wiza dla Polaków normalnie kosztuje 30 dolarów, ale ponieważ jestem późno (czyli zaraz po 16:00), przy aplikacji płacę o 1 dolar więcej, o czym informuje mnie prowizoryczna wywieszka na szybie. Płacę więc pokornie kwotę 31 dolarów (wojowniczka chwilowo uśpiona i zmęczona też tym absurdem). Podchodzę do kolejnego okienka, aby odebrać paszport z wizą. Urzędnicy odmawiają wbicia stempla wjazdowego, jeśli nie zapłacę dodatkowych 2 dolarów za przybycie późno (sic! déjà vu?). Wewnętrzna wojowniczka szaleje. Odmawiam, na co urzędnicy ze stoickim spokojem informują mnie, że nie dostanę stempla, więc nie mogę wjechać do Laosu. Oburzona, choć jeszcze nie dowierzając, dyskutuję z nimi. Udają, że nie rozumieją. Mówię, że nie zapłacę i czekam pod okienkiem jak warujący pies. Po jakimś czasie podchodzi duża grupa cudzoziemców. Urzędnicy odpuszczają, oddając mi podbity paszport. Chyba stwierdzili, że gra nie warta świeczki (tacy z nich wojownicy). Wjeżdżam do najbardziej skorumpowanego kraju, jaki było mi dane odwiedzić spośród pięćdziesięciu, w których byłam.

Ale nie o korupcję tu chodzi – ta jest wszędzie, tutaj była tylko bardziej jawna i uderzająca. Ani nie o te 2, czy w sumie 15 nadprogramowych dolarów. O naukę chodzi. Zrozumiałam bowiem, że o ile życie nie powinno być nieustanną walką, to czasem do walki stanąć trzeba. Zawalczyć o siebie, o swoje prawa, o swoją godność, o swoje marzenia, o swoje życie. Nie chować głowy w piach, tylko wyjść przed szereg i powiedzieć: nie zgadzam się. Na wyzysk, bylejakość, manipulację, agresję, nadużycia, złe traktowanie.

Zawalczyć, ale nie zawsze. Nie byle kiedy. Nie z definicji. Czasem w sprawach małych, a czasem dużych, ale najważniejsze: w ważnych. Kiedy rzecz dotyczy jawnej niesprawiedliwości. Lub chodzi o największe życiowe marzenia. Kiedy czasem nie jest łatwo się wychylić i stanąć w poprzek. Gdy strażnik własnego komfortu podszeptuje, by wygodnie iść na łatwiznę i się wycofać. Bądź jeszcze gorzej – popaść w status ofiary (o martyrologii dobrze czyta się w Dziadach Mickiewicza, w życiu mało komu wychodzi ona na dobre).

Walczmy, ale nie dla samego walczenia. Lub dla manifestacji siły i poczucia działania. Buntujmy się, ale nie po to, aby zostać okrzykniętymi buntownikami. Zanim staniemy do walki, zadajmy sobie pytanie dlaczego walczymy? Czy toczymy wojnę w dobrej sprawie? Czy w tej walce nie będzie więcej ofiar niż zwycięzców? Czy to w ogóle nasza bitwa?

W ten sam sposób, zadajmy sobie pytanie dlaczego odpuszczamy? Czy nie dlatego, bo tak jest wygodniej? Bo konfrontacja jest trudna i lepiej jej unikać? Bo czasem wolimy przymknąć oko, aby mieć święty spokój? Czy odpuszczenie jest poddaniem się, czy świadomą akceptacją sytuacji? 

Ja zaczęłam odpuszczać, bo byłam zmęczona. Bo miałam dość stawania do boju, wychylania się, krzyczenia, szarpania, boksowania, bycia w ciągłej gotowości bojowej. Aż do przekroczenia wspomnianej granicy, która symbolicznie doprowadzając mnie do granic, przypomniała o walce w dobrej sprawie. Pomogła też zrozumieć motywy wcześniejszych decyzji. Pokazała, że zostawienie wszystkiego ponad rok temu w gruncie rzeczy wcale nie było odpuszczeniem, tak jak wcześniej myślałam. Przeciwnie, było buntem przeciwko jednej utartej ścieżce, uniwersalnemu rozwiązaniu na życie, ślepemu podążaniu za tłumem i ramami ustanowionymi przez społeczeństwo. Było przymiarką do napisania własnego scenariusza. Było zawalczeniem o siebie, o to, co w duszy gra i rozstaniem się z tym, co grać przestało. Było aktem odwagi, a nie tchórzostwa. Było ważną bitwą o siebie…

I choć wolę żyć w pokoju i nie zamierzam już toczyć regularnych wojen (mimo, że wewnętrzna wojowniczka zawsze we mnie pozostanie), teraz wiem, że czasem do walki stanąć trzeba. Że w wyjątkowych sytuacjach należy pójść za wołaniem boga wojny, planety Mars i żywiołu ognia – o ile rozumiemy, dlaczego to robimy i co oprócz żywiołu nami kieruje.

A Ty o co walczysz? A może odpuszczasz i w ogóle do walki nie stajesz?

 

ZDJĘCIE: Świątynia Bayon, Angkor, Kambodża, listopad 2016.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!