Nadchodzi nowe – urodzinowo!

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Wczoraj miałam urodziny. Albo przedwczoraj, ale czy to ważne? Pamięć zaczyna mnie zawodzić, to już ten wiek? Albo odwrotnie, tyle ciekawych rzeczy się dzieje, że kto zwracałby uwagę na wiek? Bo z kolejnym rokiem życia nadchodzą zmiany na wielu frontach. Znowu. Więc zamiast oddawać się urodzinowej melancholii upływających lat, cholernie się cieszę!

W życiu lubimy się identyfikować z różnymi rzeczami – z pracą, tytułem, ze statusem społecznym, stanem posiadania, wyglądem, wiekiem. Wiek w naszej kulturze stał się de facto jedną z kluczowych kotwic społecznych. Do pewnego wieku trzeba bowiem zakończyć edukację. Do pewnego założyć rodzinę. I oczywiście mieć pewną pracę i czegoś się dorobić, aby tę społeczną układankę dopełnić. 

Na koniec nierzadko okazuje się jednak, że straciliśmy mnóstwo czasu na realizowanie nie swoich marzeń, a pragnień tłumu. Bo jakoś w tym pędzie zabrakło czasu na zastanowienie się, co tak naprawdę w życiu chcemy. A gdy w końcu dojrzewamy do reżyserowania swojego własnego filmu, pojawia się przytłaczająca ilość lęków, które powodują, że… nie mamy odwagi sięgnąć po swoje, bo przecież tyle w tamto już zainwestowaliśmy. Wysiłku, energii, pieniędzy i oczywiście czasu. Paradoksalnie więc, coś co mieliśmy zaoszczędzić – pójściem utartą ścieżką i nierozpraszaniem się innymi rzeczami (robiąc wszystko jak najwcześniej i zgodnie ze społecznie narzuconym timingiem) – właściwie straciliśmy. Bo po tych wszystkich latach przychodzi w końcu mądrość i wiedza o tym, co w życiu ważne. Co chcemy – w zgodzie z sobą, a nie systemowym wzornikiem.

I zanim rzucę kamień w kogokolwiek, pierwsza kieruję go w siebie. Bo długo ten właśnie wzornik powielałam, to on był moją matrycą na życie. Jak dobra praca, stanowiska, wyjazdy, zbędne gadżety, które nadają sens temu całemu kieratowi. Tyle że z czasem, czym więcej mnożyłam i konsumowałam, tym mniej mnie to wszystko cieszyło. Szybko się bowiem okazało, że podróże służbowe co prawda fajnie brzmią, ale niewiele mnie wzbogacają, bo najczęściej w nich eksploruję nie świat i ludzi, a sale konferencyjne, pokoje hotelowe i lotniska. Kolacje oficjalne też są fajne, ale jeszcze bardziej pociąga mnie autentyczność miejsca, w którym moje jedzenie powstaje i jest spożywane. Zrozumiałam też, że lubię swoją pracę, ale tylko wtedy, gdy pomagam ludziom i z ludźmi pracuję. Gdy z kolei zaczynają się prezentacje, tabelki, wykresy i zestawienia, to pojawia się u mnie dziwna pustka i brak celu tego wszystkiego. Bo jakoś tak ciężko wyobrazić sobie bezpośrednie połączenie między tabelką a człowiekiem. A to człowiek właśnie interesuje mnie najbardziej.

To już drugie urodziny, które spędzam w tropikach. Rok temu świętowałam na Kostaryce, dziś w Południowo-Wschodniej Azji. W ten dzień celebruję przede wszystkim wolność. Nie robię już tabelek i wykresów, pracuję za to blisko z ludźmi. Właśnie dobiega końca mój czas w Kambodży, gdzie przez ostatnie trzy miesiące nie tylko miałam okazję bliżej poznać zupełnie odmienną kulturę (przeczytaj o tym, jak żyje się w Kambodży) ale i intensywnie zgłębiałam filozofie Wschodu i metody pracy z energią, aby zrozumieć jeszcze więcej i jeszcze lepiej przysłużyć się ludziom na tej mojej nowej drodze. Nawet gdy piszę tego bloga, piszę go nie dla siebie, a dla ludzi – już od blisko roku. Nie licząc na zysk finansowy, a na to, że komuś pomoże, wskazując inną, alternatywną drogę, inspirując, budząc refleksję. Nie jadam kolacji w wykwintnych restauracjach, a na ulicznym straganie, palcami, w oparach grilla, azjatyckich przypraw i spalin. Jest gwarno, głośno, prawdziwie, a do tego smacznie i tanio. Nie podróżuję też już służbowo, a dla czystej przyjemności – dokąd i kiedy chcę. W poszukiwaniu nowych miejsc, ciekawych ludzi, odmiennych doświadczeń.

Prawda jest jednak taka, że długo do tego stanu dochodziłam. Właściwie latami. Najpierw delikatnie wkładając palec do wody i ją testując. Wyjeżdżając w krótsze podróże, które, jak się później okazało, przygotowywały mnie do prawdziwych przełomów. A gdy te przestały wystarczać, rzuciłam się w przepaść wielkiej podróży, po której nie było już odwrotu. Po której niemal desperacko szukałam sposobów na kontynuowanie tego marzenia i podróżowanie i pracowanie z dowolnego miejsca na ziemi. Bo mimo dobijającego się głosu zdrowego rozsądku, przykłady poznanych przeze mnie w drodze ludzi pokazywały, że to możliwe, że cyfrowy nomadyzm jest faktem i może być sposobem na życie. Żyłam i ja w ten sposób i było prawie idealnie, ale czegoś brakowało. Brakowało elementu ludzkiego, istoty tego wszystkiego. Aż do dzisiaj.

Dziś świętuję. Nie tylko kolejną wiosnę życia, ale też kolejny w nim etap. Z wiosną przychodzi też świeża energia. Mam wrażenie, że nowe nie idzie, a pędzi, gna, galopuje w moim kierunku. Nowe na różnych poziomach – geograficznym, zawodowym, podróżniczym, osobistym. Za kilka dni zmieniam miejsce zamieszkania. Niezbyt drastycznie, bo relokuję się dosłownie za granicę, do sąsiedniej Tajlandii. Będzie to jednak ważna dla mnie zmiana, kolejny początek. Tutaj bowiem, ciesząc się turkusem wód Zatoki Tajlandzkiej, będę przygotowywała się do realizacji swojego wielkiego marzenia. Do moich pierwszych autorskich warsztatów. Warsztatów życia w zgodzie z sobą (jakże mogłoby być inaczej – w końcu właśnie o takie życie walczę od dwóch lat!). Gdzie podzielę się swoją dwuletnią transformacją i doświadczeniami po drodze oraz tym, czego przez ostatnie miesiące nauczyłam się pracując tutaj w Kambodży. Już od dawna marzyło mi się stworzenie warsztatów wyjazdowych, które przybliżą innym ten piękny świat. Wydarzenia, podczas którego hołduje się małym, prostym przyjemnościom. Będziemy się więc napawać tajskim słońcem, pływać, gotować po tajsku i zażywać masaży. Wszak wierzę, że energia miejsc ma moc transformacyjną. Ale też pracować, i to niemało. Pragnę bowiem stworzyć przestrzeń, gdzie kontakt z sobą jest źródłem rozwoju. Jeśli chcesz być częścią tej przygody, tutaj możesz dołączyć – zostało jeszcze kilka wolnych miejsc.

A jeśli nie, to spotkamy się gdzie indziej. Tutaj na blogu, na Facebooku, bądź Instagramie, a może gdzieś w świecie, albo w Polsce na kawie? A póki co, ja świętuję. Swoje urodziny, nadejście nowego, jak i khmerski Nowy Rok, który w  Kambodży zaczyna się już jutro i zamieni Siem Reap, w ośrodek celebracji i radości. To rok koguta. Zwierzęcia, które nie tylko jako pierwsze budzi się do życia, ale budzi też wszystkich domowników. Które wstaje i błyszczy, głosząc swoją prawdę. Które w wielu kulturach jest oznaką nowego, symbolem światła, świętości i dobrobytu. Nie wiem, jak Wy, ale ja w to wchodzę. Zdrowie!


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *