Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Gdy miesiąc temu wróciłam z Wielkiej Podróży, bombardowano mnie pytaniami o samopoczucie, ponowną aklimatyzację, plany na „życie po życiu”. I ciężko odpowiedzieć na te pytania świeżo po niemal rocznym pobycie po drugiej stronie globu, dziesiątkach poznanych ludzi, setkach obcych widoków, smaków, zapachów, różnorodnych doświadczeń i bodźców, którym codziennie wędrowanie po świecie nas poddaje. Powstaje chaos, nieogarniony, niedoświadczony do tej pory. Bo powroty po miesiącach bycia w drodze są trudne. Bo zmienia się. Wszystko…

 

Nie jestem tą samą osobą, zobaczywszy blask księżyca po drugiej stronie kuli ziemskiej.

Mary Anne Radmacher

Wyjeżdżając w podróż myślałam, że chcę lepiej poznać świat, pobyć w innej kulturze, chłonąć doświadczenia całą sobą. I udało się. Tam codziennie obserwowałam inny świat. Innych ludzi, mówiących innymi językami, których charakteryzują zupełnie inne zwyczaje. Mało tego, poza obserwacją, w wielu przypadkach sama stałam się częścią tego doświadczenia, współtworzyłam je. Brałam udział w codziennych czynnościach – ważnych i mniej istotnych, w rozmowach – o tym, co zjemy na śniadanie, ale i w tych o sensie naszej egzystencji. Śmiałam się, płakałam, bawiłam się, tańczyłam, wędrowałam, jadłam.

I nawet jeśli księżyc po drugiej stronie globu może inaczej nie wygląda, to doświadczanie wszystkich tych rzeczy pod jego blaskiem z tamtej strony zmienia. Zmienia nieodwracalnie, bo już nic nie będzie takie samo. Co nie znaczy gorsze, czy lepsze. Po prostu inne. My jesteśmy inni. Wartości fundamentalne – wyssane z mlekiem matki i wpojone w procesie wychowania może i się nie zmieniają, zmienia się jednak stosunek do życia, otoczenia, nas samych.

Ciężko wyobrazić sobie powrót do starej rzeczywistości, kwestionujemy wcześniejsze schematy działania, czasem ludzi wokół nas. Nagle pojawia się mniej tolerancji na rzeczy nieważne, a wzrasta przywiązanie do rzeczy istotnych. Gdyż tam, daleko, mieliśmy w końcu okazję się nad tym wszystkim zastanowić. Pojawiają się pytania o sens i cel życia, na które wcześniej nie było czasu, ochoty, a może odwagi? Tak, można śmiało powiedzieć, że zobaczywszy blask księżyca po drugiej stronie globu, nie jestem już tą samą osobą…

 

Ostatecznym celem człowieka nigdy nie jest miejsce, lecz nowy sposób patrzenia na świat.

Henry Miller

W podróż wyruszałam z przekonaniem, że będzie ona dookoła świata. Plany szybko zrewidowałam, gdy zrozumiałam że miejsca są tylko kontekstem dla różnych wydarzeń, przeżyć, doświadczeń. Jasne, ważne było to, że odbyły się one właśnie w tamtych miejscach – spanie pod gwiazdami w Parku Yosemite, oglądanie zachodów słońca w Arizonie, tańczenie salsy w Kolumbii, jedzenie tacos w Meksyku. Bo w innych nie smakowałyby tak samo. Więc miejsce może i nie jest celem samym w sobie, ale jest ważne – poszerza perspektywę, otwiera oczy na nowe, wyostrza zmysły. Bo nawet jeśli wydaje się nam, że jedziemy coś zobaczyć, to rzadko kiedy wracamy tylko z obrazem miejsca przed oczami. Wracamy ze wspomnieniem ludzi, wydarzeń, smaków, zapachów. A po dłuższej podróży i ze zmienionym podejściem do podróżowania (o czym więcej tutaj), ale i do świata. I wtedy wiadomo, że przybyliśmy do naszej destynacji, nawet jeśli nie dotarliśmy do pierwotnie założonego punktu. Ja w tej podróży nie okrążyłam globu, jak początkowo zakładałam. Za to widzę mój dotychczasowy świat inaczej…

 

Gdziekolwiek się wybierzesz, stanie się ono częścią ciebie.

Anita Desai

Zmienia się patrzenie na świat, postrzeganie rzeczywistości, ale zmienia się i zawartość nas samych. Dlaczego? Gdyż odkrywając nowe doświadczenia, siłą rzeczy zabieramy je ze sobą, stają się one częścią nas. Stajemy się wewnętrznie bogatsi, pełniejsi, nasyceni. Po powrocie głód poznania jest zaspokojony, bo zabraliśmy z sobą miejsca i to, co nas w nich spotkało. I nawet jeśli tam szybko nie powrócimy, to są wyryte głęboko w nas, z na zawsze odciśniętym śladem – w sposobie widzenia rzeczy i odbierania rzeczywistości.

To czasem dobrze, a czasem źle. Dobrze, jeśli w tym procesie chcemy dalej uczestniczyć, jesteśmy otwarci na dalszy rozwój i chłonięcie tych doświadczeń. Źle, jeśli pragniemy wrócić do starej rzeczywistości, a okazuje się, że wrócić się nie da. I czym bardziej się staramy, tym jest ciężej. Rozpoczyna się wewnętrzna walka, w której wygranych za bardzo nie ma. Wygranymi nie jest nasze otoczenie, które w większości nie rozumie tych nowych nas – pełnych odmiennych doświadczeń, niezrozumiałych przeżyć. Nie jesteśmy nimi także my, chcąc wrócić do starego jak gdyby nigdy nic, gdyż… nie jest to możliwe. To, co przeżyliśmy, zabraliśmy ze sobą trwale nas zmieniło. I dopóki tego nie przyznamy, nie zaakceptujemy, wewnętrzna walka nie ustanie. A jak walka, to i ofiary – z reguły my sami.

 

Celem podróżowania nie jest postawienie stopy na obcej ziemi, lecz postawienie stopy we własnym kraju tak, jak na obcej ziemi.

G.K. Chesterton

Gdy wyjeżdżamy, wydaje się, że najważniejsze jest odwiedzenie nieznanego miejsca, napawanie się urokami inności. Aż do momentu, gdy już się nasycimy, poznamy, zgłębimy. I wracamy do domu odmienieni, z inną zawartością, pełni nowych przeżyć, doświadczeń. Nagle okazuje się jednak, że dom już nie jest ten sam. To, co zmieniło się w nas, zmieniło również nasze postrzeganie domu. Bo korzenie są ważne, a na końcu świata nawet ważniejsze. Bo tożsamość jest potrzebna do zrozumienia tego, co odkrywamy. Do zrozumienia siebie. Choć nie zawsze jest łatwo widzieć ten nowy dom.

Nagle wkurza, że niektóre rzeczy po naszym powrocie wcale się nie zmieniły. Zobaczyliśmy więcej – złego i dobrego, a przede wszystkim innego. Czasem brakuje u nas tego, co było tam. Większej otwartości ludzi, dzikich plaż, muzyki na ulicach, wielkich kanionów. Z drugiej jednak strony zaczynamy rozumieć, że tu są rzeczy, których nigdy nie będziemy mieć tam – pierogi ruskie mamy, przyjaciele od szkolnych lat, piwo na krakowskim rynku, żurek wielkanocny na święta, wycieczka w polskie Tatry. Więc doceniamy, to co mamy, bo zagubić się jest dobrze, ale jeszcze lepiej jest się odnaleźć.

Acz ciężko się odnaleźć jeśli to stare i znane staje się nagle inne. Bo patrzymy innymi oczami, przez inny filtr. Widzimy, że niektórzy ludzie zostali w miejscu i wciąż borykają się z tymi samymi problemami, co przed wyjazdem. Inni z kolei poszli jak burza, są w zupełnie innym miejscu. Jedni nas rozumieją, mimo, że nie przeżyli tego, co my, inni nigdy w stanie zrozumieć nie będą. Odkrywamy na nowo to nasze stare i znajome, teraz przez okulary świata. I czasem jest ciężko. Bo czujesz się inny. Tak jak przez te wszystkie miesiące byłeś inny w odległych zakątkach świata, tak teraz jesteś trochę inny tu, u siebie. Ale inność jest czasem potrzebna i kiedy to zrozumiesz, będziesz znowu w domu…

Długa podróż zmienia nieodwracalnie, a powroty są chyba po to, aby te zmiany manifestować, uświadamiać, obnażać. Arkadiusz Recław, minimalista praktykujący w jednym ze swoich felietonów napisał ostatnio coś, co idealnie odzwierciedla mój stan ducha po powrocie. Rzecz była o wolności, wyborach i zmianach określonych przez autora jako przejście ze stawu do oceanu. Ja takiego przejścia w mojej podróży doświadczyłam i czuję, za minimalistą, że „powrót do stawu byłby wsteczny i straszny. Byłby więzieniem”. Czas chyba zatem nauczyć się pływać w rwących falach oceanu, bo powrotu do stawu sobie nie wyobrażam. Zapisuję się więc na kurs pływania. 🙂


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!