Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Są takie miejsca na świecie, które mają szczególną moc – znane są nie od dzisiaj. Płaskowyż Uluru w Australii, Machu Piccchu w Peru, Wyspa Wielkanocna w Chile, Stonehenge, góra Kailash w Tybecie, arizońska Sedona, jezioro Titicaca w Boliwii, egipskie piramidy, birmańskie Królestwo Paganu – można by jeszcze długo wymieniać. Powstało wiele teorii o miejscach szczególne silnych energetycznie, jak na przykład szlak Ley Line, na którym rzekomo stykają się ścieżki energetyczne, wskazując miejsca ze szczególnymi wibracjami. Tam, gdzie starożytni magowie po rozlicznych badaniach wskazywali idealną lokalizację na wzniesienie szczególnie ważnej dla imperium budowli, a nawet miasta. Dobrze to wiedzieć, a nawet kiedyś odwiedzić i poczuć tę moc. Ale… wierzę, że każdy ma swoje miejsca mocy, trzeba je tylko odkryć. I niekoniecznie muszą one pokrywać się ze wskazaniami prawiekowych czarodziei…

Od kiedy aktywnie pracuję z energią, temat jest mi bliższy niż kiedykolwiek, co nie znaczy, że wcześniej był obcy. Trochę intuicyjnie, trochę po omacku, wiedziałam, że do pewnych miejsc jest mi bliżej, niż do innych. Nawet bardziej instynktownie czułam, niż wiedziałam – po raz pierwszy w moich podróżach właśnie. Niejednokrotnie dotarłam bowiem do jakiegoś miejsca w podróży, które kompletnie mi nie służyło, którego energia scierała się z moją, powodując, że nie czułam się w nim dobrze od pierwszego wejrzenia. To jak randka w ciemno, gdy nagle poznajesz towarzysza swojego wieczoru i czujesz, że jeśli zostaniesz, te kilka godzin, które masz z nim spędzić, będą się ciągnąć w nieskończoność. Że chcesz uciec, gdzie pieprz rośnie, bo to nie to. I ja wielokrotnie docierałam do miejsca po wielogodzinnej podróży tylko po to, aby… złapać najbliższy autobus przed siebie, byle dalej, gdyż od początku czułam, że to nie moje miejsce.

Były miejsca, do których zawsze chciałam pojechać z pełnym przekonaniem, że coś tam na mnie dobrego czeka. Były też takie, do których nigdy mnie nie ciągnęło, wbrew powszechnym zachwytom ogółu. Zawsze na przykład chciałam odwiedzić Amerykę Południową. I nie rozumiałam skąd do pragnienie wykiełkowało, które to doświadczenie mojego dzieciństwa dały mu żyzną glebę do rozwoju, aż do czasu, gdy wiele lat później w końcu odwiedziłam południowoamerykański kontynent. A gdy postawiłam stopę na jego ziemi, wiedziałam, że będe wracać. Co nie znaczy, że było łatwo, że czekał tam na mnie czerwony dywan z różaną wyściółką. Wręcz przeciwnie! Argentyna – pierwszy odwiedzony przeze mnie kraj regionu – przywitał mnie napadem z bronią w biały dzień (o czym więcej tutaj). Ale wyszłam z tego kompletnie bez szwanku – zarówno na zdrowiu jak i mieniu – może w tym tkwi tajemnica energii tego miejsca? Cała podróż też do łatwych nie należała, była dość wymagająca fizycznie. Po miesięcznej wyprawie, zamiast wracać do pracy, chciałam na urlop – ale taki prawdziwy z kawałkiem plaży i drinkiem z parasolką, a nie plecakiem, śpiworem i butami trekkingowym. Czy jednak żałuję? Nie! Czy odwiedziłam Amerykę Południową od tego czasu? Tak! Kilkukrotnie. Dlaczego? Bo to jedno z moich miejsc mocy. Do których zawsze będę wracać, a kto wie – może nawet kiedyś zamieszkam?

A w tej Ameryce Południowej są miejsca szczególne. Takim jest dla mnie Kolumbia (która z tej okazji doczekała się osobnego wpisu) – mój ulubiony kraj z dotychczas odwiedzonej pięćdziesiątki. Kraj niezwykle serdecznych ludzi, wspaniałej natury, i… dobrej energii. A tego też nie mogłam wiedzieć, wybierając się tam. Wiedziałam tylko, że muszę. Gdy w trakcie mojej 9-miesięcznej podróży planowałam kolejne punkty na mapie przebywając akurat w Ameryce Centralnej, nagle poczułam zew. Kolumbia wzywała. Z wypiekami na twarzy kupiłam więc lot z Panamy i odliczałam każdy do niego dzień – zupełnie nieracjonalnie. Pamiętam jak dziś, gdy w kwietniowy sobotni wieczór wylądowałam w Medellin – drugim mieście Kolumbii pod względem wielkości. Gdy usłyszałam dźwięki salsy na ulicy. Gdy szukałam hostelu i każdy – od nocnego stróża po taksówkarzy – chciał pomóc – z dobrego serca, a nie chęci zysku. Gdy radość czuło się w powietrzu, pomimo iż Kolumbijczycy przez lata wojny domowej i narkotykowych porachunków nie mieli wielu do niej powodów. A to był dopiero pierwszy dzień – kolejne dwa miesiące i odwiedzone miejsca tylko potwierdziły, że to moje miejsce pod każdym względem. Że dobrze się w nim czuję, bo coś nas łączy – coś niezrozumiałego, ale czy wszystko trzeba rozumieć, wytłumaczyć i skalkulować? Minął już rok od opuszczenia tego mojego miejsca mocy i najchętniej już bym wróciła. Znowu zobaczyła zieleń Doliny Cocora, ponownie zanurzyła się w turkusowej wodzie wybrzeża karaibskiego. Jeszcze raz zatańczyła salsę w ciasnym zatęchłym klubie w Cali. Ale wrócę wkrótce. Wiem to. Bo Kolumbia to moje miejsce mocy. A do miejsc mocy się wraca.

Mam też miejsca mocy w Azji. Indonezja, Kambodża oraz wyspa Koh Chang w Tajlandii, w której prowadziłam ostatnie warsztaty życia w zgodzie z sobą. Miejsce wybrałam jeszcze mieszkając w Kambodży, nigdy wcześniej w nim nie będąc. Wołało mnie, zaufałam. W rezultacie spędziłam na wyspie dwa niezwykłe miesiące, które miały duży wpływ na moje życie. To tutaj bowiem spełniłam swoje marzenie o własnych wyjazdowych warsztatach rozwojowych, to tu ono stało się rzeczywistością. W magicznej scenerii wybrzeża, gór i dżungli tajskiej wyspy – innej niż wszystkie. Miejscem mocy zdecydowanie nie są dla mnie Chiny. Nie jest też Malezja. Nie jest Wietnam, Laos i Birma, choć to piękne kraje i umiem ich piękno docenić. Teraz to wiem. A z tą wiedzą zupełnie inaczej się podróżuje. Łatwiej. Lżej. Bardziej świadomie. W zgodzie z sobą.

W Europie nie będę to Francja i Włochy – choć jestem wrażliwa na ich piękno, nigdy nie będę się w nich tak dobrze czuła jak na przykład w ukochanej Hiszpanii, Portugalii, czy Niemczech. Kiedyś nawet myślałam, że jest to bezpośrednio powiązane z językiem – nie mówię po francusku ani włosku, jestem za to biegła w niemieckim i hiszpańskim. I zapewne miało to jakiś wpływ na początku. Gdy uczyłam się języków, zawsze chciałam odwiedzić kraje, w których na co dzień się ich używa – trochę z ciekawości, trochę z chęci ćwiczenia na żywym organiźmie. Ale… to tylko część rzeczywistości, bo czuję się równie mocno związana z Bałkanami, których języków nie znam i nie zapowiada się, abym rychło poznała. A są to zdecydowanie miejsca mocy dla mnie.

Co składa się na miejsce mocy?

Co składa się na miejsce mocy zatem? Co sprawia, że pewne miejsca są dla nas przychylniejsze niż inne, że w niektórych dobrze się czujemy, a w innych niekoniecznie? Kilka czynników, myślę sobie…

WOŁANIE

Po pierwsze wołanie, a może powołanie? Coś, co sprawia, że nie wiadomo dlaczego ciągnie nas do tego miejsca, czasem zupełnie nieracjonalnie, bez powodu, bez logicznego wytłumaczenia. Tak jak mnie przed laty (i przez lata) wołała Ameryka Południowa. Można sięgnąć do duchowości, a nawet ezoteryki i wytłumaczyć to zaszłościami karmicznymi, czyli zdarzeniami z wcześniejszych żyć, będącymi źródłem szczególnego przywiązania do danego miejsca – może tam kiedyś byliśmy, a może mamy tam coś do zrobienia – nieważne. Ważne, że woła i trzeba na to wołanie odpowiedzieć. Posłuchać siebie, a nie telewizyjnej reklamy i mędrców konsumpcjonizmu zachęcających do kolejnych wczasów typu all-inclusive. I czasem nieracjonalnie udać się przed siebie. Bo takie nieracjonalne rzeczy mają zwykle głębsze dno, którego nauka może nie potrafi wytłumaczyć, ale w którym pogrzebana jest większa prawda, niż ta kiedykolwiek opisana równaniem matematycznym.

ENERGIA

Wołanie jest powiązane z energią. A dokładnie dobrą energia miejsca. Są takie miejsca, gdzie czujemy się dobrze, nawet gdy za oknem niepogoda, są też takie które z jakiegoś względu nam nie służą nawet w najsłoneczniejsze dni. Nie mam na to innego wytłumaczenia, jak wspomniana energia miejsca. A dokładnie interakcja naszej energii z energią tego miejsca. Bo miejsca z definicji nie mają złej energii. Pozytywne bądź negatywne wibracje tworzą się dopiero w interakcji z inną energią. To tak jak z ludźmi – gdy poznajemy kogoś, z kim od pierwszego wejrzenia możemy kraść przysłowiowe konie. Albo przeciwnie – kogoś, kto działa nam na nerwy od pierwszego spojrzenia – najczęściej zupełnie nieracjonalnie i bezpodstawnie. Tak samo działają miejsca – albo mamy tę energię z nimi, albo nie. I to jest OK. Grunt, to być tego świadomym i nie pchać się na siłę tam, gdzie nie czujemy chemii. Bo i po co? Jest przecież tyle innych miejsc na świecie, z których zapewne niejedno jest naszym miejscem mocy.

LUDZIE

Dla mnie osobiście jednym z najważniejszych czynników wyboru miejsca mocy są… ludzie! To oni w końcu tworzą atmosferę, to oni niejako tworzą miejsce! To przez ludzi właśnie zawsze dobrze czułam się we wspomnianej Kolumbii, na Kubie czy w Kambodży, ale już niekoniecznie we Francji, na Kostaryce czy w Chinach. Nie popadając w zbytnie generalizacje, są narodowości, które są mi bliższe sercu, co ma ogromny wpływ na mój odbiór kraju. Nigdy zbytnio nie rezonowałam z Francuzami czy Włochami, ale poznając Kolumbijczyków, Khmerów czy Kubańczyków tylko utwierdzałam się w przekonaniu, że energetycznie jest nam bardziej po drodze. Może to ciężka historia tych krajów, może jakas inna niewidzialna nić porozumienia powoduje, że dobrze czuję się w kraju Escobara, Czerwonych Khmerów czy państwach byłej Jugosławii. Bo ludzie, którzy coś przeżyli w życiu, bardziej to życie szanują, potrafią się cieszyć najmniejszymi rzeczami, są wdzięczni i tą wdziecznością obdarowują innych. A to moje wartości. A za wartościami idzie wybór miejsc.

JĘZYK

Jako filolog z wykształcenia, ale jeszcze bardziej językowiec z zamiłowania, doceniam każdy aspekt komunikacji werbalnej w języku obcym. I tak jak kiedyś napisałam po jednej z podróży po Azji – kontynencie, którego nigdy chyba do końca nie zrozumiem, bo… nie mówię w żadnym z jego jezyków. Bo język jest istotny. Czy chcemy tylko podróżować w danym miejscu, czy w nim zamieszkać – język jest kluczem do serca ludzi. Mam na to niezliczone dowody – od przyjaźni na całym świecie, które udało mi się nawiązać tylko dlatego, że przemówiłam w danym języku, po historie, które zasłyszałam na ulicy, w taksówce, w metrze, gdyż… rozumiałam. Niby wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy zdolność komunikacji pozawerbalnej, ale… mam silne przekonanie, że język zasadniczo zmienia odbiór miejsc. Wierzę na przykład mocno, że są narodowości, które nigdy – pomimo świetnej znajomości angielskiego – do końca się w tym języku nie otworzą. Taką nacją są dla przykłądu Niemcy, wśród których mam mnóstwo przyjaciół właśnie (i może tylko?) dlatego, że mówię po niemiecku. I mimo że wielu z nich włada świetnie angielskim, w tym języku nie jestem w stanie stworzyć z nimi takich relacji jak to jest możliwe w ich mowie ojczystej. Nieracjonalne? Nie wiem. W sumie dość ludzkie!

JEDZENIE

Jedzenie jest dla mnie jednym z istotniejszych aspektów podróżowania. I nie tylko dlatego, że bardzo lubię jeść. To ta część kultury, która według mnie zdradza najwięcej o kraju w sposób niebezpośredni. Dlaczego? Bo mówi sporo o historii regionu, jego warunkach klimatycznych, geograficznych, a nawet ekonomicznych. No i przemawia do naszego podniebienia. Lub nie. Dlaczego np. ryż, który wywodzi się pierwotnie z Azji, jest spożywany niemal w każdym państwie Ameryki Łacińskiej? Ponieważ przeszedł długą drogę ze wspomnianej Azji do Europy, skąd hiszpańscy kolonizatorzy rozpowszechnili go na Karaibach i w Ameryce Centralnej. Jakże kultura Ameryki Łacińskiej byłaby inna, gdyby ten incydent nie miał miejsca? W końcu są kraje w których ryż z fasolą je się niemal trzy razy dziennie! W zamian z kolei papryczki chili pochodzące z rejonu Ameryk zostały przez kolonizatorów wprowadzone do Azji i stały się integralną częścią diety południowo-wschodniej Azji oraz Indii, które są największym na świecie konsumentem, producentem i eksporterem chili. Żeby było ciekawiej, dieta regionu z którego papryczki się wywodzą (poza wybranymi krajami jak Meksyk czy Peru) jest dość uboga w ostry smak chili. Dlatego moje miejsca mocy z reguły mają dobrą kuchnię – kuchnię, która mnie odżywia, która mi daje siłę. Kuchnię, która daje radość, a nie problemy żołądkowe. Nie będzie to nigdy Ameryka Centralna z jej smażonymi kurczakami na każdym roku ulicy, ani Chiny z zastraszającą ilością mięsa tłustości. Będzie to dużo chętniej Azja Południowo-Wschodnia z różnorodnością swojej kuchni albo wybrane kraje Ameryki Łacińskiej. Będzie to zdecydowanie kuchnia śródziemnomorska, która zdołała wykorzystać najlepiej, to co natura jej dała.

KLIMAT

Używając metafory randki, miejsce powinno być jak partner – na pogodę i niepogodę. Ale czy na pewno? Nie mam przekonania! Są bowiem miejsca, które nam klimatycznie bardziej służą niż inne. Bo jedni lubią słońce i upały, inni od nich za wszelką cenę stronią. Jednym nie przeszkadza ożeźwiający deszcz z rana, podczas gdy innym może on zepsuć cały dzień. Jedni kochają mroźne zimy, dla innych to warunki nie do życia. Ja kocham słońce, stąd – nic dziwnego, że po dwóch latach mieszkania w Irlandii miałam ochotę wsiąść w pierwszy lepszy samolot, który zawiedzie mnie do jakiegokolwiek słonecznego zakątka świata. Bo czerpię energię ze słońca. Bo mam większą tolerancję na goraco, niż na zimno. Bo wolę suchość powietrza niż oceaniczną wilgoć. Teraz już to wiem. Teraz już spędzam zimy w tropikach. Bo moja moc jest w nich właśnie, a nie w deszczowej Irlandii.

LIFESTYLE

Miejsce mocy jest połączeniem konkretnej energii i kultury – które rezonują z nami w jakiś niewytłumaczalny sposób. Do tego dochodzą czynniki bardziej przyziemne, które mają bezpośredni wpływ na nasz stosunek do danego miejsca. Czy takie miejsce wspiera nasz wymarzony styl życia? Czy pozwala nam się realizować i robić rzeczy, które są dla nas ważne? Czy jest politycznie i gospodarczo stabilne? Z jakiegoś powodu nigdy nie ciągnęło mnie do krajów arabskich, choć wiem, że znajduje się w nich niejedno miejsce mocy. Jednak stosunek do kobiet w tamtych rejonach na tyle wpływa negatywnie na moje zainteresowanie, że pewnie długo jeszcze nie pojadę w tamtą część świata. To samo tyczy się nastrojów politycznych w niektórych rejonach świata. Miejsce mocy ma nas bowiem wzmacniać, a nie osłabiać. Ma dawać siłę, a nie być źródłem niepewności i zagrożeń. I choć jestem w pełni świadoma faktu, że zagrożenia mogą wystąpić wszędzie (patrz wyżej: mój napad w Argentynie), to są miejsca w których to ryzyko jest zdecydowanie większe. Są też takie, które wzmacniają nas jako osoby, dają energię, wsparcie, a nawet infrastrukturę – cokolwiek ona znaczy. To wszystko składa się na moc.


Jakie są twoje miejsca mocy? W jakie rejony pojechałbyś w ciemno, tylko dlatego, że czujesz, że cię wołają? A może marzy ci się zamieszkanie w takim miejscu? Jeśli tak, to w sierpniu startuję z serią matermindów, które pomogą ci zorganizować pierwszą dalszą podróż na własną rękę, bądź przybliżyć się do zamieszkania w miejscu marzeń. Sprawdź, jak to działa!

 

ZDJĘCIE: Dolina Cocora, okolice miasteczka Salento, Kolumbia. Maj 2016.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Dołącz do eksploratorów!

 

Dołącz do eksploratorskiej społeczności, by dostawać regularną dawkę inspiracji i informacji o podróżach w głąb siebie i świata. Dowiesz się pierwszy (pierwsza?) o nowych wpisach na blogu, kursach online, warsztatach wyjazdowych i innych projektach, które tworzę. Zapraszam Cię w podróż!

Właśnie dołączyłeś do eksploratorskiej społeczności, dziękuję. Jesteśmy w kontakcie.