Bilet w jedną stronę, czyli co zmienia się dzięki podróżowaniu długoterminowemu?

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Początek czerwca oznacza, że w podróży spędzam dziewiąty miesiąc. Niby niewiele, ale wystarczająco, aby na przykład urodzić dziecko. Dziecka na świat póki co nie wydaję, ale za to mnóstwo przemyśleń o tym, co się u mnie zmieniło dzięki tej podróży, czym różni się ona od tych wcześniejszych, kilkutygodniowych, które podejmowałam będąc na etacie, jak podróżowanie długoterminowe zmienia postrzeganie świata i siebie. Bo technicznie nic się nie zmienia. Niby pakujesz ten sam plecak z względnie tą samą zawartością, ponieważ jeśli przeżyjesz gdzieś przez miesiąc to i przeżyjesz przez kilka. Zmienia się za to w głowie. I to sporo. Szczególnie, gdy wszystko, co mamy to bilet w jedną stronę i tylko blady zarys tego, gdzie wylądujemy, co zobaczymy, czego doświadczymy…

 

Wolniej

Powszechny szał zdobywania, zaliczania, szybkiego życia i konsumpcji zainfekował również sposób w jaki podróżujemy. Stąd dosłownie pożeramy miejsca, odhaczamy je na liście „to do”, zamiast smakować, rozkoszować się, trawić. Ostatnio ktoś mnie zapytał, dlaczego nie „zrobiłam” Gwatemali, skoro przez tyle tygodni podróżowałam po Ameryce Centralnej. Ku zdziwieniu pytającego (i swojemu), odparłam, że chcę mieć dokąd wrócić. Nie chcę wszystkiego „zrobić” i mieć z głowy, bo nie taka jest moja idea podróżowania. Chcę zawsze mieć miejsca do których wracam, bo są „moimi” miejscami, ale też te, których wciąż nie odkryłam i wywołują radość nowego, niepoznanego.

Otwarte okno czasu diametralnie zmieniło sposób w jaki podróżuję. Z Polski wyjechałam z ideą podróży dookoła świata. Minęło 9 miesięcy, a ja wciąż przemieszczam się między Amerykami, choć teoretycznie już dawno powinnam być na drugiej półkuli. Dlaczego nie jestem? Bo tak wybrałam, bo czuję, że w ten sposób mam z tego więcej. Dopiero gdy wyjechałam na dłużej i bez terminu powrotu, uwolniłam się od kontrolowania, planowania i bycia w wiecznym pośpiechu (tak, to również zdarza się podróżującym, o ile nawet nie bardziej). Po raz pierwszy poczułam, że nic nie muszę, za to wiele rzeczy mogę, jeśli tylko chcę. Zaczęłam podejmować decyzje bardziej świadomie i w oparciu o to, co czuję w danym momencie, a nie, co mówi przewodnik Lonely Planet, zdrowy rozsądek i cała gromada innych doradców – po raz pierwszy też mam na to czas.

W moim pojęciu „slow travel” nie zwiedzam wszystkich miejsc wolniej, jak nazwa mogła by wskazywać, tylko… wybiórczo, selektywnie. Nie ma już zaliczania kolejnych punktów na mapie, odhaczania kolejnych „must-see”. Za to jest w końcu czas na „fanaberie”, czyli rzeczy, które zawsze chciałam robić, a nigdy nie było na nie czasu, np. zaszycie się w południowoamerykańskiej głuszy, aby przez dwa tygodnie szlifować hiszpański, zapisanie się na kurs salsy, a potem doskonalenie jej w najlepszym do tego miejscu – światowej stolicy salsy, wielodniowy wypad w góry. W końcu zamiast gnać z mapą i długopisem w ręku, schodzę z tzw. szlaku gringo wyznaczanego przez backpackerskie przewodniki i poznaję miejsce tak jak chcę. Po swojemu. Bo mam na to czas…

W podróżowaniu długoterminowym, gdy nie mamy pracy, do której trzeba wrócić odwracają się priorytety. Czas już nie jest takim luksusem jak wcześniej, za to stają się nim pieniądze, bo o ile nie masz pracy mobilnej, która podróżuje z tobą, to wydajesz oszczędności. Jednak zaleta finansowa „slow travel” jest taka, że podróżując wolniej z reguły wydajemy sporo mniej – zostajemy w jednym miejscu na dłużej, co pozwala nam na negocjację stawek noclegów, nabywamy lokalną wiedzę o okolicy, więc nie przepłacamy za jedzenie i inne rzeczy, poznajemy miejscowe realia, więc tak łatwo nie dajemy się skubać taksówkarzom, ulicznym sprzedawcom, itp.

Pokorniej

Długoterminowe podróżowanie uczy dużo o sobie i postrzeganiu świata. Drastycznie zwiększa się akceptacja dla świata, innych ludzi, wydarzeń zewnętrznych i praw natury. Pokorniejemy, uczymy się przyjmować ze spokojem wiele rzeczy, które wcześniej wywoływały wewnętrzną niezgodę, bunt i nieodpartą chęć zmiany sytuacji i uruchamiały wewnętrznego wojownika. Weźmy na przykład całkiem niedawne trzęsienie ziemi w Ekwadorze, które wcześniej spowodowałoby u mnie złość –  w końcu chciałam tam pojechać i wulkan pokrzyżował mi plany. Teraz myślę o ofiarach wulkanu i tych, którzy pozostali bez dachu nad głową. Bo ja przecież zawsze Ekwador mogę odwiedzić. Należę w końcu do tej szczęśliwej mniejszości, która może wolno podróżować bez większych ograniczeń, w przeciwieństwie do mieszkańców większości innych rejonów świata. Pogoda też już nie destabilizuje mojego nastroju i podróżnych planów. Pada to pada, fanką deszczu nie jestem, ale dla wielu ludzi i ich pracy deszcz jest błogosławieństwem – szczególnie jeśli pada po raz pierwszy od kilku miesięcy. Przestałam więc się skarżyć i robię swoje. No i ludzie… dla tych też mam więcej akceptacji. Dla ich zachowań, które są często skrajnie różne od tych typowych dla naszej kultury, zwyczajów, czasem dziwactw. Wcześniej kwestionowałam, czasem się oburzałam, czasem śmiałam. Teraz (choć wciąż często nie rozumiem), akceptuję i szanuję. Bo przecież to ja tu jestem intruzem, przybyszem, obcą. Nikt nie potrzebuje zachodniej nonszalancji, arogancji, moich rad, bo wydaje mi się, że wiem lepiej…

Minimalistycznie

W zamierzchłych czasach cieszyłam się opinią mistrzyni kompaktowego pakowania. Nie tym razem – na tę podróż zakupiłam wielki plecak, po czym zapchałam go do pełna, bo przecież to długi wyjazd. I co? Przed wyprawą do Ameryki Łacińskiej połowę rzeczy pozostawiłam w Stanach, bo najzwyczajniej nie były mi potrzebne. Co więcej, w drodze zaczęłam pozbywać się pozostałych, gdyż zaczęły mi ciążyć. Bo nagle okazuje się, że większość tych rzeczy nie potrzebujesz, że czym dłużej podróżujesz, tym bardziej twoje potrzeby się kurczą. Na nic nowe ubrania, o ile stare jeszcze służą, najnowszych kosmetyków z telewizyjnych reklam też nie kupujesz, bo można te pieniądze lepiej wydać, poza tym są strasznie ciężkie, a do tego nie malujesz się od niepamiętnych czasów. Gdy po wielu tygodniach podróżowania po dzikich zakątkach Ameryki Centralnej weszłam do ogromnego centrum handlowego w mieście Panama chcą zakupić jedynie krem, niemal osłupiałam na widok półek kosmetyków, które kiedyś były częścią mojej wielkomiejskiej codzienności. W czasach, gdy część każdej pensji obowiązkowo szła na nowy ciuch, kosmetyk, bądź inny gadżet, który daje chwilową radość, krótkotrwałe poczucie zadowolenia i racjonalizację wielu godzin życia spędzonych za ekranem komputera…

Do tego dochodzi jeszcze nowy nawyk oszczędności. Wcześniej znając z teorii, książek i filmów, teraz widzisz na własne oczy, że dla niektórych ludzi celem całego długiego dnia jest przytaszczenie na głowie wiadra wody ze studni oddalonej o kilkanaście kilometrów. Lub ugotowanie posiłku, którego składniki najpierw trzeba zgromadzić, gdyż nie są dostępne w sklepie, bo sklepy nie istnieją, bądź są słabo zaopatrzone. Zaczynasz podróżować bardziej świadomie, myśląc o wpływie tego podróżowania na środowisko, o rachunku zysków i strat – co wniosłaś, a co zabierasz, jaki masz wpływ na lokalną społeczność, czy zyski z twojej podróży wędrują do tubylców, czy bogatego zachodniego inwestora? Nagle ekologia nabiera innego, realnego znaczenia. Minimalizujesz więc…

Z namiastką domu

W podróży, szczególnie tej wielomiesięcznej,  środowisko zmiany staje się z czasem bardziej naturalne niż stabilizacja – ciągle się przemieszczamy, poznajemy nowych ludzi, wszystko dookoła nieustannie się zmienia. I o ile stan ten trwa chwilę, mózg jakoś sobie z nim radzi, nadąża. Ale jeśli mówimy o długoterminowym podróżowaniu, trzeba znaleźć sobie namiastki domu, stabilizacji – żeby najzwyczajniej nie zwariować! I nie mówię tu o regularnym kontakcie z rodziną, przyjaciółmi, bo to oczywiście nieocenione. Ale o miejscowych „domach”. Takim domem może być hostel, w którym akurat czujemy się wyjątkowo dobrze i postanawiamy zostać na dłużej. Lub ludzie na miejscu, którzy dają nam poczucie bezpieczeństwa oraz wrażenie, że jakby co, to są z nami i dla nas. Ale są i inne, mniejsze rzeczy. Dla mnie taką namiastką domu jest świeżo odebrane pranie z pralni – pachnące i czyste – które zaprowadza jakiś porządek w mojej głowie i sprawia, że przez chwilę czuję się „jak w domu”. Albo generalne porządki w plecaku (w końcu to mój dom i jak w domu trzeba w nim czasem wysprzątać). A czasem znajome, dobre jedzenie – czy to polskie, które jest wspomnieniem tego maminego, czy takie, które po prostu lubimy. Gdy po 3 miesiącach jedzenia ryżu z fasolą w Ameryce Łacińskiej dotarłam do Stanów, pierwsze czego szukałam to azjatycka restauracja, aby w końcu odmienić smaki i na chwilę poczuć się… jak w domu. Bo azjatycką kuchnię po prostu lubię. I jeszcze bardziej doceniam, gdy jest niedostępna.

Z otwartymi oczami i uszami

Zmieniło się również to, jak podchodzę do planowania podróży. A muszę zaznaczyć, iż jest to mój ulubiony etap wyjazdu – lubię wiedzieć, znać opcje i mieć świadomość tego, co mnie czeka. I tu wiele się nie zmieniło, bo nadal czytam, nadal się informuję. Co jest inne to to, jaką wagę tym informacjom nadaję. Pozostają one w głowie, dają kontekst i świadomość, ale… przed nimi stawiam informacje nabyte od ludzi – czy to lokalnych czy podróżników spotkanych w drodze – i własna intuicja. Rosyjskie przysłowie mówi, że tylko głupiec uczy się na własnych błędach. Od kiedy zaczęłam słuchać, co mówią inni i te rady naprawdę wcielać w życie, podróżowanie stało się jakieś łatwiejsze. Bo wiesz więcej, wiesz, czego możesz się spodziewać i nie testujesz po raz setny na sobie. A wcześniej testowałam sporo. I były wpadki – pluskwy w hostelu „z ulicy”, nietrafione miejsca z listy „must-see” przewodnika, do których jechałam przez naście godzin nocnym autobusem tylko po to, aby stwierdzić, że z powodzeniem mogłabym bez nich żyć, atrakcje „nie do przegapienia” według wszystkich możliwych reklam, które lepiej jednak w tej reklamie się prezentują niż w rzeczywistości. Oczywiście każdy ma inny gust i lubi trochę co innego, ale moje doświadczenie pokazało, że gdy kilka osób mówi ci to samo, z dużą dozą prawdopodobieństwa tak właśnie jest i trzeba posłuchać. Innych, ale i siebie.

Rewolucyjnie

Wszyscy wiedzą, że podróże kształcą, rozwijają, zmieniają. Zmieniają dużo w głowie. A te długoterminowe wręcz w tej głowie przewracają, robią rewolucję, brutalnie kwestionują status quo. Najpierw pudełko, w którym byłeś przez tyle czasu robi się ciasne, więc rozpychasz się w nim łokciami, a potem całym sobą. Po czym zdajesz sobie sprawę, że nie wiadomo kiedy wyszedłeś poza pudełko, które już od jakiegoś czasu było za małe, a tak w ogóle to nie lubisz pudełek…

To proste – po zobaczeniu tylu różnych miejsc, poznaniu tylu odmiennych ludzi i sposobów na życie nic już nie może być takie same. Ale czy to źle? Zmiana jest częścią naszego istnienia, wszystko nieustannie się zmienia, zmieniamy się i my. Podczas podróżowania ta zmiana po prostu następuje szybciej, bardziej radykalnie, jest bardziej widoczna. I tak ludzie wracają po wielu miesiącach w drodze odmienieni, inni, z nowym pomysłem na życie. Albo nie wracają wcale. Ale czy to źle? Uważam, że to cudownie, to oznacza, że misja podróżowania została spełniona. Bo statek w porcie jest bezpieczny, ale czy po to buduje się statki? (J.A. Shedd).


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *