Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Co znaczy czuć, że się żyje? Być świadomym każdego oddechu, ruchu, jaki wykonujemy, rzeczywistości dookoła, doceniać to, co się ma? Wydaje się proste – podstawowe zasady mindfulness, czyli modnej od jakiegoś czasu w społeczeństwach zachodnich uważności, która w kulturach wschodnich święci triumfy od wieków jako najprostsza droga do szczęścia. A może przeciwnie, skakać na bungee, uprawiać kitesurfing, skoki spadochronowe, czy wejść na Mount Everest? W podróży nietrudno poczuć, że się żyje – zdarza mi się niemal codziennie. I wcale nie trzeba (choć dla wzmocnienia efektu można) uprawiać bardziej lub mniej ekstremalnych dyscyplin sportu, które podnoszą adrenalinę do granic niemożliwości…

Ja, na przykład, czuję, że żyję, gdy idę plażą z blisko 20-kilowym plecakiem na przypalonych słońcem ramionach, stopy topią mi się w nagrzanym piachu, który z każdym krokiem je parzy, z nieba leje się żar, a mi pot po plecach. I jedyne, co mi się chce to… krzyczeć.

Czuję, że żyję, gdy znajomy Meksykanin, przekonany że dostarczy mi niezapomnianych wrażeń, zabiera mnie na przejażdżkę motorem po mieście Meksyk. A trzeba dodać, że ta blisko 20-milionowa metropolia jest nieustannie zakorkowana, i pokonanie kilku kilometrów zajmuje nierzadko i kilka godzin. Stąd popularność jednośladów, którym udaje się przebić sprawnie przez korki samochodowe. Ale za jaką cenę? Strachu, terroru i przerażenia, wywołanych milimetrowymi odległościami dzielącymi mnie od sąsiedniego pojazdu, niespodziewanymi zakrętami i zwrotami akcji – bo w mieście Meksyk na drodze trzeba być sprytnym. Wypadki tu zdarzają się rzadko, ale zwykle są śmiertelne. I kiedy myślę, że moje modlitwy właśnie zostały wysłuchane, że jednak przeżyję i nigdy, ale to nigdy nie wsiądę już na motor (a już na pewno nie w Meksyku), to wjeżdżamy na autostradę, rozwijając bliską wzbiciu się w powietrze prędkość  170km/h, podczas gdy ja koncentruję się na rozwijaniu nowych technik radzenia sobie ze stresem, przekraczając wszystkie swoje granice komfortu, co chwilę zamykając oczy, zaciskając zęby i ponawiając modlitwy. Sprawnie wymijamy wszystkie samochody, a każde wejście w zakręt to nachylenie pojazdu o 45 stopni. Gdy po całym dniu schodzę z motoru, napięcie w mięśniach jest tak silne, że ledwo jestem w stanie wejść po schodach. I wiem, że fanów motorowych rozrywek nie brakuje, jednak o ile samochody uwielbiam, tak motorów nie lubię – w żadnej postaci. Jednoślady z silnikiem, który gwarantuje niekontrolowaną prędkość i niemal zerową ochronę wątłego ciała zawsze napędzały mnie strachem. A już na pewno w mieście Meksyk.

Czuję, że żyję, gdy jadę 7 godzin w nikaraguańskim chicken busie, który w czasach swojej świetności przewiózł do szkoły tysiące amerykańskich dzieci, tyle że czasy te dawno już minęły. Wbrew wszelkim prawom mechaniki i zdrowemu rozsądkowi wylądował na pracowniczej emeryturze w Ameryce Centralnej, która dzięki kilku drobnym operacjom, dała mu życie po życiu. Efekt wzmacnia skwar za telepiącym się ze starości oknem, kurnikowy zapach i swojskie odgłosy wewnątrz (nie bez powodu chicken bus uzyskał tę chwalebną nazwę – nie jest rzadkością, że przewozi się w nim kury i inne zwierzęta). Do tego przejażdżkę umila bardzo głośna muzyka – najczęściej lokalny folklor, który może być szokiem w dawce kilkugodzinnej i przy takim natężeniu decybeli – oraz inne towary przewożone w wehikule –  zdarzyło mi się już jechać „w towarzystwie” worków cementu, ogromnych rozmiarów dyni, czy też skrzynek zboża – słowem każdy pasażer na wagę złota – gdy tylko zapłaci.

Czuję, że żyję, gdy od kilku godzin bezskutecznie usiłuję zasnąć w ciasnym namiocie na karaibskiej plaży – a trzeba podkreślić, że Karaiby uwielbiam, jestem ich wielką miłośniczką, ale nawet ta miłość nie łagodzi bólu istnienia w tej chwili. 40 stopni w skali Celsjusza sprawiają, że bez wykonywania żadnych, ale to żadnych ruchów jestem cała mokra. Podwójnie czuję że żyję, gdy mam do tego po 30 ugryzień komarów na każdej kończynie, a bestie dalej ssają, bo nie wiedzieć jak, udaje im się przebić przez tropikową fortyfikację. I zastanawiam się, czy wygłodniała komarzyca już zdążyła przekazać mi w darze wirusa ziki, czy zrobi to jej następczyni. Walczę ze sobą, aby nie zadrapać się do krwi i jakoś… przetrwać do rana, bo jutro wczesna pobudka i dalsza droga.

Ale uczucie, że żyję nie przychodzi w podróży tylko wtedy gdy pot leje się po tyłku, plecak waży tonę, a nogi odmawiają posłuszeństwa – to tylko część drogi. Właściwie to wszystko robi się po to, aby poczuć całą resztę. A tu nie brakuje niezapomnianych wrażeń, scen jak z filmów i obrazów z pocztówek.

Czuję, że żyję, gdy po 7-godzinnej wędrówce po górach w przemoczonych butach siadam na szczycie i patrzę przed siebie – nieważne jak bardzo nogi bolą i jak długa i błotnista droga powrotna. Nieważne, gdyż często na tej górze na własne oczy widzę obrazek znany z przewodnika, zdjęcie, które ktoś zrobił i na widok którego kiedyś tam zaparło mi dech w piersiach, scenę z filmu, który dawno temu oglądałam w TV. I myślę „czad!”

Czuję, że żyję, gdy przez trzy noce z rzędu do 6 nad ranem tańczę salsę w kolumbijskiej stolicy salsy kompletnie zawładnięta latynoską muzyką, zupełnie bez świadomości czasu. Następnego dnia ledwo nogami włóczę, ale wieczorem znów skądś znajduję siłę, aby proceder powtórzyć.

Czuję, że żyję, gdy docieram do nowego miejsca po kilku godzinach samotnej podróży – zmęczona, ale spragniona ludzi i nie wiedzieć skąd nagle się pojawiają – i to ci najlepszego gatunku – dobrzy, pomocni, uczynni, słowem takie anioły w podróży, które od razu wywołują uśmiech na twarzy. I sprawiają, że zamiast spać, chce się przegadać całą noc, opowiadając historie o podróżach, życiu, codziennych szczęściach i nieszczęściach. Gdyż rozumieją cię bez zbędnych słów, a ty ich. I kompletnie nie wiesz jak to się dzieje, bo przecież widzisz ich po raz pierwszy w życiu – po prostu jesteście na tej samej energetycznej fali…

Czuję, że żyję, gdy jadę na lotnisko i ucinam sobie pogawędkę z taksówkarzem (a uwielbiam z nimi rozmawiać, bo są zwykle wiernym odzwierciedleniem nastrojów lokalnych, dużo wiedzą, a z nudów chętnie się dzielą) o życiu, miłości, polityce, społeczeństwie. Ten po chwili rozmowy pyta z której części Kolumbii jestem, a ja dumna jak paw, zachłyśnięta oparami własnej próżności oświadczam, że z Polski jestem, myśląc w duchu: kurczę, opłacało się to wszystko, te godziny spędzone na nauce hiszpańskiego, kursy, pierwsze nieudolne próby komunikacji z autochtonami… OK, ciemne włosy i opalenizna pewnie też trochę pomogły mu dojść do takich wniosków…

Czuję, że żyję, gdy jestem w samolocie (a nie tylko nic przeciw lataniu nie mam, ale nawet latać lubię) i wchodzimy w moment startu. Samolot kołuje, przyspieszając, aż wzniesie się w powietrze (wciąż nie do końca rozumiem, jak to się dzieje i co na to grawitacja), spoglądam w niebo i zastanawiam się, co mnie w nowym miejscu czeka i często ogarnia mnie niesamowite uczucie zupełnie niewyjaśnionej szczęśliwości.

W końcu czuję, że żyję, gdy sobie po prostu pomyślę, że spełniam marzenia, a wszystko to, bo po pierwsze sobie na te marzenia pozwoliłam, a po drugie zebrałam całą odwagę i siłę w sobie, aby do ich realizacji doprowadzić. Z Kasią, moją częstą towarzyszką podróży dalszych, uknułyśmy gdzieś tam w kostarykańskich tropikach powiedzenie „A mogłam być u Krystyny na imieninach”. I żadna z nas nic do Krystyny nie ma, ani też do imienin, ale jakoś idealnie pasowało jako pocieszenie wywołujące uśmiech na strudzonej podróżą twarzy. Bo czasem może i dobrze zajadać urodzinowy tort z masą czekoladową, opowiadać cioci o najnowszych firmowych sukcesach, jak i nabytkach materialnych, ale czy nie lepiej, nie lepiej smakuje życie od ciocinej Jacobs Krönung? Nawet gdy czasem chcesz krzyczeć, wyć, zostawić to wszystko w cholerę i wsiąść w dżambodżeta prosto do domu. Bo zwykle po tych krzykach, szlochach i desperackich planach ucieczki następuje coś pięknego, co znowu sprawia, że czujesz, że żyjesz…


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!