Minimalizm 2.0, czyli popodróżne czystki

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

W życiu przeprowadzałam się dziewięć razy. Jestem bardzo wdzięczna za te przeprowadzki, gdyż każdorazowo dawały mi szansę na oczyszczenie otoczenia, taki nowy początek, a jak ostatnio pisałam, początki lubię. Gruntownego oczyszczania, jak mi się wtedy wydawało, dokonałam rok temu przed podróżą. Sprzedałam samochód, rower, nieużywany sprzęt elektroniczny, pozbyłam się zbędnych ubrań. Jaką ulgę odczułam, gdy tuż przed podróżą wracałam w rodzinne strony po brzegi wypchanym pożyczonym kombi, jako że mój samochód nigdy by efektów lat gromadzenia dóbr materialnych nie pomieścił – nawet po solidnej czystce. A trzeba wiedzieć, że wielką fanką zakupów, jak i chodzenia po centrach handlowych nigdy nie byłam, więc doprawdy nie rozumiem, w jaki sposób w te wszystkie rzeczy obrosłam…

 

Przed podróżą patrzyłam z dumą na moje oczyszczające osiągnięcia, których rezultatem było tylko kilkanaście pudeł dobytku. Dziś na to samo patrzę ze zdziwieniem. Niektóre kartony leżą nierozpakowane od roku i aż strach do nich zaglądać, bo… coś co wydawało mi się absolutnie konieczne do życia jeszcze rok temu, dziś jest… najzwyczajniej zbędne.

Lżej na plecach, mniej na głowie

Co się zmieniło? Moje podejście po podróży, w której żyłam przez 9 miesięcy z niespełna 20 kilogramowego plecaka, a ten okazał się i tak przeładowany i niejednokrotnie w drodze ciążył. Bo okazuje się, że coś co wydaje się absolutnie konieczne w „cywilizacji”, tam, w dalekim świecie, jest zbytkiem, który nie tylko waży, ale o którym trzeba również pamiętać i nieustannie strzec jak Zawisza Czarny – gdziekolwiek się znajdziemy. Więc nie tylko nauczyłam się posiadać mniej, ale i to, co ze mną zostało organizować lepiej. Generalnie mniej znaczy łatwiej. Łatwiej zdecydować co rano na siebie włożyć, łatwiej podejmować inne codzienne decyzje. Ale łatwiej też dostrzec. Piękno, naturę, rytuały budzącego się do życia miasta, drugiego człowieka. Bo gdy nie otacza nas cały ten chaos przedmiotów towarzyszących, robi się czyściej i przejrzyściej dookoła, pojawia się okazja dostrzeżenia esencji, tego co ważne. Nasza głowa dziwnie się jakoś uwalnia, pojawia się przestrzeń na spostrzeżenia, przemyślenia, refleksje. A tych, nie da się ukryć, przywiozłam wiele…

Nowsze modele i magazyny zbytków

I tak się zastanawiam, jak to możliwe, że potrzebowałam tych wszystkich rzeczy jeszcze rok temu, podczas gdy teraz żyje mi się bez nich całkiem dobrze, jeśli nie lepiej? Chyba właśnie za sprawą tej głowy, która się uwolniła. Która zrozumiała, że wszystkie te nagromadzenia rzeczy materialnych były częścią misternie wykreowanego systemu, w którym żyłam bezrefleksyjnie wiele lat. Bo gdy się kończy studia, zaczyna pracować i zarabia tyle co na waciki, to wszystkie dążenia skupiają się wokół tego, aby w końcu mieć więcej. Gdy po kilku latach udaje się finansowo „odkuć”, najpierw zaczynamy zaspokajać podstawowe, jakby się wydawało, potrzeby, a następnie po prostu nabywać (w końcu nas na to stać, i nie po to pracujemy x godzin dziennie!). Zaczynamy gromadzić, kolekcjonować, magazynować. Ale to dopiero początek. Z czasem, aby to wszystko pomieścić, potrzeba większego mieszkania, aby to przetransportować, większego samochodu. A że rzeczy szybko się zużywają, powstają nowe modele, nowe generacje, update’y i upgrade’y, a reklamy bezlitośnie kuszą, to nie da się inaczej, jak… wielkie zakupy kontynuować.

A czym więcej nabywamy, to mamy coraz mniej czasu dla siebie. Bo trzeba na to przecież zarobić, więc harujemy jak woły, a potem to jakoś wszystko ogarnąć, bo ogrom posiadania zaczyna nas przytłaczać. Łapiemy się na tym, że nie ma kiedy porozmawiać, bo trzeba iść na kolejne zakupy. I nie po to, aby zabezpieczyć podstawowe ludzkie potrzeby, tylko po to aby mieć więcej tego, co już mamy, tylko innej marki, w nowej odsłonie, bądź z dodatkowymi funkcjami, które to dadzą nam nowe powody do szczęścia.

Konsumpcyjny galop

Tak, trochę się w tym konsumpcjonizmie zagalopowaliśmy. Z drugiej strony czy można się dziwić? Jako naród przez dziesiątki lat nam brakowało. A właściwie setki, gdyby do smętnych czasów PRL-u dodać okres dwóch wojen światowych i trzech rozbiorów, które mocno zdziesiątkowały nasz stan posiadania. Przez lata nie mieliśmy wiele. Ale to, co było umieliśmy docenić. Przez wiele godzin wystany w kolejce dywan, długo oczekiwana meblościanka czy załatwiony po znajomości, spod lady, stół potrafił przeżyć i 30 lat, co więcej, do tej pory wspominany jest z sentymentem. Bo jeśli coś się zdobywa z takim trudem, to się to ceni. Cieszy się tym. Szanuje. Teraz nie trzeba szanować, bo nie tylko można, ale po pewnym czasie nawet wypada wymienić. Szybko dogoniliśmy Zachód w naszym umiłowaniu konsumpcjonizmu. Lubimy posiadać, daje nam to jakieś niewytłumaczalne poczucie bezpieczeństwa.

Wolność i mobilność kontra amortyzacja

I mimo, że rozumiem powody i wcale nie uważam, że wszystkiego należy się od razu pozbywać, to dziwi mnie czasem, że tak ślepo w to brniemy.  Bo bez tych wszystkich nabytków paradoksalnie jest łatwiej. Od kiedy zredukowałam stan posiadania, czuję się wolniejsza. I jakoś tak na przekór powszechnym teoriom bezpieczniej. Dlaczego? Bo wiem, że niewiele mogę stracić, jako że niewiele mam, a to, co najcenniejsze w życiu staram się lokować w postaci doświadczeń, przeżyć, wspomnień. Niesamowicie uwalniające jest również to, że jestem mobilna i w każdej chwili mogę się spakować w jedną walizkę, jeden plecak i ruszyć przed siebie odkrywać, poznawać, eksplorować. Z tymi wszystkimi rzeczami byłoby o wiele trudniej. Bo co z tym zrobić, gdzie przechować, jak zabezpieczyć? Co z amortyzacją, utratą wartości? Dużo tych problemów biorąc pod uwagę, że rzeczy miały problemy w pierwszej kolejności rozwiązywać, a nie ich przysparzać.

Dobry zwyczaj – wypożyczaj

A przecież życie bez posiadania może być piękne – dziś, w epoce wszechobecnego internetu, nowych mediów, innowacyjnych rozwiązań. Może być taniej, oszczędniej, bardziej ekologicznie. Na świecie rewolucję robi sharing economy, czyli gospodarka dzielenia się, jako alternatywa dla każdorazowego nabywania. Dzielimy się samochodami w ramach aplikacji Uber, czy Blablacar, dzięki którym kierowcy oferują przejazd za zwykle niższą opłatą niż tradycyjna taksówka. Dzielimy się przestrzenią mieszkalną dzięki portalom jak Couchsurfing i Airbnb, co albo nie kosztuje nic, albo sporo mniej niż tradycyjne hotele. Stary koncept bibliotek i wypożyczalni dzięki internetowi wraca do łask i w erze przeładowania rzeczami zyskuje nowe znaczenie. Biblioteki mediów, serwisy gromadzące muzykę i filmy w sieci, platformy ebookowe nie tylko sprawiły, że nie musimy już kupować mediów na tradycyjnych nośnikach, ale też przechowywać danych, a do tego gwarantują, że jesteśmy na bieżąco – z najnowszą muzyką, literaturą, filmami. I jakby nie liczyć, kosztuje to mniej. Sporo mniej.

Racjonalizacja życiowych wyborów

Gdy z pewnymi obawami myślałam o powrocie z podróży, zapoznana w Kolumbii Niemka opowiadała, że ilekroć wraca z długiej wyprawy, cieszy się na myśl o ubraniach, które będzie mogła w domu założyć po miesiącach skromnej plecakowej garderoby. Idea ta chwilowo nawet wprawiła mnie w dobry humor. Gdy jednak wróciłam i otworzyłam szafę, ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie potrzebuję tych wszystkich sukienek, koszul, szpilek gromadzonych przez lata. Podobnie jak stosów kosmetyków i sprzętów, bez których wcześniej nie wyobrażałam sobie życia, a które tak naprawdę pomagały zracjonalizować życiowe i zawodowe wybory, stojące często w sprzeczności z zakopywanymi z głęboką otchłań świadomości marzeniami.

Czyszczenie 2.0

Dziś robiłam czyszczenie 2.0. Jeszcze raz zaglądnęłam do (jak mi się wcześniej wydawało) minimalistycznej szafy i usunęłam z niej kolejną zawartość. Ubrań, których już raczej nie założę, bo po podróży zmieniło się nie tylko to, co mam w sobie, ale też na sobie. I nie zamierzam na tym poprzestać, bo do wyczyszczenia zostało jeszcze wiele – w różnych obszarach. Nie, nie ześwirowałam. Nie stałam się też zatwardziałą przeciwniczką konsumpcjonizmu i wszystkiego, co dał nam kapitalizm, bo dał nam wiele (za samochodem na przykład, a dokładnie wolnością, jaką daje jego posiadanie już zdążyłam się stęsknić).  Nie jestem ortodoksyjną minimalistką. Nie wyprowadzam się też w Bieszczady, ani w inną głuszę, aby wieść pustelnicze życie bez zbytków dzisiejszego świata. Zrozumiałam tylko, że gdy mam mniej, to jest łatwiej…


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

2 thoughts on “Minimalizm 2.0, czyli popodróżne czystki

  • 24 września 2016 at 08:03
    Permalink

    Rozumiem Ciebie Aniu doskonale, im mniej tym lżej.
    Dziwna jest ludzka natura, która do szczęścia potrzebuje otulać się wieloma rzeczami, które tak naprawdę są tylko materialnymi wspomnieniami.
    Umysł ludzki to niezwykle misterna maszyneria, i jednym z jego zadań jest magazynowanie wszystkiego co się da. Jeśli nie można upchnąć informacji w myśli, to wewnętrzny sufler podpowiada, kup to lub tamto- poczujesz się szczęśliwszy. Ale czy na pewno kupowanie kolejnej pary butów, garnka, dywanu jest idealną pożywką dla własnego umysłu?
    Jestem już wiekową osobą i jedną nogą tkwię jeszcze w starym szarym PRL-u, gdzie cukier, mydło i czekolada były na kartki, a drugą nogą tkwię w XXI wieku, gdzie wszystko można kupić od zaraz. Trudno jest mi się rozstać z niektórymi rzeczami, niektóre z nich stanowią pamiątki po zmarłych krewnych, ale – jestem z siebie dumna – potrafię już pozbywać się przedmiotów. Stosuję raczej zasadę rozdawnictwa, część rzeczy oddaję do różnych instytucji. I o dziwo, im mam mniej tym jestem bogatsza… w wolność.
    A w podróży przydaje się rzeczywiście niezbyt ciężki plecak. Na stare lata zaczęłam właśnie podróżować z plecakiem i mój kręgosłup wymusza na mnie selektywną umiejętność pakowania się.
    Gdy zaczęłam powolutku pozbywać się tego i owego, moja głowa ma więcej miejsca na nowe doświadczenia, wspomnienia i radość życia.
    Czyli mniej znaczy więcej. :)))
    Pozdrawiam z Suwalszczyzny
    Dorota

    Reply
    • 24 września 2016 at 10:58
      Permalink

      Dorota, znowu ujęte w punkt – mniej faktycznie znaczy więcej i czym dłużej żyję (i podróżuję), tym częściej się w tej prawdzie utwierdzam. Tak jak napisałaś, lubimy magazynować i do rzeczy się łatwo przyzwyczajamy, ale na jakimś etapie okazuje się, że „szczęście” gwarantowane przez posiadanie jest tylko chwilowe. Jednak ciężko z pewnych rzeczy zrezygnować – bo, tak jak napisałaś, kiedyś na przykład nie było. Ale też dlatego, że zewsząd jesteśmy bombardowani obietnicami pięknego życia w otoczeniu przedmiotów, a wszyscy chyba chcemy pięknie żyć. Potrzeba chyba dużej świadomości siebie, aby z pewnych rzeczy zrezygnować, a podróż w tej rezygnacji bardzo pomaga. Życzę Ci więc lekkiego plecaka i lekkiej głowy w podróży, za to niech serce zawsze będzie pełne najśmielszych marzeń – które, z tym plecakiem będziesz realizować! Pozdrowienia z Suwalszczyzny 🙂 Ania

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *