Powietrzne refleksje 10 kilometrów nad ziemią

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Mroźne styczniowe popołudnie. Z wywieszonym językiem oraz pełną świadomością faktu, że tym razem mogę nie zdążyć, jadę z warszawskiej Woli na Okęcie. Do odlotu została równa godzina, a my dopiero dojeżdżamy na lotnisko. Panowie w pomarańczy już galopują w naszą stronę zacierając skostniałe z zimna ręce chętne wręczyć mandat na zakazie postoju.

Plecak ciężki, jak nie na podróż. Ledwo zakładam go na plecy, a przecież przez ostatnie półtora roku przejechałam z nim pół świata – był w oby Amerykach i Azji. Nietypowo ciężki, bo to nietypowa podróż, w jaką się wybieram. Chyba pierwsza taka w życiu, a trochę już podróży mam za sobą. Gdzie w plecaku miejsce zwiewnych sukienek i przewodnika zajmują blender i patelnia. Dobiegam do odprawy, nie ma już nikogo, poza jednym pracownikiem LOTu, który wita mnie uśmiechem pomieszanym z niedowierzaniem. Kładę plecak na wadze i ze zgrozą widzę: 23 kilogramy. Limit 20 tym samym przekroczony. Chłopak przymyka oko, a ja się cieszę, że Ryanair jednak nie lata do Azji, bo byłby to drogi start. Odprawa przebiega błyskawicznie, wszyscy czekają już w kolejce do wejścia na pokład. A może na jedną dziewczynę, która nigdy nie może zdążyć na czas, gdyż lubi eksplorować i czasem się w tej eksploracji zatraca?

Z ulgą siadam w środkowym segmencie od przejścia, odmawiając dziękczynną modlitwę do niebios, w które zaraz się wzbiję, za to, że kolejne 9 godzin lotu nie spędzę uwięziona w klatce ciasnych siedzeń. Samolot zaczyna kołować, w przygotowaniu do mojego ulubionego etapu podróży – startu. Ulubionego, bo symbolu nowego. A dziś, bardziej niż kiedykolwiek, moment oderwania się samolotu od ziemi oznacza dla mnie nową przygodę. Wyzwanie, jakiego jeszcze nie podejmowałam. Ten start Dreamlinera oznacza wejście na zupełnie nową ścieżkę. Po miesiącach podróży na 4 kontynentach w końcu zatrzymanie się na chwilę – po nowe wyzwania, kolejne nauki. Z blenderem, patelnią i toną ciekawości, co kolejne tygodnie przyniosą. I choć moja wyobraźnia jest dość pojemna, nigdy nie uknuła by tego, co uknuło życie.

Od momentu startu samolotu minęło dokładnie 5 tygodni. A to dopiero początek tej przygody…. Bo Kambodża jest kolejną zmianą, kolejnym przełomem i dowodem na to, że jeśli puścisz i pozwolisz sobie popłynąć (polecieć?), to może wydarzyć się wszystko. Dosłownie wszystko.

Możesz niespodziewanie zamieszkać w Kambodży i czerpać z tego radość. Możesz w niej pracować, ucząc się kompletnie nowego zawodu, o którym nie śniło ci się jeszcze kilka miesięcy temu. Zawodu, który poddaje w wątpliwość wszystko, co do tej pory wiedziałaś o sobie, otoczeniu i funkcjonowaniu świata. Możesz codziennie odkrywać tajemnice nowej kultury, która tak wiele ma do zaoferowania. Kultury narodu o trudnej historii (tak, nie tylko nasza taka była). Codziennie uczyć się, jak pomagać ludziom i przestać koncentrować się tylko na sobie. Dużo tych nauk, dużo doświadczeń. A wszystko dlatego, że odpuściłam. Polecam.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *