Jedz, módl się i kochaj po indochińsku

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Jestem w Hong Kongu, na lotnisku. Oczekuję na lot do Warszawy, słuchając chińskich skrzatów i reniferów śpiewających „Cichą Noc”. Czas najwyższy wrócić do domu. By w gronie najbliższych spędzić Święta, a nie tułając się po świecie, słuchając katolickich kolęd w chińskim wydaniu. Zresztą ta podróż wykonała swoje zadanie, spełniła swoją rolę. Gdy wyruszałam do Azji 9 tygodni temu napisałam, że ruszam do „kontynentu wejścia, miejsca jasnego, kraju wschodzącego słońca, gdyż Azja oczyszcza, uwalnia, daje energię lekkości”. Minęło tylko (bądź aż) 2 miesiące od wyjazdu i czas wracać, a ja wraz z tym powrotem wracam do siebie, odzyskując równowagę po innej, tym razem 9-miesięcznej podróży. I tradycyjnie już wiele się ucząc.

W tej podróży wiele czytałam, to chyba najowocniejsza moja czytelnicza podróż. Ostatnią książką skończoną dosłownie wczoraj było „Jedz, módl się i kochaj” autorstwa amerykańskiej pisarki Elizabeth Gilbert, która podbiła serca milionów ludzi na całym świecie. Też opowiada o podróży – w kontekście dosłownym i metaforycznym, bo bohaterka podróżując po Włoszech, Indiach i Bali odkrywa siebie w każdy możliwy sposób. Gdy sięgnęłam po tę książkę od razu wiedziałam, że sporo tu podobieństw, nawet jeśli nie w dosłownym sensie. Więc zamiast bilansu, jak z poprzedniej podróży, użyję analogii „Jedz, módl się i kochaj” do opisania podróży, w której jedzenie, modlitwa i miłość zajęły naczelne miejsce.

Nie wyjechałam co prawda leczyć się po traumatycznym rozwodzie, jak bohaterka wspomnianej powieści, ale czy rozstanie się z dotychczasowym życiem i pójście własną ścieżką po wielu latach podążania tą utartą nie jest trochę rozwodem? Rozwodem ze starym życiem i dotychczasową sobą? Każdy, kto kiedyś na nowo zaczynał, zapewne potwierdzi, że nowe początki są co prawda ekscytujące, ale nie są łatwe. Podobnie jak pisanie scenariusza własnej niekomercyjnej produkcji, która stoi w opozycji do ogólnie przyjętych i dobrze sprzedających się standardów hollywoodzkich. Nie pojechałam też do Rzymu, jak protagonistka „Jedz, módl się i kochaj” zajadać się makaronem i pizzą (choć włoską kuchnię uwielbiam), ale w odwiedzonych przeze mnie krajach nie brakowało smacznego jedzenia. Nie zamknęłam się również w indyjskim aśramie (choć przeszło mi to przez myśl), za to odwiedziłam wystarczająco dużo świątyń, aby na wyższy poziom świętości wejść, dzięki samej tylko podwyższonej wibracji tych miejsc, nie mówiąc już o modlitwie. Nie padłam na Bali w ramiona przystojnego Brazylijczyka (choć byłoby to kuszące), za to spojrzałam na miłość w inny sposób.

Po pierwsze: JEDZ

Lubię jeść. Jedzenie jest ważnym elementem mojego życia, więc nigdy nie przeszłam na żadną radykalną dietę, odmawiając sobie tej przyjemności. Lubię próbować, smakować, kosztować. Nie jestem szczególną fanką mięsa, ale na szczęście akweny wodne świata bogate są w pływające źródła białka w postaci ryb i owoców morza, co w każdej podróży z nawiązką wykorzystuję. Nie dziwne zatem, że jedzenie jest dla mnie jednym z ważniejszych elementów kultury i uważam, że przez nie można się naprawdę sporo o świecie się nauczyć. Co ludzie jedzą często determinuje, jak żyją, czym na co dzień się zajmują, gdzie pracują. I odwrotnie – jak żyją nierzadko wpływa na to, co jedzą. Że nie wspomnę już o funkcji społecznej, jaką pełni jedzenie, gdy wokół stołu gromadzi się rodzina, którą posiłek łączy i zespala lub, jeszcze lepiej, grupa obcych sobie osób, która po zjedzonym posiłku jest sobie bliższa niż kiedykolwiek.

Jestem warzywna, mączna i zupna – uwielbiam kuchnię włoską z jej makaronami, pizzami, polskie pierogi oraz chyba wszystkie nasze zupy, ale ponad wszystko kocham kuchnię azjatycką. Mam nawet śmiałą teorię, że jeśli w (dość ubogiej w smaki i dla mnie zdecydowanie zbyt mięsnej) Ameryce Łacińskiej udałoby się z sukcesem zaadoptować  smaki azjatyckie, byłby to istny raj na ziemi. Przynajmniej dla mnie.

Ta miłość do azjatyckich smaków narodziła się wiele lat temu, gdy mieszkając w Irlandii (o ironio!) zaczęłam poznawać bogactwo tajskiej kuchni serwowanej przez imigrantów. Potem po raz pierwszy pojechałam do Tajlandii i zakochałam się. W ostrym tajskim chili, tajskiej bazylii, trawie cytrynowej, czosnku i imbirze. A gdy odkryłam, że te do tego świetnie komponują się ze świeżo łowionymi owocami morza, szalałam ze szczęścia. Że nie wspomnę już o ostrych zupach tajskich Tom Yam i Yum (a ostre lubię) z krewetkami i mlekiem kokosowym! Rzecz jasna z Tajlandii wróciłam kilka kilogramów cięższa.

Długo więc kuchnia tajska była kulinarną miłością mojego życia. Jej monopol zaczął upadać, gdy odkryłam kuchnię indyjską. Ale ta miłość rodziła się wolno – właściwie zaczęła się od nienawiści (a te dwa uczucia mimo skrajności ponoć są zawsze blisko siebie). Mieszkając przez chwilę z Hindusami (też za granicą) wykształciłam awersję do zapachu hinduskiego jedzenia, oraz do widoku worków ryżu zalegających we wspólnej kuchni. Gdy w końcu z hukiem opuściłam hinduskie lokum (nie wytrzymałam jednak zapachu mieszkania przesiąkniętego indyjskimi aromatami, a chyba jeszcze bardziej patrzenia na to, w jakich warunkach jedzenie jest przygotowywane), musiało minąć kilka lat zanim zapałałam miłością bezwarunkową do hinduskiej kuchni. Uwielbiam indyjskie curry z masalą czyli mieszanką przypraw, którą tak odważnie tylko Hindusi stosują. Kmin rzymski, chili, czarnuszka, kardamon, kurkuma, imbir, asafetyda, owoce tamaryndowca tworzą kombinację nie do przebicia. A jak to jeszcze idzie w parze z owocami morza, to znowu znajduję raj na ziemi. Uwielbiam parathę, placki naan, samosy i indyjską ciecierzycę. Kocham indyjskie lassie o smaku mango, które świetnie orzeźwia, a dzięki zawartości jogurtu jest idealną przepitką ostrych potraw.

Wszystkie te smaki obecne były w mojej podróży po Indochinach – mimo że tym razem nie byłam ani w Tajlandii, ani w Indiach. Kuchnie te są na tyle popularne, że nie brakuje ich w sąsiednich krajach. Nie brakowało ich w moim menu, podobnie jak lokalnych, dotąd mniej znanych mi smaków. A że tym razem odwiedziłam Wietnam, Kambodżę, Laos i Birmę, było co eksplorować.

Generalnie nie jest tajemnicą, że jak w większości azjatyckich krajów ryż je się w każdej postaci i o każdej porze dnia. Od śniadania przez obiad, deser po kolację. W formie kleistej, rzadko sypkiej, a także w postaci klusek (słynne noodle) i owsianki ryżowej, czyli szumnie nazwanego ryżu gotowanego w dużej ilości wody. Najbardziej zapadła mi w pamięć (a może podniebienie?) kuchnia wietnamska. Bukiet smakowy Wietnamczyków może i nie jest tak bogaty jak ten Tajów czy Hindusów, ale jako prawdziwa miłośniczka makaronu, czułam się w Wietnamie jak w makaronowym niebie. Nawet zignorowałam kompletnie duże ilości wieprzowiny i drobiu, które namiętnie są w tym kraju konsumowane, gdy zaczęłam odkrywać ryż w różnych postaciach, w tym w mojej ulubionej – noodlowej. To Wietnamczycy ponoć byli twórcami ryżowych klusek, gdy po I wojnie światowej zostały im worki starego, nie nadającego się do gotowania ryżu, który w ramach eksperymentu został zmielony na mąkę, a ta z kolei stała się podstawą słynnych noodli ryżowych, jedzonych dziś nie tylko w Wietnamie, ale w większości krajów Azji.

I tu nie można nie wspomnieć o mojej wietnamskiej miłości, pho. Pho, czyli jedno z najpopularniejszych wietnamskich dań jadane przez Wietnamczyków na śniadanie, obiad i kolację to zupa zbliżona do rosołu serwowana z ryżowym makaronem, mięsem (zwykle wołowiną lub kurczakiem), warzywami (które znacznie różnią się od regionu) i przyprawami. Są i alternatywne wersje z rybą czy owocami morza. Pho można tu zjeść zarówno na niskim stołeczku wprost ze straganu na wietnamskiej ulicy jak i w wykwintnej restauracji. Jadłam i ja – w każdej formie, każdym odwiedzonym miejscu, a z czasem w ramach każdego posiłku. Początkowe opory przed jedzeniem wietnamskiego rosołu z makaronem na śniadanie szybko ustąpiły bezwarunkowej miłości do tej zupy. Pho było idealnym daniem po długiej nocy spędzonej w autobusie na wyboistych azjatyckich drogach, a także jako naturalne remedium we wcześniej fazie przeziębienia wywołanego (jak to w Azji) zbyt intensywną autobusową klimatyzacją. Rozgrzewało, stawiało na nogi jak mało co i trzymało długo. Do tego było tanie – za przysłowiowe grosze można je było zjeść niemal na każdym rogu ulicy, a gratisowo dostać jeszcze uśmiech od dumnej twórczyni tego dzieła. Czego chcieć więcej?

Owoców naturalnie! A w Wietnamie ich nie brakuje. Nie brakuje ich też w sąsiednich krajach, ale tu są szczególnie bogato wykorzystywane – do soków, napojów, shake’ów, sałatek, deserów, a nawet robionych na ulicy na naszych oczach lodów. A może po prostu trafiłam na sezon, gdy ulice Wietnamu i Kambodży mieniły się w kolorach swoich owoców. Są banany, mandarynki, ananasy, melony, arbuzy. Ale i lokalne okazy – przypominające kaktusowate buraki pitaje (zwane również smoczymi owocami), małe brązowe kulki zwane longanami i czerwone kudłate rambutany. A wszystko wieńczy najsłodsze na świecie mango – tutaj występujące w przeróżnych kolorach – od zielonego przez żółty do czerwonego.

Na koniec trzeba popić. Najlepiej słynną wietnamską kawą. Wszak Wietnam jest obecnie drugim co do wielkości (po Brazylii) jej producentem na świecie. I mimo że kawosz ze mnie żaden, raczyłam się czarnym trunkiem regularnie – po wietnamsku oczywiście. Do parzenia kawy wietnamskiej stosuje się zazwyczaj grubo mielone ziarna zalewane gorącą wodą, która to następnie powoli ścieka do filiżanki przez specjalny filtr. Tradycyjna wietnamska kawa jest mocna, często słodzona i zabielana mlekiem skondensowanym (francuski pomysł na zastąpienie wtedy słabo dostępnego mleka świeżego). Oprócz kawy na ciepło, Wietnamczycy chętnie piją kawę mrożoną, która jest zbawieniem w tutejszych upałach.

Dużo o tym wietnamskich kulinariach, ale to Wietnam właśnie według mnie wyróżnia się na smakowej mapie Indochin (w może to fakt, że spędziłam w nim najwięcej czasu?) Sąsiednie kraje mają wiele kulinarnych podobieństw i generalnie lokalną wersję tych samych potraw można znaleźć niemal wszędzie. Są też miejscowe perły – potrawy, które są typowe tylko dla danego kraju bądź regionu. I tak w Kambodży jest amok, tradycyjna khmerska potrawa będąca gęstą zupą przyrządzaną trochę na styl curry, podawaną z ryżem (a jakże!), przyrządzaną z ryby, warzyw i mleka kokosowego. Laos z kolei rozsławił sałatkę z papai, w której króluje cała gama smaków – od słodkiego, przez kwaśny po ostry. Birma nieco się wyróżnia na tle odwiedzonych krajów – dzięki wpływom tajskim i indyjskim, wraca ostrość, bogatszy bukiet smaków, zdecydowanie więcej przypraw. Wydaje się dużo bardziej wielokulturowa, chwilami przypomina mi różnorodną kuchnię malezyjską. Uliczne jedzenie niemal bazuje na potrawach smażonych w głębokim tłuszczu, przypomina mi się Ameryka Centralna i zapach kurczaków z ulicy. Na szczęście jest mohinga – typowa birmańska potrawa niemal narodowa. Kiedyś jedzona tylko na śniadanie, powoli zaczęła szturmować też inne posiłki chyba swoją prostotą, która mimo wszystko jest w stanie stworzyć wspaniały smak. Mohinga jest birmańskim odpowiednikiem pho, tyle że dużo bardziej pikantnym i przypominającym trochę curry. Oprócz makaronu ryżowego i ryby, które są jej podstawą, zawiera również ciecierzycę, czosnek, cebulę, trawę cytrynową, imbir, kolendrę i sos rybny. Znowu byłam w jedzeniowym raju!

Po drugie: MÓDL SIĘ

Jak głosi religia katolicka, obżarstwo jest grzechem, więc spiesząc na ratunek mojej pogrążonej w jedzeniowym hedonizmie duszy, postanowiłam się regularnie modlić. A warunki do tego były wyśmienite, w końcu wylądowałam w świątynnym zagłębiu, gdzie stężenie miejsc kultu na kilometr kwadratowy przewyższa jakikolwiek chyba rejon na świecie. Więc odwiedzałam je namiętnie, uczyłam się o innych religiach, czułam energię emanującą z wielowiekowych świątyń i modliłam się.

W Azji wiele jest miejsc, gdzie spotykają się nie tylko różne kultury, ale i religie – i to tak skrajne jak wierzenia Wschodu, Chrześcijaństwo i Islam. Wietnam jest tych spotkań uosobieniem. Żyją tu obok siebie wyznawcy Buddyzmu, Chrześcijaństwa (w tym Katolicyzmu), Konfucjanizmu, Islamu, Animizmu i wielu innych wyznań plemiennych. Żyją i mają się dobrze, bez nawracania innowierców i wojen religijnych, w spokoju. I choć może nie czuje się tu takiego mistycyzmu, jak w Kambodży, czy Birmie, to uważam, że właśnie ten religijny spokój i wzajemny szacunek dla innych wyznań jest w tym kraju wspaniały.

Wracając jednak do wspomnianego mistycyzmu, to po raz pierwszy doświadczyłam go w tej podróży w Kambodży, a potem towarzyszył mi już do końca wyjazdu – przez Laos aż po Birmę. Zarówno w Kambodży jaki w Birmie ponad 90% społeczeństwa wyznaje buddyzm. W Laosie trochę mniej, bo jedna trzecia, co wciąż stanowi duży odsetek populacji. Wśród innych wyznań jest oczywiście Chrześcijaństwo, Islam, Hinduizm i stare religie plemienne. Ale to buddyzm kształtuje w dużej mierze krajobraz religijny tych krajów, będąc nierozerwalną częścią społeczeństwa, codziennych rytuałów i podejścia do życia. A to podejście jest dość wyjątkowe. Wyjątkowe, bo afirmujące i akceptujące. Nie potępiające, ganiące, przypominające o karze. Buddyzm, jest czymś więcej, niż religią, a niektórzy nawet przekonują, że nią nie jest – że jest szerszą filozofią i nastawieniem do życia. Przekaz tej filozofii pochodzi od buddy, który oznacza „przebudzony”, zatem jego nauka jest „nauką przebudzonego”.

Buddyści wierzą, że przebudzenie, czyli wewnętrzna transformacja jest ich nadrzędnym celem w życiu i należy jej przede wszystkim szukać wewnątrz siebie. Głównym narzędziem do osiągnięcia tego celu jest medytacja, która daje wgląd w prawdziwą naturę świata i własnego ja, i której konsekwencją powinno być zrozumienie, że wyzbycie się pragnień i przywiązań jest jedyną drogą do szczęścia.

Jeszcze wiele wody musi jednak w Mekongu upłynąć, zanim przejdę na Buddyzm, bo o ile filozofia transformacji wewnętrznej bardzo do mnie przemawia, tak chyba nie jestem gotowa na wyzbycie się swoich pragnień i dążeń (i nie chodzi nawet o te materialne, bo tych już dawno się pozbyłam). Albo nie leży to w mojej naturze, bo ta ciągle marzy i niestrudzenie dąży do spełnienia tych marzeń, albo nie jestem jeszcze na tym etapie wtajemniczenia.

To nie przeszkadza mi jednak w eksploracji największych miejsc kultu w Azji, odwiedzenia najznakomitszych buddyjskich świątyń, zobaczenia setek wizerunków buddy w różnej formie, postaci, kolorach, wcieleniach i poczucie tej energii, którą daje miejsce kultu, niezależnie od wyznania i miejsca. W tej podróży odwiedziłam Angkor, dawną stolicę imperium khmerskiego, która na swoim terenie mieści łącznie ponad tysiąc świątyń, w tym największy na świecie budynek o charakterze religijnym – Angkor Wat. Byłam w Luang Prabang, które stanowi dom dla najznakomitszych świątyń Laosu. Odwiedziłam też Bagan, starożytną stolicę Pierwszego Imperium Birmańskiego, które na swoim obszarze mieści kilkaset świątyń, stup i klasztorów, kapliczek i innych miejsc kultu rozsianych wśród pól i drzew. Uczyłam się o ich historii, czerpałam ich mistyczną energię, próbowałam zrozumieć, gdzie ja w tym wszystkim jestem. Pośród tych wszystkich wierzeń, religii, doktryn, ideologii, światopoglądów, z którymi wyrastamy, które na nas nieustannie są przelewane, które ten świat układają na czyjąś modłę, aby łatwiej go było zrozumieć.

Wyjeżdżam z Azji z odkryciem, że nie jestem religijna. Religie ograniczają, zamykają boga w pudełko, szczelnie broniące dostępu światła, jakby się bały, że ktoś go ukradnie. Jestem za to za duchowością. Wierzę, że jest bóg, który w różnych częściach świata, kulturach i sercach przybiera różne postaci i że w jego kierunku jako dusze powinniśmy podążać. Wierzę też w miłość, niezmiennie. Ale o tym już w kolejnym rozdziale.

Po trzecie: KOCHAJ

Jak już zapowiedziałam wcześniej, tym razem o ognistym romansie z gorącym Brazylijczykiem nie będzie, choć temat miłości jest szeroki i dla odmiany postanowiłam zgłębić inne jego wymiary.

A tych jest nieskończenie wiele. Chyba na żaden temat nie powstało na świecie tyle piosenek, wierszy i innych dzieł natury artystycznej i freestylowej, co o miłości, chyba nie ma osoby, która choć raz z powodu miłości (lub jej braku) by nie cierpiała i w jakiś sposób nie dotknęła choć na chwilę tego tematu podczas swojej bytności na ziemi.

Wiele teorii New Age (ale i starego wieku) głosi, że w sferze emocji figurują tylko dwa stany: miłości lub strachu. Miłość jest źródłem jedności, bliskości, zespolenia, bycia razem, podczas gdy strach generuje podział, odłączenie, izolację, samotność. W konsekwencji, nastawienie na miłość sprawia, że jesteśmy spokojni i hojni względem świata, podczas gdy w strachu stajemy się wrodzy i agresywni.

Coś w tym pewnie jest – strach rzeczywiście nie jest najlepszym doradcą, na pewno lepiej iść za sercem. Jest wiele wymiarów miłości i ani na wszystkich się nie znam, bo nie wszystkich doświadczyłam, ani o wszystkich dziś pisać nie chcę. Bo ja w tej podróży zgłębiałam tylko dwa jej rodzaje. A może aż dwa?

Po pierwsze tę najważniejszą, bo bez niej ponoć nie można prawdziwie kochać drugiego człowieka – miłość do siebie. Vironika Tugaleva w swojej (skądinąd świetnej) książce „The Love Mindset”, w której rozbraja temat miłości na czynniki pierwsze napisała, że „nasz związek z samym sobą jest i zawsze będzie odzwierciedlony w naszych relacjach z innymi. Jeśli umiesz zobaczyć siebie jako pozytywnego elementu natury, jak możesz widzieć innych w ten sam sposób?” W tej samej książce autorka zacytowała piękne słowa Jasona Everta: „Nie martw się o to, aby znaleźć bratnią duszę. Znajdź samego siebie”.

Tak! Zanim będziemy gnać za bratnią duszą, miłością przyjaciół, uznaniem szefa i tytułami trzeba zacząć od siebie. Wyłączyć wymagania, oczekiwania, przekonanie, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy, mądrzy, piękni, szczupli, inteligentni, bogaci i po prostu pokochać siebie takimi, jakimi jesteśmy. Łatwo się mówi, co? W teorii wszystko pięknie wygląda i jak to w życiu, gorzej z praktyką. Dlatego pewnie wielu z nas potrzebuje solidnego ciosu, przysłowiowej „ciężarówki” życiowej, aby nas przejechała, bądź chociaż potrąciła albo delikatnie musnęła i dała do myślenia. Pokazała, co jest w życiu ważne, że mamy wszystko, czego potrzebujemy, uruchomiła autoakceptację i miłość do samego siebie, która dopiero jest bazą do dalszych miłosnych eksploracji.

Tak jak pisze wielka badaczka miłości i relacji Brené Brown w książce „Z wielką odwagą” (ostrzegałam, że dużo czytałam!), aby zrozumieć i pokochać kim jesteśmy, musimy odzyskać i połączyć się na nowo z częściami siebie, które osierociliśmy, często na lata. Musimy zaadoptować na nowo te części nas, które kiedyś porzuciliśmy. A do tego trzeba najpierw zidentyfikować, namierzyć te porzucone części siebie, co też łatwe nie jest. Ale wykonalne. Bo w końcu jedno życie mamy – możemy go przeżyć w strachu bądź miłości. Ja wybieram to drugie.

A ta podróż bardzo mi w tym pomogła. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem na właściwej ścieżce – ścieżce miłości, jakkolwiek jeszcze kruchej i mało wydeptanej. Ale wiem, że chcę nią podążać nadal. Żeby ta miłość emanowała na drugiego człowieka. Nawet gdy nie jest łatwo. W życiu, ale i w podróży. Kiedy pojawiają się przeszkody, strach, niepewność, niecierpliwość, złość, rozczarowanie. Gdy urzędnik imigracyjny nie chce wypuścić cię z Wietnamu, bo rzekomo coś jest nie tak z twoją (i tak już kosztowną) wietnamską wizą. Gdy inny, tym razem w Laosie oczekuje łapówki za przekroczenie granicy (o czym napisałam więcej tutaj). Gdy pytasz o cenę usługi bądź towaru i słyszysz mocno wygórowaną cenę po kilkunastu sekundach oczekiwania, które rozmówczyni zajęło przeskanowanie cię od stóp do głów, aby ocenić twój stan posiadania i zdecydować, ile jesteś w stanie zapłacić. Gdy autobus się psuje i wiesz już, że gdzieś nie zdążysz. Lub gdy w środku nocy bez powodzenia szukasz noclegu w obcym mieście z kilkunastoma kilogramami na plecach, zastanawiając się, gdzie i czy dziś w ogóle będziesz spać. I w wielu innych sytuacjach, opisanych m.in. tutaj.

Ciężko wtedy roztaczać miłość do świata, niełatwo żarzyć jasnym światłem. Nieraz poległam w opisanych wyżej sytuacjach. I w wielu innych, które mogłabym opisywać tu jeszcze długo. Ale nie poddaję się, będę nadal próbować, ćwiczyć każdego dnia. Wykorzystywać je wszystkie jako okazję do praktyki. Praktyki miłości do siebie i drugiego człowieka.

Podsumowując 9 tygodni indochińskich, w ramach hedonizmu kulinarnego przybyło mi kilka kilogramów (ale co tam, pyszne było!). Modlitwy zostały wysłuchane (może to siła miejsca, a może u katolickiego Boga wstawił się za mną Budda) i zupełnie niespodziewanie pojawiły się nowe możliwości zawodowe (idzie nowe!). A temat miłości pozostaje nadal zgłębiać, bo jeszcze wiele w nim do zrobienia. Czas wracać, aby kontynuować dzieło. Czyli w myśl świątecznej tradycji nadal bez umiaru jeść (tyle że tym razem pierogi i rybę zamiast makaronu ryżowego), ciągle się modlić (teraz, gdy mam wsparcie Buddy i siła tej modlitwy jest większa) i nie ustawać w miłości do siebie, do najbliższych (a Święta temu sprzyjają) i do drugiego człowieka. AMEN.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *