Jak się żyje w Kambodży?

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Jak się żyje w Kambodży? Nieźle. Przynajmniej mnie i wielu innym cudzoziemcom. Kambodża jest bowiem krajem bardzo przychylnym obcokrajowcom. Dobra pogoda. Piękno natury. Stosunkowo niskie ceny. Brak skomplikowanej polityki wizowej (w przeciwieństwie do wielu jej sąsiadów). Niebywała serdeczność ludzi. A gdy dodatkowo mieszka się u stóp Angkor Wat, to i infrastruktura robi się znośna, po angielsku można się dogadać, zachodnich supermarketów (a co za tym idzie produktów) nie brakuje. Dokuczają co prawda komary, upały, wysoka wilgotność powietrza, brud i nieporządek. Ale nie mogę narzekać. Nie śmiałabym. Bo mam tu wszystko, czego do życia potrzebuję. A tego niestety nie może powiedzieć przeciętny obywatel Kambodży. Wszak pomimo rosnącego zainteresowania turystów krajem Khmerów, Kambodża wciąż jest jednym z najbiedniejszych krajów Azji.

Skąd ta bieda?

Ta bieda ma wiele przyczyn, większość z nich ma jednak korzenie w ludobójstwie dokonanym w latach 70-tych przez reżim Czerwonych Khmerów. Szacuje się, że z rąk Czerwonych Khmerów zginęło łącznie ponad 2 miliony ludzi. Czyli z ówczesnych 7 milionów mieszkańców Kambodży, blisko dwie trzecie populacji. A ci, co pozostali, tworzyli ten kraj od nowa. Nie zawsze mądrze, nie zawsze kompetentnie, gdyż sami kompetentni nie byli. Po wojnie ostała się bowiem zaledwie garstka kambodżańskich intelektualistów.

Celem Pol Pota, morderczego wodza rewolucji, była kompletna rustykalizacja społeczeństwa i odintelektualnienie jego mieszkańców, w myśl zasady, że kto myśli, stanowi zagrożenie. Aby dołączyć do grona zdrajców rewolucji (a tym samym skazanych na tortury, a następnie nieuchronną śmierć), wystarczyło znać język obcy, być duchownym, nosić okulary, bądź po prostu wyglądać na intelektualistę. Bo Kambodża nie miała stać się mózgiem Azji, a potęgą ryżową świata – po dojściu do władzy Pol Pot zaordynował natychmiastowe potrojenie krajowej produkcji ryżu, przez co Kambodża miała gospodarczo uniezależnić się od sąsiadów. To potrojenie miało zostać osiągnięte 15-godzinnym dniem pracy wykonanej przez wszystkich bez wyjątków. Kto oponował, zostawał stracony, kto nie wytrzymywał morderczych warunków pracy, sam umierał.

W rezultacie dziś, blisko 40 lat po zakończeniu rewolucji, Kambodża wciąż cierpi biedę. A bieda w dużej mierze jest efektem nieudolnych rządów. Wciąż brakuje tu wykształconych pracowników, gdyż edukacja była przez wiele lat skutecznie tępiona. Wysokie stanowiska w państwie zajmują nie ci, którzy mają kompetencje i autorytet z nich wynikający, a ci, którzy w jakiś sposób przetrwali. Jak władza, to i pieniądze – a te niestety nie idą na użytek najbardziej potrzebujących, czyli prostych obywateli.

Infrastruktura, czyli co?

W Kambodży wciąż brakuje podstawowej infrastruktury drogowej. Wiele rodzin nie ma dostępu do czystej wody, co skutkuje chorobami, na które w świecie cywilizowanym już dawno znaleziono remedium. Tyle, że Kambodża do tego świata nie należy, więc niewłaściwe leczenie (bądź całkowite jego zaniechanie) powoduje wysoką umieralność Khmerów. Wiele dzieci nie tylko nie ma dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej, ale także edukacji. Pomimo setek aktywnie działających organizacji charytatywnych utrzymywanych z funduszy krajów rozwiniętych, wciąż wiele terenów jest kompletnie odciętych od cywilizacji. W szkołach brakuje podstawowych pomocy naukowych, jak długopisy i ołówki. A na terenach nieobjętych opieką zachodnich fundacji nierzadko ławek i krzeseł. To w sytuacji, gdy w danym regionie jest już szkoła. Bo na głębokiej prowincji nawet szkół brak. A jeśli już są, to wciąż niedostępne dla wielu dzieci. Powodów jest kilka. Najczęściej rodziców nie stać na to, by posłać dziecko do szkoły, gdyż ta jest za daleko. Duże też szanse, że mają skromny rodzinny biznes i wolą, aby dziecko pomagało w domu i przysłużyło się bliskim tu i teraz zamiast tam i kiedyś komu innemu w przyszłości. Niestety często zupełnie nie pojmują wartości edukacji w dzisiejszym świecie, gdyż sami nigdy jej nie otrzymali.

Dodatkowo, w świecie, gdzie przetrwanie jest pierwszym i najważniejszym priorytetem, ekologia i odpowiedzialność zbiorowa są konceptem zupełnie abstrakcyjnym. Naturalnym elementem kambodżańskiego krajobrazu są zatem sterty śmieci. Nie brakuje ich na ulicach, zanieczyszczone są też parki, rzeki i inne zbiorniki wodne. Jak śmieci, to i szczury, które w niektórych rejonach kraju na dobre zadomowiły się w mieszkaniach, restauracjach, sklepach.

Będąc słabo przygotowana pod względem infrastruktury, Kambodża nierzadko korzysta z infrastruktury swoich zamożniejszych i bardziej rozwiniętych sąsiadów. Przykładem jest Tajlandia, od której Kambodża od wielu lat kupuje prąd. Nieplanowane przerwy w dostawie energii zdarzają się niemal codziennie, a wiele regionów ma do niej stały dostęp tylko kilka godzin na dobę, bo w Kambodży liczba elektrowni jest wciąż bardzo ograniczona. Czym to skutkuje? Kilka lat temu kraj był bez prądu całe… trzy dni. Całkiem spontaniczne i niezapowiedziane trzy dni, po których mieszkańców swoim wystąpieniem w państwowej telewizji zaszczycił sam premier, uspokajając, iż kryzys został zażegnany i rachunek za elektryczność na poczet Tajlandii został uregulowany, więc prąd będzie płynął.

Korupcja po kambodżańsku, czyli historia o sąsiedzie w hamaku

Kambodżańska bieda jest niewątpliwie największym źródłem korupcji w kraju Khmerów. I nawet jeśli korupcja panuje wszędzie na tym świecie (choć jakaś część mnie woli jednak wierzyć, że tak nie jest), to w niewielu miejscach jest ona zauważalna gołym okiem – dosłownie na ulicy. Że o instytucjach państwowych już nie wspomnę. Zresztą przeczytaj o moim sąsiedzie.

Mój sąsiad spędza całe dnie w hamaku ze swoim tabletem. Kobiety domu (żona, matka, szwagierka, córki) od rana przygotowują jedzenie – dla Khmerów posiłki są niemal świętym, rodzinnym rytuałem. Ich przygotowaniu poświęca się dużo czasu, je się też niemal rytualnie. W grupie, rodzinnie, wielodaniowo. Tak więc, jak co dzień, oczekując na swój rytualny posiłek, sąsiad przesuwa palcem po tablecie, czasem rozmawia przez telefon, czasem śpi. Rzadko z hamaka w ciągu dnia schodzi. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten fan biernych form wypoczynku jest kapitanem lokalnej policji. Kapitanem, który nie tylko nie pracuje, ale nawet w tej pracy się nie pojawia – choćby tylko dla zachowania pozorów. A tu dopiero zaczyna się mięsna część opowieści. Mój sąsiad, miłośnik khmerskiej kuchni, hamaka, tableta i telefonu, jest właścicielem dwóch samochodów (a trzeba wiedzieć, że w Kambodży samochód – nawet dość przeciętny – świadczy o wysokim stanie posiadania) oraz czterech rezydencji w okolicy, które wynajmują cudzoziemcy (bo Khmerów na nie najzwyczajniej nie stać). Skąd te pieniądze? Sądząc po przebiegu dnia sąsiada mam podstawy sądzić, że raczej nie z legalnych źródeł, biorąc pod uwagę, że przeciętny Khmer zarabia od 80 do 150 dolarów na miesiąc. I nawet jeśli pan kapitan nie jest przeciętnym Khmerem (wszak jest kapitanem!) to i tak z jego nieprzeciętnej pensji raczej nie stać go na takie zbytki. Szczególnie jeśli codziennie „pracuje” z hamaka.

Ale co tu dużo mówić o korupcji na poziomie indywidualnym, gdy ona dzieje się jawnie w strukturach państwowych na oczach świata. W lutym tego roku oburzenie tak przyjezdnych jak i miejscowych wywołała wiadomość o podwyższeniu ceny biletów wstępu do Angkoru, wizytówki kraju i największego kompleksu świątynnego na świecie. I bynajmniej nie o symboliczną podwyżkę tu chodzi. Cena wstępu na jeden dzień do tego świątynnego zagłębia, które rok rocznie przyciąga 2,5 miliona odwiedzających, wzrosła z 20 dolarów do (bagatela!) 37 dolarów, tak więc o prawie 100%. Ale to niewiele zmienia. Pomimo ogólnego sprzeciwu ludności, turyści nadal będą przyjeżdżać, bo nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi. Nawet jeśli zachodnie wizyty nieco spadną, to statystyki podwyższą Chińczycy, którzy na potęgę ostatnio zalewają Angkor. Co ciekawe, nikt nie mówi o tym, gdzie nowo wygenerowany przychód idzie, a to też interesująca historia. Po wielu latach bycia pod auspicjami prywatnej firmy dedykowanej zarządzaniu Angkorem (która skądinąd wykonała niezłą robotę dokonując renowacji kilkudziesięciu świątyń, budując konieczną infrastrukturę, sanitariaty, a przy tym zachowując niezmienioną zabudowę kompleksu, który wciąż jest stosunkowo mało skomercjalizowany), przeszedł on bezdyskusyjnie w ręce państwa. Na pocieszenie kambodżańskie władze ogłosiły, iż z wspomnianych 37 dolarów na dzień za osobę będą przekazywać całe 2 na fundację zapewniającą opiekę medyczną dla ubogich dzieci. 2 dolary to tylko 5% kwoty. Co dzieje się z resztą? Czyżby szła na utrzymanie rezydencji i samochodów kapitana? I o ile więcej na podobne cele otrzymuje major i pułkownik, że o generale już nie wspomnę…

Handel żywym… Khmerem

Za panowania reżimu Khmer Rouge, prostytucja była karana śmiercią, choć paradoksalnie to reżim właśnie doprowadził do jej drastycznego wzrostu. Od czasów wojny wiele się zmieniło, bo teraz na ulicach Kambodży widokiem niemal naturalnym są kilkunastoletnie dziewczyny, które świadczą usługi za ok. 20 dolarów w tym jakże popularnym w Kambodży sektorze. Gdy włożyć to w kontekst przeciętnych miesięcznych zarobków Khmerów, to doprawdy świetna stawka. Taka dziewczyna prawdopodobnie utrzymuje całą swoją rodzinę. Co więcej, duże szanse, że jej krewni mają pełną świadomość tego, skąd pochodzą pieniądze na rachunki i jedzenie. Taka rażąca społeczna ignorancja zapewne znowu ma korzenie w tragedii narodu kambodżańskiego, który niejedno widział i niejedno przeżył. W obliczu tych doświadczeń utrzymywanie rodziny z prostytucji wydaje się być czynem niemal chwalebnym. Idąc o krok dalej, nierzadko na cele prostytucji sprzedawane są dzieci przez… własnych rodziców.

Wydaje się straszne, bezduszne, niewyobrażalne? Tak, w naszym świecie. Mówiąc jednak o „naszym świecie” warto się zastanowić, kto jest odbiorcą tychże usług, bo obecnie najszybciej rosnącym w Kambodży rynkiem jest seksturystyka. To spragnieni egzotycznych wrażeń zachodni turyści, często znudzeni odwiedzaniem przez lata pobliskiej Tajlandii, wspierają chory system, w którym ciało ludzkie nie przedstawia większej wartości i może być równie dobrze narzędziem zarobienia na chleb.

I pomimo, iż jestem w pełni świadoma faktu, że podobne procedery mają miejsce w wielu krajach na świecie, to jakoś ciężko mi się pogodzić z tym, że ofiarami tego wynaturzenia najczęściej padają dzieci (z jakiegoś powodu zachodni turyści bardzo lubią świeżą krew). I nie tylko prostytucji, ale handlu żywym towarem w szerszym kontekście. W Siem Reap wciąż popularnym i od lat niewykrzewionym przekrętem jest naciąganie turystów na mleko dla dziecka. Skromnie ubrana kobieta stoi pod supermarketem, czyhając na cudzoziemców, którym zmięknie serce na widok noszonego na rękach chorego niemowlęcia. Gdy uda jej się przyciągnąć uwagę widokiem umierającego potomka, prosi nie o pieniądze (czym urzeka naiwnych przybyszy), a o zakup mleka, aby go nakarmić. Zmiękczony turysta wchodzi do rzeczonego sklepu, kupuje kilka opakowań mleka dla dzieci, które natychmiast po jego odejściu jest oddawane, a zyski dzielone między „matką” a właścicielem sklepu. „Matką” w cudzysłowie, gdyż oszustki najczęściej jedynie „wynajmują” dzieci od innych kobiet, a następnie otumaniają je narkotykami, aby te wyglądały na chore i wycieńczone.

To tylko część kambodżańskich realiów, ale niewątpliwie brutalna. Niepokazywana w folderach turystycznych biur podróży, niereklamowana w telewizji i najczęściej nawet niezauważana przez odwiedzających na miejscu. Bo, tak jak wszędzie, trzeba tu zamieszkać, aby zobaczyć. Trzeba też zapewne odczuć tę biedę na własnej skórze, żeby zrozumieć i nie oceniać. Mieszkam tu już trzy miesiące. I czasem się oburzam, bo ciężko tę biedę i jej konsekwencje przyjąć na zimno, bez emocji – jak kurczaka w galarecie czy chłodnik z buraków. Ale kim ja jestem, aby się oburzać? W końcu w każdej chwili mogę wyjechać. W przeciwieństwie do większości Khmerów…

 

ZDJĘCIE: Angkor Wat, Kambodża, listopad 2016.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

5 thoughts on “Jak się żyje w Kambodży?

  • 9 lipca 2017 at 12:28
    Permalink

    Bardzo przykre to, co piszesz. Ciężko uwierzyć, że ludzie są zdolni do przekrętów takich, jak ten z mlekiem. Ale to kolejna lekcja, dla nas turystów, żeby nigdy nie dawać ani pieniędzy ani niczego innego.Nic dobrego z tego nie wyniknie.

    Reply
    • 9 lipca 2017 at 12:31
      Permalink

      Gosia, pewnie nie ma reguły, ale generalnie trzeba być czujnym, gdyż może się okazać, że zamiast zrobić dobry uczynek, nieświadomie wspieramy lokalne mini-mafie. To te ciemniejsze strony podróżowania…

      Reply
  • 18 lipca 2017 at 20:29
    Permalink

    Witam Pani Aniu.Mam wielką prośbę do Pani bowiem udajemy się w okresie od 26 lipca do 10 sierpnia do Kambodży cel tydzień zwiedzania i drugi leżakowania na wybrzeżu.Martwimy się o pogodę jak z deszczem czy faktycznie jest codziennie deszczowo .

    Reply
    • 19 lipca 2017 at 11:06
      Permalink

      Cześc Tomek, ja już nie mieszkam w Kambodży, ale o tej porze roku trzeba się liczyć z deszczem, bo to najzwyczajniej pora deszczowa, która kończy się koło października/listopada dopiero. Jednak należy pamiętać, że i w Azji klimat ulega zmianie i można zauważyć spore anomalie pogodowe, tak więc ciężko przewidzieć, jaka naprawdę będzie pogoda. Ale nastawiałabym się jednak na opady – oczywiście w tropikalnym stylu czyli ciepły deszcz, wysokie temperatury powietrza, czyli bez dramatu. 🙂 Życzę udanej podróży!

      Reply
  • 20 lipca 2017 at 19:02
    Permalink

    Bardzo Pani dziękuję za szybką odpowiedź.Pozdrawiam serdecznie i ciepło.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *