Historie zmieniające życie i mityczne Feniksy naszych czasów

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Lubię się inspirować. Ludźmi, którzy zamiast milionów, na swoim mają koncie niesamowite historie. Historie zmieniające życie. Pozytywne, radosne, lecz nierzadko również tragiczne. Momenty, w których zawalił się świat, usunął grunt pod nogami, jedno wydarzenie spowodowało życiowy zwrot o 180 stopni, pozostawiając jedynie zgliszcza. Wszystkie dotychczasowe plany, dążenia, marzenia, obróciły się w proch. To co było ważne, nagle zupełnie przestało się liczyć. Życie przedefiniowało priorytety, całkowicie zmieniło stosunek do siebie i do świata, tak jak i do życiowych celów i pragnień. Ale na jakimś etapie spowodowało też odrodzenie na tych zgliszczach. Niełatwe, kosztujące sporo odwagi, pracy, uporu, walki z przekonaniami swoimi i innych.

Takich historii miażdżących ograniczenia i słabości, zmieniających optykę, otwierających oczy, brutalnie wskazujących inną drogę jest mnóstwo, wystarczy się rozglądnąć, przysłuchać, poobserwować. Takich mitycznych Feniksów odradzających się z popiołów nie brakuje w telewizji, są bohaterami książek, gwiazdami internetu. Albo cichymi afirmantami życia, których można spotkać w pracy, na osiedlu, na zakupach w supermarkecie.

 

Modelka z protezą?

Paola Antonini, młoda Brazylijka od zawsze marzyła, aby być modelką. I nią została – dzięki swojej niekwestionowanej urodzie, ale przede wszystkim zapewne za sprawą determinacji i ciężkiej pracy. Swoją dynamicznie rozwijającą się karierą cieszyła się aż do momentu, gdy w kilka sekund jej marzenia obróciły się w proch. Tuż po Świętach Bożego Narodzenia 2014 roku Paola planowała udać się na brazylijskie wybrzeże, gdzie ze swoim chłopakiem miała powitać Nowy Rok. Było wcześnie rano, właśnie pakowała rzeczy do samochodu, aby zaraz wyruszyć. Tego ranka nigdzie nie wyjechała, to w nią wjechano – samochodem. Po pijaku.

Przeżyła, ale pomimo aż czterech prób ratowania jej kończyny, ta musiała w końcu zostać amputowana – najpierw tuż pod, a następnie nad kolanem. Co to oznacza dla modelki? Definitywny koniec kariery, kres wieloletnich marzeń oraz życia, które zawsze chciała wieść. Nie dla Paoli jednak, która zdołała przekuć życiowy dramat w ogromny sukces. Po drugiej amputacji 21-letnia dziś modelka nie tylko postanowiła nie ukrywać protezy, ale zdecydowała się pokazać ją całemu światu. Nie po to, by się nad nią użalano, ale by dać przykład, inspirować, być modelką dla osób, które również są po amputacji. Jak się okazuje, po niespełna dwóch latach od tragicznego wypadku, jej historia inspiracji dostarcza regularnie dużo większemu gronu. W tej chwili Paola podbija nie tylko brazylijskie wybiegi, ale również media społecznościowe na całym świecie.

Konto instagramowe modelki, na którym dziewczyna regularnie zamieszcza zdjęcia siebie na wybiegu, siłowni, deskorolce, imprezie czy plaży ma w tym momencie ponad milion fanów, a liczba ta stale rośnie. W świecie dominacji formy nad treścią, plastikowej doskonałości, filtrów i automatycznego retuszu modelka z metalową kończyną zaraża życzliwością, ciepłem i pozytywną energią, motywując do działania tysiące ludzi. Nie tylko nie pozwoliła tragedii zdefiniować swojego życia, ale zdołała jeszcze przekuć ją w pozytywny przekaz dla świata. Przekaz, który daje wiarę, nadzieję oraz dowód na to, że wszystko jest możliwe. Jaką siłę trzeba mieć, aby z protezą podbijać wybiegi i serca tysięcy? Pokonując żal do świata i pijanego kierowcy, zawód, rozczarowanie oraz wiele innych uczuć, które zapewne jej towarzyszyły? 

 

Kontuzja sportowa, a życiowy coaching

Lewis Howes był świetnie zapowiadającym się sportowcem amerykańskiego futbolu. Sport zawsze był w jego życiu i konsekwentnie, przez całe swoje młode lata, dążył do osiągnięcia mistrzostwa w swojej dziedzinie. Wielką sportową wizją przepełniony był czas szkoły i studiów. Na swoim koncie ma sporo futbolowych rekordów wielkiego formatu. Łatwo nie było, ale udało się – doszedł do poziomu zawodowstwa – dostał się AFL (Arena Football Leage), która jest najwyższą ligą zawodowego futbolu halowego w USA. Aż zdarzył się wypadek. Banalny, można by rzec. Pewnego dnia podczas meczu rozgrywanego w tejże lidze, Howes zderzył się ze ścianą (dosłownie), próbując złapać piłkę i złamał nadgarstek. Niby nic takiego, tyle że dla gracza amerykańskiego futbolu sprawne ręce w grze są przynajmniej tak ważne, jak nogi. Nie odpuścił jednak i do końca sezonu grał z pękniętym nadgarstkiem, po czym poddał się operacji, która na zawsze zakończyła jego futbolową karierę.

Lewis następnie spędził blisko dwa lata na kanapie swojej siostry, próbując dojść do siebie – rozczarowany sportową i życiową porażką, pogrzebaniem największego marzenia, na dodatek kompletnie bez pomysłu na siebie oraz na to, co ma dalej robić. Ambitny duch sportowca nie pozwolił mu jednak się poddać i ciągle pchał go do walki – o nowego siebie. Jeszcze raczkując w nieodkrytej dotychczas dżungli biznesu, założył firmę doradztwa dla sportowców, gdzie wykorzystywał swoją znajomość branży od podszewki, przy tym ucząc się od zera tajników przedsiębiorczości, marketingu oraz, będących wtedy wciąż jeszcze w fazie embrionalnej, mediów społecznościowych, na których to biznes zbudował.

Pomimo dynamicznego rozwoju firmy, Howes nie osiadł na laurach i ze swoim niezaspokojonym głodem wiedzy ciągle nabywał nowych umiejętności, które z roku na rok przybliżały go do jego życiowej wizji, w której centrum było pomaganie innym w osiągnięciu wymarzonego stylu życia oraz spełnienia we wszystkich jego obszarach. W 2013 uruchomił School of Greatness – podcast w ramach którego od ponad trzech lat zaprasza do dialogu największych guru z dziedziny biznesu, sportu, nauki, religii, rozwoju osobistego, inspirując masy ludzi nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także globalnie. Po trzech latach od startu, School of Greatness jest jednym z najwyżej ocenianych podcastów w dziedzinie przywództwa i rozwoju osobistego na platformie iTunes.

W 2015 roku Howes spełnił kolejne swoje marzenie, wydając pierwszą książkę, w której doradza, jak żyć lepiej i bardziej świadomie i pozostawić po sobie cenną spuściznę dla innych. Książka okazała się kolejnym sukcesem, szturmem wdzierając się na amerykańską listę bestsellerów New York Times’a, która jest niedosięgnionym celem wielu profesjonalnych autorów. Howes oprócz tego zasilił śmietankę amerykańskich mówców motywacyjnych, a w ramach swoich programów rozwojowych szkoli setki ludzi na całym świecie w obszarze biznesu online, jak i w tematach miękkich, skupiających się wokół rozwoju osobistego.

Od życiowej porażki, wegetowania na kanapie siostry, aż do wielomilionowego imperium online marketingu, pozycji uznanego autora książek i coacha tłumów – oto, co można osiągnąć, jeśli się czegoś bardzo chce, ma klarowną wizję i w jej realizację włoży całe serce i wszystkie siły. Howes w głębi duszy jest sportowcem i ze sportu nie zrezygnował, bo to sport właśnie zapoczątkował ścieżkę na której obecnie się znajduje, kończąc tym samym inną drogę, która prawdopodobnie nie zawiodła by go tak daleko. Teraz z pasją gra w piłkę ręczną. Czysto hobbistycznie.

 

Piękne te historie znanych, lubianych, a przede wszystkim już popularnych gwiazd wielkiego formatu zza granicy. Lecz trudnych, bolesnych historii zmieniających życie nie brakuje również w naszym kraju. Dzieją się one niemal na podwórku, często na naszych oczach. W Trójmieście, Warszawie, Krakowie. I wielu innych polskich miastach. I wsiach.

 

(Trój)bojowa mama po ciężkiej chorobie

O takiej przeczytałam niedawno w jednym z magazynów. Natalia Wodyńska-Stosik będąc w ciąży z pierwszym dzieckiem zaobserwowała niepokojący objawy chwilowej utraty wzroku. Po urodzeniu dziecka stwierdzono u niej guza w głowie, który co prawda złośliwy nie był, ale umiejscowiony w niebezpiecznym, trudnym do zoperowania miejscu. Natalia żyła przez wiele miesięcy nie tylko z uporczywym bólem głowy, który guzowi towarzyszył, ale też w strachu o utratę wzroku, a nawet życia i osierocenie swojej niedawno narodzonej córeczki, bo operacja była niezwykle ryzykowna. Ta na szczęście się udała, ale doprowadziła u niej z kolei do utraty zmysłów powonienia i smaku.

Mimo ostrzeżeń lekarzy, szybko pojawiło się drugie dziecko, a pod koniec ciąży, rok po operacji, również decyzja o startowaniu w triathlonie, który od dawna był jej marzeniem. Pomysł miał być również symbolicznym odcięciem się od choroby, nowym początkiem. A pracy było mnóstwo, bo Natalia wcześniej biegała i jeździła na rowerze jedynie rekreacyjnie, a pływać uczyła się dopiero przy okazji treningów do triathlonu właśnie. W czasie przygotowań założyła profil na Facebooku oraz bloga TriMama (T jak treningi, R jak rodzina, I jak inspiracje), gdzie dzieli się swoją walką, przemyśleniami po drodze do spełnienia marzeń, a także codziennym życiem rodzinnym.

Natalia jest już zdrowa. Nawet głowa jej nie boli. Biega, zdobywa kolejne triathlonowe medale, a przede wszystkim wiedzie spełnione rodzinne życie żony i matki, doceniając każda chwilę, jaką ma. Bo przekonała się, że w jednym momencie ten czas może zostać jej odebrany. Bo stanęła oko w oko z potężnym strachem. Utraty zdrowia i życia, pozostawienia rodziny i malutkich dzieci. Ale swoją walkę o życie wygrała, a dzięki ogromnej determinacji czerpie pełnymi garściami z tego nowego życia w zgodzie ze sobą i światem. Swoim fanom doradza: „Nie pozwól, żeby cię strach zatrzymał. Szkoda czasu. Szkoda życia.”

TriMama swoją historią inspiruje teraz setki polskich kobiet, mam i nie mam, ojców, a nawet sportowców do pozytywnych zmian w życiu i odwagi w sięganiu po najśmielsze marzenia. Stała się żywym pomnikiem zwycięskiej walki z chorobą. Jednak wojowniczki i wojownicy są też wśród nas, blisko. Wśród naszych przyjaciół, znajomych, sąsiadów, współpracowników, rodziny. Właściwie to pewnie jakoś mniej lub bardziej świadomie obserwujemy ich zmagania codziennie, może niektórych z nich jesteśmy nawet częścią.

 

Depresyjna droga do życiowej pasji

Ja też byłam świadkiem takich zmagań, nieco biernym, muszę przyznać. Dziewczyny pracowitej, zaangażowanej, dla której nie było rzeczy niemożliwych – za co przyszło jej zapłacić wysoką cenę. Osoby, która każde zadanie, każdy projekt realizowała na 200%, nawet gdy inni ledwo odbębniali swoje 70%. Która żyła i pracowała z siłą i w tempie tajfunu, w pracy zawsze dając z siebie maksimum, a w domu poświęcając się bez reszty innemu ambitnemu projektowi jakim jest wychowanie trójki dzieci. Ciągle w biegu, choć nigdy z kompromisem na jakości tego co robi, gdyż niezależnie od sytuacji wymagała od siebie zdobywania himalajskich szczytów, a nie Kasprowego, Turbacza, czy Śnieżki. Do tego zawsze pomocna, z sercem na dłoni, gotowa ratować świat i innych. I takie też „himalajskie” projekty dostawała, bo wszyscy wiedzieli, że doskonale sobie z nimi poradzi, że jako dobra uczennica nie odpuści. Zawsze starała się podwójnie, bo po pierwsze kochała to co robi, miała pasję do pracy, ludzi, życia. Po drugie to staranie jakąś u niej lukę wypełniało. Bo jak każdy z nas, coś tam miała do przerobienia z dzieciństwa, a może nawet z życia dorosłego. Przez lata z niezmienną sumiennością, zaangażowaniem, perfekcjonizmem aktywnie działała na polu zawodowym, przy tym z równie wielką pasją realizując projekt pt. „rodzina”.

Aż pewnego dnia w pracy się nie zjawiła. Pękła. Z nadmiaru obowiązków, oczekiwań swoich i innych ludzi, presji własnej i otoczenia przyzwyczajonego, że można od niej wspomniane 200% nieustannie wymagać. Wylądowała w szpitalu w słabej kondycji. Diagnozą była depresja, która w dzisiejszym świecie przecież już nikogo nie dziwi. Depresji towarzyszyło pewnie wypalenie zawodowe, bo jak tu się nie wypalić w takim tempie? Jak nie zatracić tej iskry? Choć jej iskra nie zgasła, była tylko chwilowo przyćmiona. A ona dochodzi do siebie. Po kilku tygodniach hospitalizacji i wielu miesiącach ciężkiej terapii, bo tego, co przeżyła nie da naprawić się w kilka dni. Ani tygodni. A w pełni może nigdy?

W końcu zrozumiała, że musi zadbać o siebie. Ku zdziwieniu wielu nieprzyzwyczajonych do takiego stanu rzeczy, uczyniła więc z siebie po raz pierwszy centrum troski, którym dotychczas była praca i otoczenie. I podziałało. Zaczęła tworzyć nową siebie. Odkryła w sobie przez lata głęboko skrywany artystyczny talent, zdemaskowała pokłady kreatywności i pasję do tworzenia, poszła na kurs, poznała inspirujących ludzi, zobaczyła inny świat – świat wypełniony obrazami. Zaczęła robić piękne zdjęcia, które są w stanie wyrazić najgłębsze emocje – dzięki temu, co przeżyła, sięgając do najdalszych zakamarków świadomości i doświadczenia. Rozwija skrzydła, choć wciąż bardzo powoli, nieśmiało, ostrożnie, z troską o siebie. Ma mnóstwo pomysłów i je zrealizuje – będzie tworzyć wspaniałe rzeczy ku radości wielu. Szkoda tylko, że takim kosztem. Płacąc horrendalny haracz w postaci zdrowia, spokoju psychicznego, codziennej radości.

A historii, gdzie komuś wywróciło się życie do góry nogami przez nagły wypadek, chorobę, bolesne rozstanie, zwolnienie z pracy, czy inne wydarzenie rujnujące od lat misternie budowany fundament jest więcej. Właściwie, jakby dobrze popatrzeć i wsłuchać się, to są obecne na każdym kroku – w różnej formie i postaci. Różnica polega na tym, że coś co można nazwać życiową tragedią dla wielu taką na zawsze pozostanie, podczas gdy inni przekuwają ją w coś pozytywnego, odkrywają siebie na nowo, swój głęboko skrywany potencjał, poznając receptę na szczęście i inspirując tym co robią innych. 

Po co czekać zatem, aż los podda nas takim wyzwaniom? Mamy ręce, nogi i indywidualne talenty, odkryte bądź nieodkryte pasje i marzenia. Weźmy w swoje ręce (to jedno) życie, które zostało nam dane i zróbmy coś, co cieszy nas samych i może ucieszyć innych. Zróbmy to jak najszybciej, nie czekajmy na lepsze czasy, gdyż chwila obecna jest jedyną pewną perspektywą czasową. Pytajmy się każdego dnia słowami Steve’a Jobs’a: „Jeśli dziś byłby ostatni dzień twojego życia, czy wciąż robiłbyś to, co dziś robić zamierzałeś?”. I nawet jeśli upadniemy (a upadniemy nieraz), powstańmy. Jak mityczne Feniksy naszych czasów.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *