Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Gdy po raz pierwszy wyjeżdżamy gdzieś dalej, otwierają nam się oczy, konfrontujemy się z innością. Bo podróżowanie zmienia, a długoterminowe zmienia trwale, o czym nieco więcej tutaj. Jeśli podróżowanie nas zmienia, to podróżowanie na własną rękę idzie o krok dalej i nas przeobraża, transformuje – nagle musimy bowiem zatroszczyć się o wszystko i to w nieznanych realiach kulturowych, stanąć na wysokości zadania – bo nie ma biura, które zorganizuje nam nocleg i przejazd oraz ustali ramowy program wycieczki. Jeśli, do tego, jedziemy sami, z transformacji robi się wewnętrzna rewolucja, gdyż otwiera się przed nami zupełnie inna, nowa rzeczywistość – osoby, która oprócz świata, musi zmierzyć się sama z sobą.

Moja droga do podróżowania solo była długa. Po pierwsze, ponieważ jestem typem stadnym i lubię jeździć w towarzystwie, a nie ma nic lepszego, niż dobry kompan podróży u boku (o czym niedawno pisałam tutaj). Po drugie, długo najzwyczajniej się bałam. Bałam się, bo całe życie słyszałam, ze świat jest niebezpieczny – zabraniali rodzice, przestrzegała telewizja, alarmowały nagłówki gazet, napominali inni „mędrcy”. Skoro świat jest niebezpieczny, to i podróżowania takie musi być, myślałam. Nie mówiąc już o tym samotnym, które jawiło się niemal jak wyrok na życie w momencie przekroczenia granicy. I oczywiście, zagrożeń w podróży nie brakuje, co nie oznacza, że w codziennym życiu jesteśmy od nich wolni. Tyle, że gdy coś dzieje się w podróży, jest bardziej spektakularne, zasługuje na większą atencję świata, a co najważniejsze, daje wymówkę, aby jednak z domu się nie ruszać. Bo paradoksalnie najwięcej do powiedzenia o niebezpieczeństwach tego świata mają ci, którzy w nim nie byli. Ja postanowiłam być, spróbować, poznać na własnej skórze. Po kilku mniejszych podejściach do podróżowania solo zdecydowałam się w końcu na wielki dla mnie krok – dziewięciomiesięczną podróż z samą sobą. I po raz kolejny znalazłam dowód na to, że odwaga jest nagradzana, gdyż… była to największa i najcenniejsza przygoda w moim życiu, w dużej mierze właśnie dlatego, że wyruszyłam w nią sama.

Świat w wersji sauté

Towarzysz podróży jest cenny, gdyż może otworzyć nam oczy na rzeczy, których inaczej byśmy nie zauważyli, zainspirować do innego spojrzenia na świat. W ten sam jednak sposób wpływa na nasz odbiór tego świata, nakładają niejako dodatkowy filtr na rzeczywistość. A tych filtrów jest i tak już wiele, bo w świat jedziemy ze swoim jego obrazem, uformowanym przez warstwę społeczną, kulturową, edukacyjną, rodzinną, i wiele innych. Podróżując solo, stykamy się z odmiennością nieco inaczej, bo sauté – bez dodatkowej panierki, która wpływa na odbiór rzeczy, modyfikuje go, staje się częścią realiów. Patrzymy swoimi oczami i widzimy swoimi oczami, bez luster i wszystkiego, co zmienia optykę. Odbiór jest jakiś taki czystszy, niezabarwiony, po prostu nasz. Bo podróżując w pojedynkę, jesteśmy naturalnie uważniejsi, wyłapujemy więcej, mamy większą szansę w naszych doświadczeniach się zatracić – tak jak wyraźniej czujemy smak mięsa smażonego w małej ilości gorącego tłuszczu bez panierki…

Z sobą i tylko sobą

Kiedy ostatnio byłeś sam ze sobą? Nie w towarzystwie smartfona czy tableta, tylko tak naprawdę sam? Ja ostatnio w podróży. Po pierwsze, bo pojechałam sama, po drugie, bo nieraz nie miałam zasięgu nawet kilka dni. Prawda jest taka bowiem, że w dzisiejszym świecie, w którym wszystko jest połączone, ciężko być samemu, gdyż dystrakcje czają się za każdym rogiem, a dokładniej za jednym przesunięciem palca po gładkim ekranie. Podróż znacznie eliminuje wszystko, co nas rozprasza, a ta samotna daje w końcu szansę konfrontacji z samym sobą, własnymi myślami, obawami, lękami, ale też głęboko ukrytymi marzeniami i pragnieniami duszy. Bo nawet jeślibyś chciał, to nie ma nikogo, kto będzie do ciebie godzinami gadał, opowiadał, transmitował, nadawał. Co więcej, jeśli chciałbyś nawiązać z kimś interakcję, może okazać się to niemożliwe ze względu, na przykład, na barierę jezykową.

Jesteś w tym sam, niezależnie od tego, jak jest to nieraz niekomfortowe. Bo niby jesteśmy indywidualistami, ale nie jesteśmy uczeni bycia samymi. Zawsze, od maleńkiego jest ktoś koło nas, często nawet tłumy. Aż do momentu, gdy coś się wydarza i nie ma nikogo. I pojawia się szok, niewytłumaczalny dyskomfort, bo nie jesteśmy przyzwyczajeni do bycia po prostu ze sobą, przez co wiecznie szukamy zaspokojenia potrzeb na zewnątrz. Samotna podróż bardzo to weryfikuje. Bo masz dwa wyjścia – albo oswoić ten stan, a z czasem nawet go polubić, a zatem polubić i samego siebie, albo… wracać do domu. Ja zostałam.

Zabawa w chowanego

Gdy już mamy szansę pobyć ze sobą, tak naprawdę ze sobą, zaczynamy słyszeć lepiej. Nie otoczenie, a głos wewnętrzny. Który zawsze tam był, ale prawie nieuchwytny, bo wiecznie przytłumiony gwarem i zgiełkiem codzienności. To coś, co niektórzy nazywają intuicją, inni szóstym zmysłem, wewnętrznym instynktem, czy wołaniem duszy. Gdy słyszymy raz, drugi, trzeci, zaczynamy w końcu aktywnie słuchać, co ma nam do powiedzenia. A ma, jak się okazuje, wiele. Gdy już przebije się przez krzyki świata, warstwę przekonań i oczekiwań społecznych, na światło dzienne niewinnie wynurzają się nasze potrzeby i pragnienia, za którymi w podróży solo łatwiej też podążać, bo w końcu możemy skupić się tylko na sobie.

I tak, wbrew powszechnemu przekonaniu, które głosi, że podróżnicy uciekają od rzeczywistości, według mnie, podróż w pojedynkę w końcu pozwala się ludziom po długiej zabawie w chowanego naprawdę odnaleźć, skontaktować ze sobą. Ponieważ po raz pierwszy do głosu dopuszczamy wnętrze, a jak raz się to zrobi, ciężko potem odnaleźć się w zgiełku systemów, przekonań, kulturowych naleciałości.

Bez kompromisów

Wolność cenię sobie w każdym aspekcie życia, a w podróżowaniu podwójnie! Bo niezależność w decydowaniu o tempie wyprawy, odwiedzanych miejscach, formach podróżowania i wyborze atrakcji daje niezastąpione poczucie bycia kapitanem własnego statku. A lubię być u steru.

Nagle okazuje się, że nie mamy żadnych ograniczeń i do głosu dochodzą najdziksze pomysły, które w tym poczuciu wolności i swobody realizujemy. Bo wolność uzależnia, lubimy mieć kontrolę nad własnym życiem, decydować sami o sobie, a każde dostosowanie do innych robi się z czasem niebezpiecznie ograniczające. Tak jest w podróży w pojedynkę – gdzie, jak w niewielu w życiu sytuacjach – może się, dla odmiany, bez kompromisów obejść.

Stal hartowana w ogniu

Podróżując nabieramy odwagi. Bo nagle okazuje się, że ten świat wcale nie taki straszny, że nie każdy usiłuje wyrządzić nam krzywdę, a wręcz przeciwnie – świat i ludzie są z gruntu dobrzy i jeśli je tak będziemy postrzegać to i mniejsza szansa, że coś złego nam się faktycznie przydarzy. Bo dobro przyciąga dobro, a co dajesz, do ciebie wraca. Jeśli podróżowanie nazwiemy lekcją odwagi, podróżowanie na własną rękę jej szkołą, to wyprawa w pojedynkę powinna z tej odwagi nadawać doktorat. Bo spakowanie plecaka i wyruszenie solo w świat niemało kurażu kosztuje – na przekór sprzeciwom zaniepokojonych bliskich, dla których idziemy na oczywistą śmierć.

Ze śmiercią to może trochę przesadzone, ale przyrównanie do wojny może być adekwatne. Bo w podróży trzeba sobie radzić w sytuacjach ekstremalnych, w których jesteśmy zdani tylko na siebie. Gdzie wszyscy bliscy nam ludzie są nieosiągalni i czujemy do szpiku kości, że jak nie my to nikt. I nieraz jest cholernie trudno. Ale to dobrze, bo nagle odkrywamy w sobie pokłady nieznanej wcześniej siły, odwagi oraz wiary. Jakiegoś niewytłumaczalnego hartu ducha, który wcześniej, w domowym zaciszu nigdy nie miałby szansy się ujawnić. Bo tam jest dom, bliscy, poczucie bezpieczeństwa, a tu jesteśmy my – zdani w stu procentach na siebie. I najczęściej egzamin przechodzimy pozytywnie. Bo stal hartuje się w ogniu. A jakiż lepszy ogień, niż trudy podróży w pojedynkę, w rewirach oddalonych o tysiące kilometrów od miejsca, które nazywamy domem?

Twój solo wybór

Jednym z największych mitów, z jakimi i ja musiałam się zmierzyć to ten głoszący, że podróż solo to podróż samotna. Nic bardziej mylnego, gdyż świat pełen jest ludzi i jeśli tylko chcemy, wyprawa w pojedynkę może być o wiele bogatsza w nowe znajomości, niż ta w towarzystwie. Powody są dwa. Po pierwsze, ludzie są bardziej skłonni do zainicjowania kontaktu, gdy jesteśmy sami. Mają większą śmiałość, aby rozpocząć rozmowę, gdyż nasza „samotność” stanowi dla nich sygnał, że być może poszukujemy towarzystwa, więc i szanse odrzucenia mniejsze. W efekcie naturalne mechanizmy obronne, które normalnie by ich powstrzymywały, z kretesem upadają. Po drugie, sami  jesteśmy również na te kontakty dużo bardziej otwarci, bo jak każdym istotom gromadnym, czasem brakuje nam naszej gromady. Podróżując w pojedynkę podświadomie wysyłamy zatem sygnał, że jesteśmy dostępni, podczas gdy w towarzystwie już coś lub ktoś nas absorbuje, co powoduje wrażenie niedostępności. W efekcie niejedna moja wyprawa w pojedynkę zaowocowała większą liczbą nowych znajomości, niż te w towarzystwie. A cóż lepszego można przywieźć z podróży, obok pięknych wspomnień, niż nowe znajomości z ludźmi z najodleglejszych zakątków globu, które do tego nierzadko przemieniają się w przyjaźnie na lata?

Podsumowując, solo nie zawsze jest łatwo. Ale kto powiedział, że ma być? Tak jak w życiu, w podróży jest czas na bycie w towarzystwie i bycie samemu. Podobnie jak w życiu również, często nie mamy odwagi na podróż w pojedynkę, gdyż bycie samemu przeraża. Jednak, gdy już się zdecydujemy, może się okazać, że była to najlepsza rzecz, jaką zrobiliśmy (w życiu!) 🙂

 

ZDJĘCIE: Sedona, Arizona, USA. Listopad 2015.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Dołącz do eksploratorów!

 

Dołącz do eksploratorskiej społeczności, by dostawać regularną dawkę inspiracji i informacji o podróżach w głąb siebie i świata. Dowiesz się pierwszy (pierwsza?) o nowych wpisach na blogu, kursach online, warsztatach wyjazdowych i innych projektach, które tworzę. Zapraszam Cię w podróż!

Właśnie dołączyłeś do eksploratorskiej społeczności, dziękuję. Jesteśmy w kontakcie.