Slow travel, czyli gdy mniej znaczy więcej

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Dziś wszystko robimy szybko. Co prawda, wiemy już, że fast foody zdrowiu nie służą, ale i tak jemy w biegu. Lubimy kawę, ale rzadko przychodzi nam się nią naprawdę delektować – zamiast tego wybieramy kubek „to go”. Chodzimy na szybkie randki, bo nie chcemy tracić zbyt dużo czasu na poznanie nowego partnera. Na szybko również, często telefonicznie bądź internetowo, pielęgnujemy przyjaźnie, bo na spotkanie czasu brak. Chcemy też szybko zarobić pieniądze, aby… równie szybko je wydać na… szybkich zakupach. Jeździmy szybkim samochodem, bądź szybką kolejką, by na miejsce dotrzeć szybciej. Słowo „szybko” zaczęło nas definiować, ale nie mamy czasu się nad tym zastanowić, bo… wszystko dzieje się zbyt szybko.

Więc konsumujemy, pochłaniamy, połykamy w ilościach niewyobrażalnych i w jeszcze większym pędzie. Zamiast delektować się, celebrować, cieszyć. W naszych 24 godzinach upychamy aktywności, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawały się niemożliwe do wykonania w tydzień. To samo przenosimy na czas wolny – jak hobby, to szybko – najlepiej połączyć przyjemne z pożytecznym, jak pasja – często wciśnięta w ciasny grafik pomiędzy innymi, ważniejszymi zajęciami. Jak podróżowanie to skrajnie. Albo jesteśmy tą szybką codziennością tak zmęczeni, że wybieramy 10 dni all-inclusive leżąc plackiem na hotelowym leżaku i sącząc drinki z parasolką, albo… w trybie „na szybko” zwiedzamy jak najwięcej, aby zaliczyć, odhaczyć, powiedzieć, że się było.

Ja sama w trybie szybkim działałam wiele lat – właściwie od kiedy pamiętam. I oczywiście dzięki niemu wiele planów udało mi się zrealizować, wiele marzeń spełnić, poza tym nigdy siedzieć bezczynnie nie lubiłam. Tyle że właśnie nie o bezczynność chodzi, a raczej o lepsze, bardziej świadome trawienie połykanych doświadczeń, refleksję, przemyślenia oraz zwykłą radość z życia, które w końcu jest krótkie. Dlaczego więcej zamiast życiowego fast fooda, nie zaserwować sobie bytu w trybie slow? I takiego też podróżowania?

Slow travel ma korzenie w powstałym we Włoszech w latach osiemdziesiątych ruchu slow. Temu z kolei dała początek inicjatywa slow food na wieść o planach otwarcia restauracji McDonalds w samym centrum Rzymu, jako sprzeciw do rosnących jak grzyby po deszczu barów typu fast food. Główne filary slow food to promocja świeżej żywności z lokalnych upraw i hodowli, nacisk na kulturę spożywania i celebrowania jedzenia oraz ochrona lokalnych receptur jako alternatywy dla masowej produkcji.

Slow travel nie traktuje zatem o sposobie przemieszczania się, lecz o ogólnym podejściu do podróżowania. W myśl zasady wolniej znaczy lepiej, slow travel promuje styl podróżowania, który za podstawę stawia sobie pozostanie w jednym miejscu na dłużej w celu poznania jego kultury bardziej świadomie i dogłębnie.

Slow travel stoi w opozycji nie tylko do tradycyjnych wyjazdów urlopowych, w ramach których zwiedzamy miejsca, odhaczając kolejne punkty na mapie. Kwestionuje on także typowo backpackerskie wyprawy, w ramach których podróżujemy z plecakiem przez określony czas, dążąc do poznania jak największej liczby miejsc, często wspomagając się do tego jednym z kilku popularnych na rynku flagowych przewodników, który bezpiecznie wytycza dalszą trasę eksploracji, zwalniając niejako z myślenia. W efekcie nie tylko nie ma czasu na poznanie dobrze miejsc, które odwiedzamy, ale stajemy się częścią tzw. gringo trail (określenie popularne wśród backpackerów podróżujących po Ameryce Łacińskiej), którym podąża zdecydowana większość podróżujących w danym rejonie, nie zbaczając z utartej ścieżki wyznaczonej przez Lonely Planet, bądź inną znaną pozycję książkową.

Ja też tak podróżowałam. Gdy w końcu nastąpił wymarzony urlop, zapychałam listę miejsc do odwiedzenia do maksimum – bo miałam ograniczony czas i wiele marzeń do spełnienia. I oczywiście lepiej tak, niż wcale. Gdy wróciłam z pierwszej podróży po Ameryce Południowej, podczas której w miesiąc pokonałam ponad 4 tys km, jedynym marzeniem jakie miałam, to jeszcze tydzień urlopu na… odpoczynek. Choć wrażenia były niezapomniane, nie miałam czasu ich nawet porządnie przetrawić, nie mówiąc już o fizycznej regeneracji.

Po raz pierwszy na slow travel dałam sobie czas (i przyzwolenie) podczas mojej dziewięciomiesięcznej podróży. I nie ma co się oszukiwać, w pierwszym rzędzie dlatego, że w końcu trochę tego czasu miałam, zostawiając zobowiązania zawodowe za sobą. Jednak ileż po drodze spotkałam osób, które ten czas również miały, ale nadal biegły nie wiadomo dokąd? Bo tak jesteśmy zaprogramowani, bo tak należy, bo tak nas wytrenował system, bo szybciej znaczy więcej. Nie, nie znaczy. Właściwie to znaczy o wiele mniej…

  • Bo jeżdżąc w trybie slow, podróżuje się bardziej świadomie – zauważa się więcej, czuje się intensywniej, staje się częścią tamtejszej rzeczywistości – i mimo, że zawsze dla tubylców będziemy turystą, gringo czy po prostu białym, to my zaczynamy rozumieć o niebo więcej.
  • Bo podróżując slow, zwiedzamy mniej atrakcji turystycznych z przewodnika, za to jesteśmy bardziej otwarci na własne odkrycia, niewytyczone wcześniej przez nikogo trasy, nieznane miejsca, nowe doświadczenia. Dajemy sobie szansę na zagubienie się i… odnalezienie na nowo.
  • Bo w trybie slow jest zwykle taniej, gdy schodzi ciśnienie odwiedzenia drogich atrakcji i popularnych miejsc turystycznych. Zatrzymujemy się w jednym miejscu na dłużej, efektem hurtowym płacimy mniej za nocleg, ba, możemy nawet podjąć się jakiegoś zajęcia, które nam to slow pomoże opłacić. I oczywiście znając i rozumiejąc więcej, nie dajemy się lokalnym wpuszczać w maliny, jak to zwykle czynią „szybcy” turyści.
  • Bo slow mniej obciąża środowisko, gdyż świadomie wybieramy miejsca, środki transportu, atrakcje. Trudno być eko, gdy ciągle pędzimy.

Zgadza się, fajnie to brzmi, gdy wyjazd trwa kilka miesięcy, a nie tygodni, a nawet dni. Tyle, że nie o czas tu chodzi, a o pewną filozofię życia. Jeśli chcemy jeść fast foody, to będziemy się nimi karmić i w dwuletniej podróży, pomimo tego, że mamy mnóstwo czasu na odkrywanie zdrowszych opcji. Jeśli, z kolei, naprawdę chcemy żyć wolniej i bardziej świadomie, możemy zacząć już od dzisiejszej kolacji. 🙂


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

2 thoughts on “Slow travel, czyli gdy mniej znaczy więcej

  • 16 października 2016 at 22:15
    Permalink

    Zgadzam się z Tobą w 100%. Slow travel jest bardziej świadowe, i mimo że może nie uda nam się zobaczyć wszystkich przewodnikowych atrakcji, to na pewno to, czego doświadczymy zapadnie nam bardziej w pamięci. Wtedy jesteśmy bardziej otwarci na to co dzieje się wokół nas, jesteśmy bardziej otwarci na ludzi. Nie zapomnę jednej z moich pierwszych podróży do Brazylii – Bahia, Chapada Diamentina. Miałam w planach odwiedzić wszystkie tamtejsze przyrodnicze aktrakcje. Miało być bardzo intensywnie, ale z przytupem. Miało być, ale na szczęście nie było. Trafiłam jakoś przypadkiem to bardzo małej wioski – Capao, pełnej ludzi żyjących właśnie bardzo slow. Tak się dobrze wśród nich czułam, że zostałam tam tydzień. Pomagałam w pracach ogrodowych, chodziłam na spacery po okolicy, a wieczorami siadałam przy ognisku i słuchałam wspaniałych historii. Co więcej, był to czas w którym płonęły pobliskie lasy i ludzie z okolicy pomagali w gaszeniu. Oczywiście zgłosiłam się i ja. Gasić pożaru mi nie pozwolili, ale pomagałam w przygotowaniu posiłków dla strażaków i wolontariuszy. I tak zleciał mi ponad tydzień w małej brazylijskiej wiosce. Z palnowanych atrakcji zobaczyłam niewiele, ale to czego tam doświadczyłam, nie da się opisać słowami 🙂

    Reply
    • 16 października 2016 at 22:36
      Permalink

      Klałdja, dzięki za podzielenie się brazylijską historią! Cudnie, gdy w podróży możemy zostać gdzieś na dłużej i po prostu się zatracić. W pędzie nie zauważamy nawet, co nam umyka. Życzę Ci zatem dużo „slow” w Twoim życiu i podróżach, bo jego wartość już świetnie znasz! 🙂

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *