Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Wrzesień jest ważnym dla mnie miesiącem, bo we wrześniu wszystko się zaczęło. Równolegle z uczniami zaczęłam szkołę, tyle że życia. Najpierw odeszłam z korporacji, zostawiłam dotychczasowe życie za sobą, a następnie (dokładnie rok temu) wsiadłam w samolot do Nowego Jorku z biletem w jedną stronę. Mimo że wtedy wiele już lotów (tak jak i wiele podróży) miałam za sobą, ten był wyjątkowy. I do wyjątkowego miasta, które stało się dla mnie niejako symbolem. Symbolem odwagi i spełnionych marzeń. Gdyż, za słowami kultowej piosenki Empire State of Mind w wykonaniu Jay Z i Alici Keys „since I can make it here, I can make it anywhere”, czuję że jeśli dałam radę w Nowym Jorku, dam radę wszędzie. Bo „w betonowej dżungli, gdzie rodzą się marzenia nie ma nic, czego nie dałoby się zrobić” – jak śpiewa słynny duet.

Pamiętam jak dziś, gdy bladym świtem udawałam się na warszawskie lotnisko Chopina. Pamiętam następnie wielogodzinne oczekiwanie w Londynie, aby w końcu wsiąść w samolot do betonowej dżungli i przelecieć ocean. Gdy siedziałam na ostatnim miejscu przy przejściu na pokładzie samolotu norweskiej linii, którego celem było lotnisko JFK w Nowym Jorku. Pełna radości, ciekawości, ale i strachu. Bo to nie jest tak, że obaw nie ma. Są i to liczone w milionach. I wcale nie chodzi o to, aby ich nie było, ale o to, by je każdego dnia przezwyciężać, z podniesioną głową pokonywać, nie ustawać w staraniach na drodze do realizacji marzeń. Nawet, gdy się boimy.

Pamiętam, jak wysiadłam z samolotu i stałam w kolejce do odprawy imigracyjnej, zastanawiając się, czy będzie mi dane wjechać do kraju – do którego paradoksalnie już wjechałam. Urzędnicy rządu USA zadecydowali, że jestem godna, uwierzyli w dobre intencje, wydali zgodę na stąpanie po ich świętej ziemi przez całe 6 miesięcy. Pamiętam dobrze tydzień spędzony w Nowym Jorku, gdy biegałam z wywieszonym językiem po tym największym amerykańskim mieście i jednym z największych świata, starając się zobaczyć jak najwięcej, bo nie przewidziałam, że w tydzień nie da się poznać 20-milionowej metropolii, a lot na zachodnie wybrzeże już był kupiony.

Pamiętam dobrze słoneczne mieszkanie życzliwych Polaków w dzielnicy Queens, którzy z dobrego serca zaoferowali mi schronienie na czas nowojorskich eksploracji. Pamiętam jak dziś nowojorskie metro, które było moim głównym środkiem transportu przez ten tydzień. I wielu ludzi, których w nim codziennie obserwowałam przemieszczając się po metropolii. Pamiętam wizytę w One World, najwyższym budynku zachodniej hemisfery i następcy zamienionego w gruzy przez terrorystów 14 lat wcześniej World Trade Center. Pamiętam Statuę, symbol wolności, dumnie wznoszący się dar narodu francuskiego dla narodu amerykańskiego oraz widok na Nowy Jork nocą z Empire State Building. Pamiętam doskonale przejażdżkę promem na Staten Island i imponującą panoramę Manhattanu obserwowaną z tego promu. Pamiętam dokładnie fasadę domu Carrie Bradshaw z Seksu w Wielkim Mieście w West Village oraz nadszarpniętą zębem jesiennego słońca blednącą już zieleń Central Parku. Pamiętam spacer po zatłoczonym Moście Brooklińskim oraz wszystkie kolory reklam na Times Square. Pamiętam też wiele innych rzeczy, których nie sposób tu wymienić. Bo czy tego chcę, czy nie, Nowy Jork na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Nie tylko dlatego, że jest wyjątkowym miastem. Że jest finansową i kulturalną stolicą świata, centrum handlu, sztuki, mody, mediów i rozrywki, a także kolebką kreatywności, przedsiębiorczości i różnorodności etnicznej. Ale przede wszystkim dlatego, że tak jak dla Holendrów, którzy zaczęli go zaludniać w 1624 roku tworząc Nowy Amsterdam, następnie Anglików, którzy go kilkadziesiąt lat później przejęli, nadając mu obecną nazwę, a także przybyłych statkami z Europy na przełomie XIX i XX wieku tysięcy emigrantów, których nadzieje dumnie witała Statua Wolności, Nowy Jork stał się dla mnie symbolem zmiany, wrotami do nowego życia, nowego spojrzenia na siebie i świat. Bramą do dziewięciomiesięcznej podróży przez kolejnych 6 amerykańskich stanów oraz w sumie 8 krajów obu Ameryk. Do niezapomnianych widoków (które wspominam tutaj), nowych znajomości, a nawet przyjaźni, o których m.in. pisałam tutaj i tutaj). Do przemyśleń o życiu, którymi dzieliłam się m.in. tutaj oraz zmierzenia się z samą sobą, o czym więcej tutaj. Bilans tego kroku jest pozytywny (jak już pisałam tutaj) i z każdym dniem jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że była to nie tylko dobra decyzja, ale najlepsza, jaką mogłam wtedy podjąć, wsiadając do zatłoczonego samolotu norweskiej linii lotniczej.

Dziś ważny dla mnie dzień. Dziś świętuję. Świętuję odwagę i determinację w dążeniu do celu i pokonywaniu własnych słabości. Celebruję marzenia, przełamywanie barier, wychodzenie z pudełka, stawanie w poprzek schematom. Wspominam wszystkich ludzi, którzy w tej drodze mi towarzyszyli, gdyż bez nich nie była by ona taka sama. Opijam wszystkie piękne i trudne momenty podróży, gdyż te pierwsze nieustannie pokazywały mi, jak ogromne mam szczęście, te drugie z kolei dawały cenną naukę. Dokładnie rok temu wyruszyłam. W podróż, ale też w głąb samej siebie. Ważna to dla mnie droga, gdyż wiele zmieniła, sporo mnie nauczyła, zaostrzyła apetyt realizacji coraz śmielszych marzeń i dała początek nowemu. Właściwie to zmieniła moje życie. Sprawiła, że naprawdę czuję, że żyję, w zgodzie z sobą i tym, co mi w sercu gra, i doceniam każdą tego życia chwilę. Za życie zatem! W tym nowojorskim stanie umysłu…

 

 

ZDJĘCIE: Manhattan, Nowy Jork, wrzesień, 2015.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!