Miłość w podróży, a fizyka kwantowa

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Dziś Walentynki i choć ich nie obchodzę, bo jak miłość, to codziennie, a nie od święta, to wciąż dobra okazja, aby o miłości napisać. Bo pomimo niekończących się afer politycznych, fluktuacji na rynkach zagranicznych, fenomenów pogodowych oraz pseudosensacji w świecie show biznesu, miłość to temat niezmiennie gorący, zawsze na czasie, zawsze wzbudzający wiele emocji, bo… kto nie chce kochać i kochanym być (nawet jeśli tego nie przyznaje)?

Tyle, że w podróży miłość jest tematem o ciężkim ładunku. Jakby sama miłość nie była wystarczająco trudna, to w relacji z podróżą skala jej trudności zaczyna obijać się o fizykę kwantową i zrozumienie zjawisk makroskopowych. Ciekawy to mariaż. Miłość i podróż tworzą zwykle dość burzliwą relację, żeby nie nazwać jej toksyczną. A właściwie czemu nie? Przyciąganie jest magnetyczne. Gdy się spotykają, to z pompą, nie jest to takie zwykłe tête-à-tête przy niedzielnej herbatce. Związek miłości i podróży, pomimo bajkowego początku, często jest destrukcyjny w skutkach, prowadząc do tego, że kończy się jedno, albo drugie. I zanim zaraz uderzy mnie fala sprzeciwu, bo przecież są szczęśliwe pary podróżujące (tak, sama nawet takie poznałam), to pozwolę sobie postawić falochron z tezą, że zdecydowana większość nie ma szansy przetrwać, bo… nie taka jest ich rola.

Jak w każdym toksycznym związku, jest fenomenalny początek – sprzyjające okoliczności, iskra. Nie są to na pewno krawacie zaloty nad ekspresem do kawy w kantynie firmowej, czy amory w sali konferencyjnej podczas roboczego spotkania podsumowującego kwartał. Jest ogień, pasja, energia, fantazja. Fizyka działa. Wszystko jest magiczne, bo niespodziewane, krótkie, ze świadomością ulotności chwili, często w doborowej scenerii. Burza, namiętność, szaleństwo – tak pokrótce można opisać początek. Fascynacja innością, odkrywanie odmienności. Wspólne zainteresowania, wolność ducha, magiczność okoliczności – to wszystko daje wiarę, że uczucie to jest wyjątkowe, bo nie biurowe właśnie.

I nie wiadomo kiedy, na jakimś jednak etapie fizyka przestaje współpracować i z tych pozytywnych emocji przechodzimy do aspektu zależności, typowego dla każdego związku z elementami toksyczności. Relacja przestaje być partnerska, ba, okazuje się, że nigdy taka nie była. Ktoś jest na górze, a ktoś na dole. Ktoś z przodu, a ktoś z tyłu. Jedno daje, drugie bierze. Miłość wygrywa w tym układzie. Podróż chętnie sprzyja miłości i daje jej nieustanne szanse na kolejne rozdziały. Czy to przez element przygody, słońce i niewyczerpane pokłady witaminy D, czy statystycznie ogrom ludzi, z jakimi każdego dnia mamy kontakt, o miłość w podróży nie trudno. Zarówno tę wielką i głęboką (choćby okoliczności na to nie wskazywały) jak i przelotną, taką na chwilę. Podróż więc karmi mnogością bodźców, szans na spotkanie, poznanie innych kultur i wejście z nimi w interakcję, a miłość chętnie bierze. Bo podróże to taka sympatia w realu, tylko nie .pl, a .com. Bierze i się napawa, korzysta, używa. I kiedy wypadałoby, że prawem wzajemności w końcu też coś podróży dać powinna (wsparcie, zrozumienie, wdzięczność), to pobiera jeszcze więcej, a w skrajnych przypadkach ją kończy, zabiera jej wolność, w efekcie ta dusi się jak ptak bez powietrza. Jakimś dziwnym zrządzeniem zdarzeń przynajmniej u jednej ze stron pojawia się nagle chęć stabilizacji (choć przecież oboje kochają podróżować, a ich ulubioną sypialnią do niedawna był namiot, podczas gdy teraz potrzebują łóżko w rozmiarze king size) i tak podróż ląduje nie tylko w toksycznej relacji, ale i w sferze marzeń leżakujących na półce. Pojawiają się inne priorytety (przecież nie można tak ciągle podróżować!), zmieniają się tematy wiodące. Zmienia się życie. Na bardziej stabilne i mniej mobilne. Czyli podróży śmierć.

Teoretycznie może też zaistnieć sytuacja odwrotna (choć rzadsza), gdy to miłość pada ofiarą podróży w związku. Dzieje się tak, gdy w podróży (która z definicji łatwym chlebem nie jest) para się dociera i okazuje się, że to jednak nie działa. W normalnych warunkach pewnie wyszłoby to dopiero po wielu randkach, a może nawet latach mieszkania ze sobą, w podróży wszystko dzieje się w przyśpieszonym tempie, wszystko jest na fast tracku. Weryfikują się zainteresowania i sposoby spędzania czasu, życiowe priorytety i podejście do małych spraw. W kilka tygodni można wychwycić rzeczy, których zauważenie w normalnych warunkach zajęłoby miesiące. Bo podróż to wyzwanie na poziomie indywidualnym, to często dotarcie do samego siebie, a jeśli indywidualne zamienia się w kolektywne, to wprost proporcjonalnie rośnie skala wyzwania. A nawet jeśli ten test się przejdzie (choć to już wyższy poziom wtajemniczenia), ocalały organizm może się jeszcze obić o odmienną sytuację życiową partnera, realia finansowe, wyzwania zawodowe – wszystko tak różne od sprzyjającego środowiska podróży. Bo przecież tam w drodze wszystko wydaje się możliwe. Dopóki droga trwa…

Sporo tych wyzwań, ale ja lubię wyzwania i nie pogrzebałam jeszcze całkiem tej relacji miłości z podróżą, bo wierzę zarówno w jedną, jak i drugą. Jakkolwiek niedoskonała, jakkolwiek trudna i wymagająca ciągłej pracy, to piękna. Piękna bo zrodzona z pasji, autentyczna, niekontrolowana.

I choć po latach zgłębiania literatury tematu oraz rozlicznych badaniach terenowych (w różnych krajach i podróżach), wciąż nie znalazłam odpowiedzi na pytanie, jak to zrobić, żeby działało, to wierzę, że może. Że mariaż podróży i miłości może być dla obu stron zdrową, harmonijną relacją, w której każda z nich wiele drugiej daje – że mogą być partnerami w podróży i w życiu. Tak jak wierzę w to, że kiedyś zrozumiem tajniki fizyki kwantowej…

 

ZDJĘCIE: Punta Uva, Kostaryka, marzec 2016.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

2 thoughts on “Miłość w podróży, a fizyka kwantowa

  • 19 lutego 2017 at 01:49
    Permalink

    Fizyka kwantowa jest prosta.
    Całość rzeczywistości to wieloświat – zbiór wszystkich możliwych światów równoległych.
    Z każdym wyborem, obserwacją – dzielimy się na tyle kopii wraz ze swoim światem, ile jest możliwych rezultatów.
    W snach widzisz codzienne życie swoich kopii w alternatycnych światach.
    Kot Schrodingera w jednym świecie jest żywy, w drugim martwy.

    Reply
    • 19 lutego 2017 at 14:14
      Permalink

      Dla niektórych prosta i oczywista, dla innych niewytłumaczalna, za to intuicyjna – rzecz serca, a nie rozumu. Tak widzę energię. Ja należę do tych drugich 😉 Dzięki za inne spojrzenie. 🙂

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *