O jodze, pisaniu i… życiowej harmonii

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Mało ostatnio piszę na blogu, bo dużo innych rzeczy mnie zajmuje – warsztaty, szkolenia online no i podróże, rzecz jasna! Do blogowania niedługo wrócę, gdyż nowe tematy kiełkują jak grzyby po deszczu. Ale zanim to nastąpi mam dla Was smakowity kąsek. Coś dla wielbicieli jogi, pisania, albo… lepszego życia po prostu. Dziś gościnnie bloguje u mnie Edyta Niewińska. Edytę poznałam kilka miesięcy temu w społeczności online i bardzo szybko okazało się, że sporo nas łączy. Jednym z owoców tej znajomości było nasze wakacyjne spotkanie w słonecznej Andaluzji, w której Edyta na stałe mieszka, pisząc powieści i ucząc pisania innych podczas swoich warsztatów online i mastermindów. Zaprosiłam ją do napisania gościnnego posta, gdyż bliskie są jej tematy, które bliskie są i mnie. Edyta dzieli się tym, jak codzienna praktyka jogi pomaga jej w pisaniu. Ale temat jest szerszy, właściwie bardzo uniwersalny. Bo twoją jogą może być medytacja, ćwiczenia oddechowe bądź jakikolwiek inny poranny rytuał, który ci służy. A twoim pisaniem może być wszystko to, czym zajmujesz się zawodowo bądź amatorsko na co dzień. Bo ten tekst jest tak naprawdę o niepoddawaniu się pomimo pojawiających się przeszkód, posyłaniu wewnętrznego krytyka do diabła i skupieniu się na celu. O tym, że warto walczyć o lepsze życie. Niekoniecznie szumnie i z rozmachem, czasem powoli, acz systematycznie, metodą małych kroków…


Po co pisarce joga? Mimo, że nikt mnie o to wprost nie zapyta, wiele osób się nad tym zastanawia. Czy to dlatego, że pisarkę bolą plecy od wielogodzinnego siedzenia przed komputerem? Za mało zarabia na książkach i nie stać jej na dobre krzesło? Czy może teraz zapanowała taka moda na jogę, że pisarka też chce się tym poszczycić, żeby dodać sobie splendoru?

Moja przygoda z jogą nie zaczęła się szczęśliwie. W ramach barteru z koleżanką, świeżo upieczoną instruktorką jogi, otrzymałam możliwość uczestniczenia w prowadzonych przez nią lekcjach jogi, odbywających się na plaży nad oceanem dwa razy w tygodniu. Radość pełna, bo ćwiczyłam już w życiu i tai chi, i pilatesy różne, a do jogi jakoś nie miałam przekonania. W dodatku ćwiczenie w pięknych okolicznościach, przy szumie fal, z widokiem na Atlantyk – czy można sobie wymarzyć coś lepszego?

Przyznaję szczerze – od pierwszej lekcji nie polubiłam jogi. Była nudna jak przysłowiowe, mazowieckie flaki z olejem. Każda lekcja była zbyt podobna do siebie i nie rozumiałam, po co ja właściwie się tak męczę w tym upale? Nie czułam pracy nawet jednego, malutkiego mięśnia. Jeździłam na lekcje nieregularnie, skuszona szumem fal i piękną scenerią. A także dlatego, że jestem konsekwentna i lubię być w dobrej formie, a wszyscy wokół rozpływali się nad tym, jakie joga ma cudowne właściwości dla ludzkiego ciała.

I w zasadzie to byłoby tyle w temacie jogi. Gdyby nie fakt, że ja nie lubię odpuszczać. Raz nie wyszło, ale to nie znaczy, że to całkiem nie dla mnie. Przeszukując przepastne zasoby internetu znalałam coś, co mnie zachwyciło – Wyzwanie 30 dni Jogi, w którym codziennie ćwiczę około kilkunastu minut. Pomysł doskonale idealny w swojej prostocie! Kilkanaście minut zawsze uda się wykroić z codzienności, a może będzie fajnie. Jeśli nie, to znaczy, że jednak joga nie jest dla mnie.

Było fantastycznie! Uwielbiałam moje codzienne sesje i chciałam więcej. Oczywiście, że była różnorodność asan i każdy dzień był dla mnie nowym wyzwaniem. Ale przede wszystkim zobaczyłam, że dla mnie najważniejsza jest energia instruktora. Uśmiechnięta instruktorka mówiła mi codziennie, że mogę się pomyli, upaść, nie wyciągnąć nogi dalej, niż na kilka milimetrów, a i tak jestem super, bo codziennie staję na macie. I czułam się super po jej okiem, kiedy ona też popełniała błędy, kiedy mówiła, że dziś bolą ją mięśnie, kiedy żartowała i śmiała się w głos. Właśnie tak chciałam, żeby wyglądały moje lekcje jogi. Żeby mi tłumaczyła, po co to robię, co mi ta asana w ciele zmienia, jaki fragment mnie zyska dzisiaj siłę i gdzie ja mam te mięśnie, których nie czuję ani nie widzę. Wtedy też zrozumiałam, że to nie joga jest niefajna, a prowadząca moje pierwsze zajęcia Hiszpanka, która była zimna jak ryba z Atlantyku. I że każdy ma swój sposób i potrzeby, a ja lubię śmiech, zabawę i ciężką pracę.

Po pierwszym trzydziestodniowym wyzwaniu zaczęłam regularnie odwiedzać moją wirtualną instruktorkę na jej youtubowym kanale. Przez kolejny rok przerobiłam wszystkie jej wyzwania oraz większość lekcji. Joga stała się moim codziennym nawykiem. Po roku wspólnej pracy, kiedy zrozumiałam, że potrzebuję już nieco więcej, znalazłam sobie następną instruktorkę. Nauczyłam się pracy z oddechem, poczułam ból mięśni i zobaczyłam, że one są tam, gdzie do tej pory ich nie było. Wielki wyczyn, biorąc pod uwagę, że zbliżam się do czterdziestki.

Od mojej pierwszej lekcji jogi mijają trzy lata. W rytm mojego dnia wpisane jest ćwiczenie, przynajmniej pięć razy w tygodniu po pół godziny. I wbrew pozorom wcale nie było to takie trudne. Po prostu rytuał mojego poranka, oprócz zielonej herbaty, słuchania śpiewu ptaków i delektowania się jedzeniem, poszerzył się o trzydzieści minut wysiłku dla ducha i ciała.

A co tak naprawdę daje mi joga jako pisarce?

Dużo więcej, niż mogłam się spodziewać na początku. I to same dobre rzeczy dla ducha, ciała i twórczości. Bo joga to nie tylko ćwiczenie, rozciąganie i budowanie siły mięśni. To pomaga, to prawda. Pozbyłam się powstałych od siedzenia przed komputerem bólów pleców i karku, z którymi zmagałam się przez wiele lat. Przestały mnie zwalać z nóg bóle kręgosłupa lędźwiowego, związane z wrodzoną hiperlordozą. I w ogóle stałam się jakaś dłuższa, bardziej elastyczna i smuklejsza. To oczywiście niewątpliwe zalety. Ale dostrzegam ich więcej.

Dzięki jodze zyskałam uważność. Na siebie i swoje potrzeby. Pół godziny porannego spokoju, kiedy przyglądam się sobie i daję swojemu ciału przyzwolenie na to, że dziś będzie inaczej, niż wczoraj czy tydzień temu. I mam do tego prawo, bo jestem człowiekiem, a nie maszyną do pisania. Obserwuję każdą zmianę i przyjmuję ją życzliwością. Słucham swojego ciała i tego, co chce mi dzisiaj powiedzieć. Czasem jest szczęśliwe i chce więcej, czasem obolałe, zmęczone lub zestresowane. Dzięki temu wiem też, jakie emocje będą mi towarzyszyły podczas pisania. I wiem, że nie wynikają one z samego procesu pisania, ale z czynników zewnętrznych. I mogę je odstawić na boczny tor, bo są to moje emocje, a nie mojego bohatera, którego prowadzę krętymi ścieżkami przez stworzony przeze mnie świat.

Wielozadaniowość – mimo, że nie jest już na topie, to jednak ma znaczenie, bo często oszczędza stresu. Można połączyć trzy różne zadania, aby osiągnąć jeden cel. Można podzielić i utrzymać uwagę wokół kilku spraw jednocześnie, kiedy mam jasność, do czego zmierzam i co z tego wyniknie. I nie muszę w tym stanie trwać nieustannie. Wystarczy powiedzieć sobie, że teraz mam na to pół godziny. Uda się – świetnie. Nie uda – jutro jest nowy dzień, świat się nie zawali, jeśli nie zrobię tego dzisiaj.

Spójność ruchu, oddechu i pracy mięśni uczy mnie, że harmonię w ciele, ale też w duszy, można wypracować. Że nie przychodzi ona jak mityczna wena, i nie umyka, kiedy ma na to ochotę. Wypracowana harmonia zostaje ze mną przez resztę dnia. I kiedy ją tracę, wiem, że mogę ją odzyskać i mam na to sposoby. Wracam do oddechu, daję przyzwolenie na kolejną chwilę tylko dla siebie. Czasem jedna wystarczy, czasem trzeba ich więcej. A czasem po prostu nie udaje się wrócić do równowagi. Spróbuję znowu jutro.

Nieocenianie siebie, zarówno w ćwiczeniach, jak i w pisaniu. Bo mam prawo do lepszych i gorszych dni. Mózg to mięsień, ćwiczę go codziennie, podobnie, jak inne mięśnie. I nie torturuję się tym, że kilka dni temu byłam w lepszej formie. Bo jutrzejsza forma może przejść moje najśmielsze oczekiwania. A zadręczanie się myślami o własnej niedoskonałości przywołuje widmo złudnego perfekcjonizmu, z którego się już wyleczyłam. Pisząc zgadzam się na to, że bedą słabe dni i czasem coś nie wyjdzie. I wiem, że wszystko da się jeszcze poprawić, kiedy przyjdzie czas na redakcję. Podobnie jak w jodze, pewien poziom pisania mam wypracowany i rzadko się zdarza, żeby zejść poniżej. A kiedy poważne pisanie nie wychodzi, bo taki dzień – po prostu bawię się słowami. Bo pisanie i ćwiczenie ma nieść radość i czasem to wystarczy.

Skupienie na celu. Takim, który nie jest jednorazowy, na dzisiaj do wykonania. Na celu długoterminowym, do którego skutecznie przybliża mnie mały, ale za to codzienny wysiłek. Podobnie, jak jodze poświęcam trzydzieści minut mojego dnia, tak i na pisanie przeznaczam godzinę, dwie lub cztery dziennie. To metoda małych kroków – nie muszę się rzucać na codzienne ćwiczenie po dwie godziny, bo mój organizm tego nie wytrzyma. Tak samo nie napiszę książki, ani nawet całego rozdziału, jednym ciągiem. Wytrwałość i konsekwencja zaprowadzą mnie dalej, niż spontaniczne zrywy pisarskie. A dziesięć minut dziennie jogi zbudowało mi zdrowy i wartościowy nawyk, który zostanie ze mną na zawsze.

Działanie, nieodwlekanie w czasie tego, co można zrobić dzisiaj. I to działanie bez przymusu, bo widzę w tym działaniu sens. Bo nawet, jeśli dziennie napiszę tylko dwie strony, a ćwiczenie będzie wolne i relaksacyjne, to każdy taki dzień przybliża mnie do celu. Po tygodniu będę miała dziesięć stron tekstu i silniejsze mięśnie. Gdybym ten tydzień spędziła na myśleniu o tym, że trzeba coś zrobić, ale nie wiem czy warto, po siedmiu dniach byłabym dokładnie w tym samym miejscu. Książka się sama nie napisze, mięśnie cudem nie nabiorą siły i elastyczności.

Najważniejsza dla mnie korzyść z codziennego ćwiczenia to koncentracja. Schodząc z maty mam w sobie spokój i gotowość do podejmowania kolejnych wyzwań. Ale nie chaotycznie i nie z oczekiwaniem, że właśnie dzisiaj podbiję cały świat. Wyznaczam sobie realne zadania i je osiągam. Nie rozpraszam się myślami, że droga do celu jest jeszcze daleka. Bo mam tylko dzisiaj, tu i teraz. I to, co uda mi się dzisiaj, jest moim największym sukcesem.

A ty, czytelniku, co wnosisz do swojego życia dzięki ćwiczeniu jogi?


Edyta Niewińska – autorka powieści „Kosowo”, „Levante”, artykułów podróżniczych, recenzji książek, wywiadów z polskimi pisarkami, warsztatów pisarskich i autorskiego projektu mentoringu pisarskiego.

www.edytaniewinska.com


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

3 thoughts on “O jodze, pisaniu i… życiowej harmonii

  • 5 września 2017 at 07:12
    Permalink

    „Joga – napewno nie dla mnie” – tę myśl zawsze miałam w głowie, bo przecież trzeba być akrobatą, żeby można było siebie zaliczyć do “joginów”.
    Bardzo się cieszę, że się myliłam.
    Bo przecież nie chodzi o to, żeby od razu stanąć na głowie lub balansować na jednej ręce. Joga to droga, która przede wszystkim uczy akceptacji i pokory, jest najlepszą pigułką na perfekcjonizm albo przekonanie, że “ja do tego się nie nadaję”. Tworzy przestrzeń, dystans między naszym ciałem a umysłem, tym samym pozwalając nam świadomie “działać”, a nie reagować, bez zarzutów do siebie, że coś tam w tym chaosie poszło nie tak…
    Ten artukuł jest dowodem na to, że joga wykracza poza matę i świetnie się sprawdza w codziennym życiu – czy to w pisaniu, czy jak u mnie – w bieganiu, podrożowaniu czy po prostu podziwianiu pięknego zachodu słońca (bo nagle go zauważasz 🙂 .
    Dzięki, że pokazujecie, że joga to nie tylko zwariowane zdjęcia na instagramie…

    Reply
  • 5 września 2017 at 08:54
    Permalink

    Dzięki Maria za ważny głos w tej rozmowie 🙂 Tak, zgadzam się, joga to nie gibkość kończyn, ale pewien określony styl myślenia, bycia w świecie, i dbania o siebie. Pięknie to ujęłaś słowami „bez zarzutów do siebie, że coś tam w tym chaosie poszło nie tak” <3 Bo joga też uczy nieoceniania, zaczynając od siebie samego, i nie porównywania się do innych. Ja nie stanę na głowie, ale zrobię jednonogiego gołębia tak, że inni też by chcieli. I co? I nic, świat od tego nie będzie mniej fascynujący. Pozdrawiam Cię serdecznie i nie zapominajmy o wrzucaniu na Instagrama naszych prawdziwych, jogowych fotek!

    Reply
  • 6 września 2017 at 11:46
    Permalink

    Ale joga to nie tylko ćwiczenia ciała wiec uważajcie bo można popaść w spory egotyzm który nie pomoże wam w trudnych sytuacjach życiowych.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *