Na nowej drodze zawodowego życia, czyli co ja robię w tej Kambodży?

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Jestem ekspatką w Kambodży, skrót od ekspatriatki. Słowo pochodzi z Łaciny i oznacza kogoś, kto jest poza ojczyzną. Tak się nazywa osoby, które rezydują i pracują poza krajem urodzenia i stałego zamieszkania. Termin odnosi się głównie do obywateli szeroko pojętego świata zachodniego, którzy decydują się mieszkać i pracować w innym kraju, często regionów rozwijających się. Co ciekawe, nie nazywa się ich imigrantami, jakby to miało miejsce w sytuacji odwrotnej. Ekspat brzmi lepiej, niesie inne konotacje. Bo przecież nie są tu za chlebem, przybyli z wyboru. Z wyboru (i za głosem serca) jestem i ja. 

Co może Europejczyk robić w Kambodży? Mnóstwo rzeczy. Wśród tych najpopularniejszych znajduje się nauczanie angielskiego i francuskiego (mieszka tu sporo ekspatriatów z Francji, jak i krajów anglojęzycznych), wykonywać pracę wolontariusza dla wszechobecnych tutaj organizacji non-profit wspierających rozwój edukacji, promocję zdrowia publicznego, zapewniających schronienie bezdomnym dzieciom i kobietom będącym ofiarami prostytucji i handlu żywym towarem. Kambodża do niedawna była jednym z najbiedniejszych krajów świata, a w Azji wciąż niechlubnie w tej kategorii przoduje, więc organizacje charytatywne mają tu co robić. Inni z kolei prowadzą swoje restauracje, bary, kluby na zachodnią modłę – oczywiście wszystko z myślą o 5 milionach turystów, którzy rok rocznie odwiedzają ten nowo odkryty na turystycznej mapie Azji kraj.

Pracuję i ja, tyle że w żadnej z tych branży. Właściwie to trudno mówić o branży, gdyż to, co robię ciężko jednoznacznie zaszufladkować. Jeśli miałabym użyć jednego słowa, powiedziałabym wellness, ale to też zbyt ogólne pojęcie. Praca z energią już lepiej opisuje to, czym obecnie się zajmuję, choć wciąż jest bardzo enigmatycznym terminem. Ale od początku.

Gdy we wrześniu 2015 roku porzucałam pracę w korporacji i udawałam się w 9-miesięczną podróż, założenie było takie, że w końcu zrealizuję wieloletnie marzenie, po czym do starego życia kiedyś wrócę. A przez „stare życie” rozumiem mieszkanie w dużym mieście i pracę w biznesie, zapewne w marketingu, czyli tym, na czym znam się najlepiej, co studiowałam i w czym przez 9 lat pracowałam, kreując popyt na produkty różnych marek w Polsce, Irlandii i Niemczech. Jednak gdy z owej podróży wróciłam, okazało się to niemożliwe. I bynajmniej nie dlatego, że pracy już nie było, zgodnie z proroctwami wielu mędrców biznesu, którzy twierdzili, że przerwana „kariera” dobrze nie wróży i rzekomo fatalnie wygląda w CV (takie polskie myślenie, gdzie gap year wciąż jest zawodową skazą, a nie osiągnięciem podnoszącym kwalifikacje i wartość pracownika na rynku).

Ku wielkiemu zdziwieniu tych samych mędrców, po powrocie czekała na mnie jeszcze lepsza praca, tyle że ja nie byłam gotowa. Już nie. Poczułam całą sobą, że te czasy minęły i nie wrócą. Jednocześnie wiedziałam, że idzie nowe, choć nie umiałam go jeszcze zdefiniować. Za to co było jestem niezwykle wdzięczna, gdyż wiele się nauczyłam. Dzięki tym doświadczeniom poznałam mechanizmy działania wielkiego organizmu, jakim jest korporacja jak i małego biznesu. Odkryłam też nieograniczone możliwości internetu i nowych mediów, które radykalnie zmieniły sposób w jaki żyjemy, jaki żyję ja. Przez kilka lat miałam w tytule stanowiska słowo „menadżer”, dzięki czemu nauczyłam się co nieco o ludziach, a jeszcze więcej o sobie. Dzięki pracy zawodowej również sporo podróżowałam, odkrywając inną, bardziej „cywilizowaną” formę podróżowania – nie z plecakiem, a z walizką, nie w schronisku, a w hotelu, nie Ryanairem, a LOTem. W pracy miałam też okazję nawiązać wiele inspirujących znajomości, a nawet przyjaźni, które przetrwały do dziś, mimo, że nie dzielimy już jednego biura i porannej kawy, a na przeszkodzie dodatkowo stoi kilka stref czasowych i niejeden napięty grafik.

Gdy więc zrozumiałam i przegryzłam się z faktem, że pewien okres mojego życia bezpowrotnie minął, zaczęłam główkować, jak zatem zarobić na chleb i… kolejne marzenia, gdy już wiem, że po staremu nie chcę. Zakasałam więc rękawy i zabrałam się ostro do roboty. Zaczęłam zgłębiać tajniki pracy zdalnej, wracając do korzeni mojej edukacji, czyli filologii, robiąc tłumaczenia i ucząc angielskiego. Poznałam wady i zalety bycia cyfrowym nomadą. Dawałam prelekcje podróżnicze, rozwinęłam bloga, wydałam mojego pierwszego ebooka. I niby byłam już bliżej mojego ideału pracy i realizacji marzeń, ale nie opuszczała mnie myśl, że to jeszcze nie to.

Jesienią ruszyłam w kolejną podróż, tym razem po Azji, aby sobie to trochę poukładać, gdyż pomimo nieustannej wiary w pozytywny rozwój spraw, mgła chwilowo spowiła perspektywę przyszłości. Przejechałam Wietnam z góry na dół, a mgła była coraz gęstsza. Po kilku tygodniach w drodze trafiłam do Kambodży i po raz pierwszy pojawiło się światło. Wierzę bardzo w energię miejsc, a Kambodża ma dobrą energię. Zaczęłam odkrywać jej historię, która do gatunku lekkich i przyjemnych nie należy. Odwiedziłam Muzeum Ludobójstwa i Pola Śmierci, miejsce kaźni ofiar reżimu Czerwonych Khmerów. Po takich lekcjach szuka się Boga. W tych poszukiwaniach wylądowałam w Wat Phnom, najwyżej położonej świątyni stolicy kraju Khmerów. Gdy już wdrapałam się na wzgórze i stanęłam przed tamtejszym Buddą, postanowiłam sobie z nim pogadać – jak człowiek z Bogiem. Zawarliśmy układ (który, dodam, nie zakłada ewentualnego przejścia na Buddyzm): on rozwieje moje wątpliwości, wskaże mi właściwą drogę i da narzędzia do podążania nią, a ja nie będę się opierać, przestanę walczyć z wiatrakami, bo już nie chcę walczyć i z akceptacją pójdę wskazaną ścieżką. Pełna nadziei opuściłam Wat Phnom jak i kambodżańską stolicę i ruszyłam dalej.

Nie minął tydzień, a znalazłam się w Siem Reap, u stóp Angkor Wat, największej budowli o charakterze religijnym na świecie. Okazało się, że miejsce to kryje dla mnie dużo więcej niespodzianek, niż tylko 800-letnie budowle Khmerskiego Imperium. W pierwszych dniach pobytu w mieście trafiłam do centrum uzdrawiania energii, gdyż początek tej podróży (a może cały rok 2016?) wyjątkowo odbił się na moim zdrowiu. Wyszłam nie tylko uzdrowiona, ale także z… ofertą pracy w kieszeni. Początkowo niepewna, wszak nie planowałam tak szybkiego powrotu do Azji, postanowiłam dotrzymać obietnicy złożonej Buddzie i już w Laosie zdecydowałam, że tu wrócę. Poleciałam więc do Polski spędzić święta z bliskimi, przepakować plecak i nacieszyć się polską zimą (wszak ostatnią spędziłam w pustynnej Arizonie) i od 4 tygodni znowu jestem w Kambodży.

Czas mija szybko, właściwie pędzi. Pracuję dużo, jeszcze więcej się uczę, bo oprócz pracy jestem też w szkole. Pomagam prowadzić centrum, promować go, wykorzystując wszystko, czego nauczyłam się przed 9 lat w zawodzie kreatora potrzeb konsumenckich. Organizuję retreaty, czyli kilkudniowe warsztaty pracy z energią oraz treningi medytacyjne. Pomagam pomagać ludziom. I jest mi z tym dobrze. Uczę się pracy z energią, czakrami, czyli centrami tej energii, zgłębiam techniki medytacji, diagnozy schorzeń wynikających z blokad energetycznych oraz doboru naturalnych remediów. Jest intensywnie, choć są pierwsze namacalne efekty. Nie minęły jeszcze cztery tygodnie nauki, a ja mam już za sobą pierwszy masaż meridian wykonany na kliencie, jak i pierwsze lekcje medytacji karmicznej przeprowadzone jako instruktorka tej starożytnej techniki aktywnej medytacji, która w kilkunastu ruchach wykonywanych regularnie leczy, wycisza wewnętrznie, porządkuje myśli, uzdrawia. A to dopiero początek, przede mną jeszcze sporo nauki. Diagnoza czakr, reiki, refleksologia, dalsza praca z meridianami, ziołolecznictwo i wiele rzeczy, o których nawet jeszcze nie wiem, bo dopiero raczkuję w tym królestwie naturalnego leczenia.

Przemawia to do mnie, zawsze przemawiało. Jako wyjątkowo chorowite dziecko przyjęłam w swoim życiu taką dawkę chemii za młodu, że od dawna mam awersję do leków syntetycznych jak i konceptu leczenia objawów, a nie przyczyn. Niejednokrotnie korzystałam w swoim życiu z bioenergoterapii, medycyny chińskiej, masażu, czy mocy ziół, gdy tradycyjni lekarze rozkładali szeroko ręce. Skorzystałam i tym razem i oprócz zdrowia dostałam dużo więcej – możliwość przekazywania go dalej i w ten sposób pomagania innym. Mam plan dobrze to wykorzystać. Takiej szansy nie dostaje się codziennie. Budda w Phnom Penh się spisał. Jest to lekcja o tym, że warto się modlić – niezależnie od tego, jakiego akurat Boga mamy pod ręką. Druga nauka, jaka z tej historii płynie to ta o odpuszczeniu. O poddaniu się naturalnemu biegowi wydarzeń, bo wtedy naprawdę docieramy do sedna tego, co dla nas dobre. Jakby mi ktoś rok temu powiedział, że będę pracować z energią, do tego jeszcze w Kambodży, to bym się głośno zaśmiała (a kto mnie zna, wie, że potrafię naprawdę głośno), myśląc że to absurdalny żart. Dziś śmieję się głośno, bo wiem, że wszystko jest możliwe! 🙂

 

ZDJĘCIE: Bagan, Birma, grudzień 2016 (już po podjęciu decyzji o powrocie do Kambodży w styczniu 2017).


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

11 thoughts on “Na nowej drodze zawodowego życia, czyli co ja robię w tej Kambodży?

  • 8 lutego 2017 at 21:58
    Permalink

    Aaaale ci post się wysmarował:) Zdjęcie w stylu -gdzie diabeł nie może..? tego słońca ci zazdraszczam..u nas -10..a śnieg nie odpuszcza więc zakupiłam bilety do Włoch na wrzesień już mając w głowie tamtejsze słońce. A co do poddawaniu się biegowi rzeczy to chyba taoizm jest, czy coś? Woda nie walczy z kamieniem tylko go opływa i powoli kształtuje, coś takiego kiedyś czytałam. Pozdrawiam cię serdecznie.

    Reply
    • 9 lutego 2017 at 04:35
      Permalink

      Małgosia, wielkie dzięki, też ciepło pozdrawiam! Fajny wypad Ci się szykuje, a kto wie, co z niego się urodzi? W końcu nigdy do końca nie wiemy… 😉

      Reply
      • 9 lutego 2017 at 05:51
        Permalink

        Idź precz, a kysz! Nawet takich słów nie wypowiadaj.Co się z niego urodzi..biorąc pod uwagę że męża zabieram:) no błagam cię ja już swoją normę wyrobiłam:) a co do wyjazdu to zwykły urlop jest..choć Włochy lubię bardzo..i ten piękny język!

        Reply
  • 9 lutego 2017 at 06:21
    Permalink

    „Dzięki pracy zawodowej również sporo podróżowałam, odkrywając inną, bardziej „cywilizowaną” formę podróżowania – nie z plecakiem, a z walizką, nie w schronisku, a w hotelu, nie Ryanairem, a LOTem” vs „Do domu będę wracać główną arterią miasta na moim skrzypiącym rowerze” – bardziej cywilizowaną formą podróżowania będzie jazda skuterem lub samochodem.

    Reply
    • 9 lutego 2017 at 11:56
      Permalink

      Zgadza się, dzięki za wskazówkę 🙂 Tylko że ja akurat lubię ten rower, nawet jeśli skrzypi. Cywilizację miałam w Warszawie, podoba mi się dzikość Kambodży 😉

      Reply
  • 10 lutego 2017 at 11:55
    Permalink

    wow! pięknie! Marzę o pracy/pobycie w takim miejscu..może rzeka życia nas też poniesie w podobne klimaty. Póki co kupiliśmy kampera i zobaczymy co Europa dla nas ma 🙂
    pozdrawiam ciepło

    Reply
    • 10 lutego 2017 at 18:47
      Permalink

      Ola, w takim razie życzę, aby w takie klimaty Was poniosło! 🙂 Europa super, fajnych eksploracji! W Europie chciałabym wrócić na Bałkany, a to świetny region na kamper. Wybieracie się?

      Reply
      • 14 lutego 2017 at 09:51
        Permalink

        właśnie myślę o Bałkanach od jakiegoś czasu ale póki co jeszcze nic konkretnego nie wymysliłam 😉

        Reply
  • 26 marca 2017 at 09:11
    Permalink

    Aniu, wspaniale się czyta o Twoich poszukiwaniach, rozwoju, odkrywaniu nowych możliwości poza korporacją. Wiem, co przeżywasz i czego doświadczasz i mocno Ci kibicuję na tej drodze. Pół roku po odejściu z naszej „wspólnej” korporacji przeżyłam szok – olśnienie. Im więcej się uczyłam, im więcej doświadczałam, im więcej poznawałam ludzi z własnym biznesem, tym mocniej docierało do mnie, że tu – w mikrobiznesach – poza etatowych – pracy online – istnieje całkowicie nowy wszechświat. Ogromny, z nieprawdopodobnym bogactwem możliwości, opcji, których kompletnie nie widać zza murów biurowca.. Życzę i sobie, i Tobie powodzenia na nowej drodze zawodowej. Ja wciąż się zachłystuję ilością tlenu i przestrzeni, których dopiero teraz doświadczam, zyjąc w pełnej zgodzie z moja tożsamością..z całego serca całuję.

    Reply
    • 26 marca 2017 at 15:44
      Permalink

      Asia, dzięki za podzielenie się Twoimi odczuciami, które, podobnie jak moje, pełne są optymizmu, energii, pozytywnego spojrzenia. Tak to chyba już jest, że trzeba najpierw wyjść z pudełka, aby zobaczyć, jakie ono było ciasne. A czym dalej idziesz, poznając nową rzeczywistość, tym bardziej powrót do starego wydaje się niemożliwy. Wygląda na to, że dzięki temu procesowi obie odkrywamy zupełnie nowe pokłady siebie. Życzę Ci, aby były one niewyczerpane i by zawsze dostarczały ogrom radości, spełnienia i pozytywnej energii! 🙂 Pozdrawiam ciepło z Kambodży!

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *