Czego nauczyłam się od buddyjskich mnichów?

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Zamknięcie się w buddyjskim klasztorze w celu pogłębiania praktyki medytacyjnej było wymarzonym zakończeniem mojego pobytu w Azji – tych intensywnych pięciu miesięcy, podczas których nieustannie uczyłam się nowego, a bodźce w różnej postaci zalewały mnie z wszystkich stron. Wymarzonym, co nie znaczy, że łatwym, gdyż każdy dzień pobytu niósł nowe wyzwania (o tym, jak wygląda dzień w buddyjskim klasztorze przeczytasz tutaj). W klasztorze spędziłam tylko (a może aż?) pięć dni. Niby niewiele – podobno „prawdziwa” Vipassana trwa dziesięć dni. Ale Vipassana jest tylko techniką i możną ją praktykować jak długo chcemy. Wiele kursów na świecie faktycznie trwa dziesięć dni, ale mnie wystarczyło te pięć, aby po pracy i nauce w Kambodży oraz swoich pierwszych autorskich warsztatach zaglądnąć w siebie i jeszcze wiecej zrozumieć. Bo od buddyjskich mnichów można sporo się nauczyć – i to nie tylko o medytacji.

1. Że samodyscyplina układa życie

Przez ostatnie dwa lata spędzone na podróżowaniu, blogowaniu, nieustannym uczeniu się nowych rzeczy i angażowaniu się w różnorakie projekty zatraciłam nieco sens rzeczywistości. Zdołałam przedefiniować wymiar pracy i zrozumieć, że chodzenie do biura od poniedziałku do piątku nie jest jedynym sposobem na zarabianie na życie, bycie zawodowo aktywnym i realizację siebie. Mam to, co chciałam – pracuję kiedy chcę, mam wolność w temacie organizacji własnego czasu, sama nim dysponuję w stu procentach. Co czasem może być trudne, żeby nie powiedzieć zgubne – a w pełni zrozumiałam to podczas pobytu u mnichów, gdzie rytm dnia wyznaczają proste regularne, powtarzające się czynności. Nagle dzień wydał się niezwykle długi – te 16 godzin po odcięciu czasu na sen okazały się wiecznością. Wiecznością, której nigdy nie mam poza klasztorem, bo… brak mi dyscypliny, która układa dzień, porządkuje priorytety, wyznacza rytm dnia.

Prawda jest taka, iż odcięłam się od niej grubą kreską wraz z odejściem z korporacji, gdyż kojarzyła mi się z ukróceniem wolności. Pobudka o określonej porze, kalendarze wypełnione spotkaniami, wyjazdy służbowe no i pasje, które zawsze były upchane gdzieś pomiędzy – to wszystko powodowało, że z czasem czułam, jakbym miała pętlę na szyi. Pobyt u mnichów przypomniał mi, że samodyscyplina może właściwie dać nam więcej wolności – poprzez lepszą organizację czasu mamy po prostu go więcej na inne rzeczy. Do tego dochodzą zasady, którym generalnie dwa lata temu też powiedziałam „nie”. I jakoś specjalnie nad tym nie ubolewam, gdyż otworzyło mi to drogę do nowych pomysłów, kreatywności i innego spojrzenia na świat. Ale – tak jak wszystko stosowane z umiarem – zasady też mają swoje plusy. Chodzenie spać o określonej porze, nierozmawianie, nieużywanie elektroniki, niejedzenie po południu, wstrzymanie się od używek są z założenia prostymi praktykami, które jednak stosowane przez określony czas mają wielką siłę – siłę weryfikacji, jak silni jesteśmy w pozornie prostych rzeczach.

2. Że sen jest ważny. Kluczowy

Ta nauka jest ściśle powiązana z wcześniejszą – o samodyscyplinie, ale na tyle dla mnie ważną, że zasługuje na osobną wzmiankę. Ze snem miałam problemy od kiedy pamiętam – bynamniej nie w ujęciu fizycznym, a mentalnym. Już na studiach przestałam go traktować jako sposób na regenerację ciała i ducha, a postrzegałam raczej jako przeszkodę w realizacji swoich planów i zamierzeń. Skracałam go do minimum, bo jest przecież tyle ciekawszych rzeczy do zrobienia! Praca, zajęcia dodatkowe, podróże (bo umówmy się, w stylu podróżowania, jaki uprawiam jest raczej mniej, niż więcej czasu na sen). A że jestem i typem nocnego marka i rannego skowronka, i skądś zawsze brałam tę energię, nie było to trudne, gdyż – tak jak nie mam problemów z siedzeniem po nocach – tak z reguły ich nie mam z porannym wstawaniem. W rezultacie cennego snu pozbawiałam się latami i właśnie w klasztorze zrozumiałam jaką krzywdę sobie sama wyrządzałam, jak inna jest jakość dnia, gdy zaczyna się go prawdziwie zregenerowanym. Absurdalnie wczesna godzina pójścia spać zalecana przez mnichów (21:00) okazała się idealnym czasem na spoczynek po długim dniu, po którym wstanie o 5:00 rano też nagle nie było żadnym problemem. Dzień wydawał się dziwnie długi, a i zgromadzone siły niewyczerpane. Jakże wzrasta jakość życia, gdy zaczyna się dzień wypoczętym i zregenerowanym! I może nie będę teraz chodzić o 21:00 spać, ale na pewno przed północą, pilnując magicznych ośmiu sennych godzin – one czynią cuda!

3. Że świat bez bodźców jest przerażająco pusty

Podróż solo oznacza się zmierzenie się nie tylko ze światem i jego niebezpieczeństwami, ale przede wszystkim z samym sobą, o czym pisałam już wcześniej, tuż po mojej 9-miesięcznej podróży odbytej w większości w pojedynkę. To dość radykalne ćwiczenie determinacji i walki z ograniczeniami. Jesteś w tym sama, niezależnie od tego, jak jest to nieraz niekomfortowe. Bo niby żyjemy w mocno zindywidualizowanych społeczeństwach, ale nie jesteśmy uczeni bycia samymi, jest ono źródłem dyskomfortu. W podróży solo masz dwa wyjścia – albo oswoić ten stan, a z czasem nawet go polubić, a zatem polubić i samego siebie, albo… wracać do domu. Ja wtedy zostałam. I opłaciło się. Gdy bowiem mamy szansę pobyć ze sobą, tak naprawdę ze sobą, zaczynamy słyszeć lepiej. Nie otoczenie, a głos wewnętrzny. Który zawsze tam był, choć przytłumiony gwarem i zgiełkiem codzienności. To coś, co niektórzy nazywają intuicją, inni szóstym zmysłem, wewnętrznym instynktem, czy wołaniem duszy.

Ale gdy myślisz, że to już wyższy wymiar istnienia, to jesteś w grubym błędzie – przynajmniej ja byłam. Bo okazuje się, że buddyjski aśram ma coś, czego nie ma podróż solo – kompletny brak bodźców zewnętrznych! W podróży zawsze coś się dzieje, pojawiają się nowi ludzie, kolejne przygody, doświadczenia. I nawet jeśli się odcinasz, to o bodźce nietrudno. Dwa lata temu, podróżując po Kubie, świadomie nie używałam internetu – cztery tygodnie żyłam bez wiadomości, maili, telefonów, Facebooka. Nie było to jednak szczególnie trudne, bo podróż dostarcza wystarczająco bodźców.

Wyzwanie pojawiło się w klasztorze. Gdy pozbawiono mnie tego wszystkiego, jednocześnie odcinając od nowych doświadczeń, ludzi (bo cóż to za radość z przebywania z innymi, gdy nie możemy zamienić ani słowa?), rozrywek w postaci książek, filmów, muzyki, gdzie nawet przyjemność jedzenia została sprowadzona do funkcji podtrzymującej życie. Został surowy biały chałat, dwa posiłki dziennie i godziny spędzone w samotności. Z własnymi myślami, które dopiero w takich okolicznościach w pełni wychodzą na powierzchnię. Gdzie nagle dostrzegamy, że bez tych wszystkich społecznych zapychaczy, wypełniaczy czasu, elektronicznej iluzji połączenia z innymi, historyjek pozornie ważnych oferowanych przez media jest jakoś tak… pusto. Że instynktownie, odruchowo chcemy sięgnąć po wypełniacza, który niemal wrósł już w nasze życie, stał się częścią współczesnego DNA. Bo – powiedzmy sobie szczerze – konfrontacja z myślami bywa niewygodna. Nie zapewnia komfortu w społeczeństwie nastawionym na natychmiastową gratyfikację. Nie oferuje rozrywki w kulturze, w której (często wątpliwa) przyjemność stała się kultem. Przeciwnie, bywa kultowo nieprzyjemnie i trzeba sobie z tym jakoś poradzić. Zakuć się w zbroję cierpliwości i determinacji, która po kolejnym upadku znowu przywiedzie cię na tory walki z samym sobą. Tak jak mówią nauczyciele medytacji: gdy umysł na chwilę odwędruje, delikatnie przywołaj go z powrotem i kontynuuj. A to nie jest łatwe, gdy walczymy z największym swoim wrogiem, od którego uwolnienie wydaje się niemożliwe. No bo jak wyswobodzić się od myśli, które zawsze są z nami? I nie zawsze działają na naszą korzyść?

4. Że wszystko jest możliwe – jeśli wiesz, po co to robisz

I kiedy wydaje się, że to wszystko nie ma sensu, że to, co właśnie sobie fundujesz jest kompletną stratą czasu, bo przecież mogłabyś robić tyle ciekawych rzeczy w tak pięknym kraju, jakim jest Tajlandia, w świecie, a nawet w Polsce, a zamiast tego bez przymusu, na własną prośbę, zamykasz się w buddyjskim klasztorze, to jest coś, co nie pozwala ci przestać. Coś, co powoduje, że jednak go nie chcesz opuścić. Może fakt, że lubisz wyzwania, a może jakaś głębsza prawda, którą rozumiesz na innym poziomie, w wymiarze pozamyślowym. Zostajesz więc i toczysz walkę z samą sobą. Bolą nogi, plecy, kark, boli głowa i całe twoje jestestwo. Choć coraz skuteczniej udaje ci się odsuwać wypełniacze myślowe – bo tylko te w tym surowym klasztornym środowisku pozostały. Coraz częściej udaje ci się osiągnąc pustkę. Co nie znaczy, że trwa ona długo – wręcz przeciwnie. Początki są brutalne i… absurdalne!

OK, zaczynam, stoper czas start / pustka /pustka / co to za odgłosy w oddali? Jakiś egzotyczny ptak śpiewa, ale pięknie! / wracaj do oddechu / pustka / pustka / bolą mnie plecy, oparłabym się o ścianę, ale mnich zabronił, w ten sposób nie przepływa energia / wracaj do oddechu / pustka / pustka / zjadłabym spaghetti carbonarę / pustka / pustka / pustka / dobrze mi idzie, coraz lepiej, opłacało się ćwiczyć / chyba nie powinnam o tym myśleć / wracaj do oddechu / pustka / ale dziś duszno / wracaj do oddechu / pustka / pustka / pustka / kolana mnie bolą, prawe szczególnie, najchętniej wyciągnęłabym nogi przed siebie, ale nie można zwracać stóp w kierunku buddy / wracaj do oddechu / pustka / pustka / pustka / te dywany są nietrzepane latami, pięką mnie oczy, nabawię się tu alergii / wracaj do oddechu / przestań myśleć, głupia! / pamiętasz, mnich mówił, aby się nie oceniać – kontyuuj / pustka / pustka / wracaj / pustka / ciekawe, ile jeszcze czasu zostało, dlaczego stoper nie dzwoni, zespuł się? / pustka / pustka / pustka / pustka / dzwoni, uff, 30 minut męki za mną, dziękuję buddo!

A z czasem pojawia się coraz więcej pustki i coraz mniej absurdalnych myśli (bo umówmy się, nawet jeśli buddyści zalecają nieocenianie ich, to większość z nich jest obiektywnie absurdalna!). Zdarzają się nawet całe minuty pozbawione myśli. Jak każda praktyka, również praktyka medytacji ze zwykłego śmiertelnika czyni mistrza. Pojawia się coraz większa tolerancja na bóle cielesne, zwiększa się koncentracja i uważność, coraz łatwiej skupić się na tu i teraz zamiast wtedy i tam. A to umiejętności bezcenne. Dające ugruntowanie jak nic innego, bo nie zewnętrzne, a pochodzące z wnętrza, z nas samych. Do tego dochodzi satysfakcja wynikająca z faktu, że dałaś radę. Że nie poddałaś się w najgorszych momentach. Że walczyłaś i może nie zdobyłaś Monte Cassino, ale własny szczyt na pewno!

5. Że ludzi nie trzeba zmuszać do duchowości, jak czyni to wiele religii

Uważność uważnością, ale miałam wiele momentów słabości – a może mocy właśnie! Niejednokrotnie obserwowałam współuczestników kursu, zastanawiając się skąd pochodzą, co ich przywiodło do buddyjskiego klasztoru, co spowodowało u nich chęć pogłębienia praktyki medytacyjnej. A że nie wolno było rozmawiać, na spekulacjach się kończyło. Jedno zrozumiałam, rozmyślając o motywach pobytu w centrum medytacji – nie są one na pewno zewnętrzne. Jakkolowiek medytacja i filozofie Wschodu są obecnie w modzie, nikt nie zamyka się w klasztorze buddyjskim bez możliwości mówienia przez ileś dni, aby… być modnym! Nikt raczej nie robi tego dla szpanu, bo nawet jeśli początkowo miał takie motywy, to w surowym środowisku aśramu szybko odpada brutalnie jak zdechła mucha od ściany.

Nikt medytujących w klasztorze do tego nie zmusza – wszyscy przybywają tu nie tylko w własnej inicjatywy ale i nieprzymuszonej woli, gdyż chcą zajrzeć w siebie i czegoś się nauczyć. W marketingu, z którego się wywodzę, nazwano by to strategią pull – coś jest w tym buddyźmie, co ludzi przyciąga, co powoduje, że gotowi są poświęcić cenny urlop, pieniądze na lot, a przede wszystkim komfort misternie ulepionego świata dla surowych warunków rutyny aśramu. Przeciwnie do strategii typu push stosowanej przez większość religii świata zachodniego (w tym naszej), które przez wieki dosłownie szturmem zdobywały zwolenników, krzewiąc Chrześcijaństwo na nowo podbitych ziemiach siłą i agresją. Buddyzm tego robić nie musi. Buddyzm przyciąga naturalnie. Bo ludzie dziś szukają pokoju, a nie wojny – tej jest wystarczająco dookoła. Szukają duchowości w innym wymiarze. Byłoby odświeżające widzieć taki inny wymiar duchowości też w naszych religiach. Innego spojrzenia, które naturalnie przyciągnie wiernych, a nie będzie ich do kościoła zmuszać wiekowymi nakazami i zakazami. Bo fakty są takie, że potrzebna jest nowa strategia na powstrzymanie tłumnie odchodzących z kościoła ludzi. Ludzi, którzy w Chrześcijaństwie już nie odnajdują siebie i duchowości na miarę XXI wieku szukają na innych kontynentach i w odmiennych filozofiach. A może wcale niepotrzebnie?

 

ZDJĘCIE: Wzgórze Doi Suthep, Chiang Mai, Tajlandia. Czerwiec 2017.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *