O dedlajnie, fidbeku i ołpenspejsie w rocznicę odejścia z korporacji

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Dziś mija dokładnie rok, odkąd po raz ostatni postawiłam stopę na korporacyjnej podłodze (przynajmniej nie jako klient, a pracownik), gdy wysłałam ostatniego mejla z korporacyjnej skrzynki, gdy zjadłam obiad w korporacyjnej kantynie. Gdy miałam dedlajn i musiałam coś zrobić zgodnie z tajmlajnem, aby firma mogła osiągnąć kolejny majlston. Gdy pracowałam z moim timem na ołpensejsie, otrzymywałam regularne fidbeki, a mój performans był oceniany w corocznym eprejzalu. Już nawet przestały mi się wyświetlać wpisy z fejsbukowej strony Mordor na Domaniewskiej, która chętnie korporacyjne absurdy parodiuje – Facebook chyba stwierdził, że już nie jestem w targecie. Ważna to dla mnie rocznica. Nie dlatego, że uwolniłam się od znienawidzonej instytucji, wyrwałam z kleszczy mordoru, nie muszę już chodzić na mitingi i pisać brifów. Ale dlatego, że świadomie zadecydowałam o sobie i była to dobra decyzja. Że spełniłam wieloletnie marzenie, żyłam pełnią życia, zobaczyłam świat z wielu perspektyw, a mój bilans jest nadal dodatni. Do tego mogę zacząć od nowa – inaczej. 

Nie, nie mam nienawiści do korporacji. Właściwie to cały ten na nie hejt zaczyna mnie drażnić. Bo rozumiem, że komuś może się nie podobać negatywny ich wpływ na środowisko, czy wyzysk w krajach trzeciego świata (choć są faktycznie takie, co próbują jemu przeciwdziałać). Mnie też boli, że korporacyjne ścieki w teralitrach zanieczyszczają rzeki na całym świecie, że wyziewy z ich produkcji „wzbogacają” powietrze, którym codziennie oddychamy, że rok rocznie wytwarzają tony odpadów, za które nie biorą żadnej odpowiedzialności. Nie podoba mi się pogoń za maksymalnym obniżeniem kosztów produkcji i zatrudnianiem najtańszej siły roboczej, gdzie za 14 przepracowanych godzin pracownika zatrudnionego w Indiach, Bangladeszu czy Etiopii nie stać na trzy posiłki dziennie dla siebie, nie mówiąc już o wykarmieniu rodziny. Nie podoba mi się, że kreują potrzeby posiadania rzeczy, które nie tylko nie są nam do niczego potrzebne, ale są dla nas szkodliwe. Że tworzą społeczeństwa lekomanów. Że uderzają reklamą w dzieci, które są bezbronne.

Jednak ci, którzy najbardziej hejtują, żyją w tej części świata, w której za dzienną pensję można nie tylko wyżyć, ale i na produkty korporacyjnej działalności sobie bez problemu pozwolić. I co najważniejsze – mają wybór – pracować w korporacji lub też nie. A jeśli są osobami świadomymi, z możliwości wyboru korzystają. Bo nawet w korporacji można dokonać wyboru – znaleźć sobie w niej miejsce, w którym będziemy się dobrze czuć i jakoś ludzkości się przysłużymy, albo odejść. Po co hejtować, po co nienawidzić, jeśli możemy żyć inaczej? Po co stawiać się w roli ofiary, zamiast wziąć odpowiedzialność?

Korporacje są konsekwencją rewolucji przemysłowej i świetnie przyjęły się w ustroju kapitalistycznym – są niejako jego wyznacznikiem. Ale takim są też małe firmy, bo kapitalizm to przedsiębiorczość, swobodny obrót towarów na wolnym rynku, prywatna własność środków produkcji. Więc jeśli nie chcemy być „niewolnikami” korporacji, dlaczego nie znajdziemy zatrudnienia w mniejszej firmie? Bo tam zwykle możliwości rozwoju są mniejsze, za to zakres obowiązków ogromny. Dlaczego nie założymy własnej firmy? Bo to oznacza ryzyko. Oznacza niepewność. Oznacza położenie na szali własnego kapitału, czasu energii, a nie gwarantuje kompletnie nic… A w korporacji ktoś to ryzyko za nas ponosi. Ktoś inwestuje, aby ktoś inny nie musiał. Korporacja daje dużo bezpieczeństwa. Otula nas kokonem troski w postaci stałej umowy o pracę, prywatnej opieki zdrowotnej, ubezpieczenia na życie i funduszu emerytalnego. I wielu innych bonusów, do których łatwo się przyzwyczajamy. Czy to źle? Nie wiem. Jeśli miałabym własną firmę, też chciałabym pracownikom zapewnić dodatkowe świadczenia, po to, aby pracowało im się lepiej, ale również po to, aby związać ich ze sobą. Pytanie tylko, czy miałabym na to środki? A korporacje mają. Ludzie trzymają się ich zatem kurczowo, bo w czasach niepewności, jest to często jedyna pewna rzecz, jaką mają w życiu. A więc skąd ten hejt?

Że mordor, że ograniczenia, że chomiki w kołowrotku, że maszynka produkcyjna, a nie indywidualne podejście. Ale siłą rzeczy, ciężko o indywidualizm w strukturze, która powstała po to, aby dynamicznie wzrastać i się rozwijać. Która została stworzona, aby czerpać zyski, a nie działać charytatywnie. Która z definicji oznacza masowość. W której bez pewnego systemu wszystko by się rozsypało, bo jest tak duża. Więc muszą być ograniczenia. Musi być pudełko. Muszą być zasady. A ci, którzy ich nie lubią może powinni stworzyć swoje?

Pracowałam 4 lata w korporacji i był to jeden z najciekawszych zawodowo dla mnie okresów (jakkolwiek nieraz ciężki). Bo wiele się nauczyłam. Wzięłam udział w szkoleniach, które niejednokrotnie otworzyły mi oczy na wiele kwestii. Poznałam niesamowitych ludzi, z których wielu dołączyło do grona moich przyjaciół. Może miałam szczęście – byłam w fajnej korporacji. Ale wydaje mi się, że szczęście się tworzy, jak w tytule filmu „Happy go lucky” czyli „Szczęśliwi mają szczęście”. Bo należymy (znowu to powtórzę) do tej części świata w której jednostki mają wybór. W której mogą zdecydować, gdzie żyją, jak zarabiają, w jakim obszarze się realizują (lub też nie).

Warto sobie zatem zadać pytanie, czy naprawdę nie lubimy korporacji, czy siebie w strukturze korporacyjnej? I tego, że jesteśmy w miejscu, w którym nie do końca być chcemy, robimy coś, co niezupełnie nam odpowiada, marzymy o innym życiu, ale na marzeniach się kończy, dajemy się wtłoczyć w narzuconą z góry strukturę, bo brak nam odwagi stworzyć swoją własną?

Byłam tam, doświadczyłam tego, poszłam inną drogą. Bez nienawiści, a raczej z wdzięcznością za ciekawe doświadczenie. Bo korporacji warto spróbować, gdyż można się wiele nauczyć. O biznesie (bo niektóre z nich naprawdę wiedzą, jak go robić). O zachowaniach społecznych, o relacjach międzyludzkich, o zależnościach. Ale też o sobie i własnych potrzebach. Spróbuj zanim znienawidzisz, zasmakuj zanim wydasz osąd. Może ci się spodoba. A jeśli nie, odejdź. Nie żyjesz ani w Indiach, ani Bangladeszu, ani w Etiopii. Masz wybór.

ZDJĘCIE: Miami downtown, USA, czerwiec 2016 (9 miesięcy od opuszczenia korporacji).


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

4 thoughts on “O dedlajnie, fidbeku i ołpenspejsie w rocznicę odejścia z korporacji

  • 25 stycznia 2017 at 19:26
    Permalink

    Dokładnie, też tak myślę. Pracowałam i w korporacji i w małych firmach, wszystko ma swoje plusy i minusy, dobrze jest spróbować wszystkiego. Teraz dojrzewam do większej samodzielności w działaniu i dlatego do korporacji bym nie wróciła ale pracowałam ta najdłużej, bo zwyczajnie daje poczucie stabilności i może to był czas na taką stabilizację, tego wtedy potrzebowałam.

    Reply
    • 26 stycznia 2017 at 13:58
      Permalink

      Małgosia, dziękuję za komentarz. Absolutnie się zgadzam, że należy spróbować wszystkiego, co nam życie oferuje. Daje to zdecydowanie szerszą perspektywę i lepsze zrozumienie świata. Korporacja jest jedną z takich rzeczy – dobrze jej zasmakować, bo jest to niewątpliwie doświadczenie ciekawe, które warto mieć na koncie choćby dla lepszego poznania siebie w strukturach dużej maszyny organizacyjnej. A gdy inne rzeczy wzywają, należy iść dalej, wyposażona w naukę, jaką dzięki korporacji zdobyliśmy. Bo wszystko jest dla ludzi, nawet korporacje.

      Reply
  • 27 stycznia 2017 at 19:52
    Permalink

    Napisałam wiadomość na maila ale chyba nie dotarł:)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *