Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Nigdy nie lubiłam historii. Z historii właśnie, jako piątkowa uczennica, dostałam pierwszą w życiu pałę w podstawówce. Pierwsze wagary w liceum też odbyły się na cześć i z powodu braku sympatii do historii. Nie lubiłam uczyć się na pamięć dat. Do bólu nudziły mnie opisy bitew. Nie widziałam ich powiązania z moją rzeczywistością. Nie rozumiałam, dlaczego to, co było, jest ważne, aby zrozumieć to, co jest, a nawet to, co będzie – wszak historia nieraz pokazała, że lubi zataczać koła. Wolałam uczyć się tego, co przydatne, co mnie interesuje, a przede wszystkim, co sprawia, że wewnętrzna iskra jasno się świeci. Historia jej nie zapalała.

No może z wyjątkiem II Wojny Światowej, o której w klasie maturalnej czytałam bez opamiętania, ale bardziej za sprawą języka polskiego i lektur takich jak Rozmowy z Katem, Inny Świat i Zdążyć przed Panem Bogiem, niż samej historii. To się zmieniło, choć dopiero niedawno. Nie dzięki czterem latom nauki w szkole podstawowej, kolejnym czterem w liceum i jeszcze dwóm poświęconym stricte krajom anglosaskim na anglistyce, ale dzięki latom podróżowania. Dzięki rozmawianiu z ludźmi, odwiedzaniu miejsc oraz muzeów, których wcześniej nie lubiłam (z tych samych powodów, z których nie pałałam miłością do lekcji historii), czytaniu książek, żeby temat zgłębić i poznać różne punkty widzenia. Nie od dziś wiadomo, że uczymy się najlepiej przez emocje – zapamiętujemy nie fakty, ale to, jak w danym momencie się czuliśmy. No bo, szczerze, jakie emocje może w tobie wzbudzić suchy opis bitwy pod Grunwaldem, jeśli nie urodziłeś się zapalonym historykiem?

A piszę o tym, bo wczoraj miałam ciężki dzień. Ciężki psychicznie i historycznie. Ale za to owocny, spełniony – właśnie dlatego, że ciężki. Taki, który na zawsze zapamiętam. Odwiedziłam dwa miejsca w Phnom Penh, stolicy Kambodży, które zaważyły na losach całej kambodżańskiej nacji i na stałe wyryły się w kartach jej historii. Pierwszym było Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng, czyli dawna szkoła średnia zamieniona przez reżim Czerwonych Khmerów w więzienie i centrum przesłuchań jego przeciwników. Taki kambodżański Auschwitz. Przewiduje się, że między 1975 a 1979 było tu więzionych blisko 20 tysięcy ludzi za bycie wrogami rewolucji i zdradę stanu. Nie trzeba było spełniać specjalnych wymagań, aby do grona zdrajców dołączyć i automatycznie znaleźć się w więzieniu – wystarczyło znać język obcy, być duchownym, nosić okulary, bądź po prostu wyglądać na intelektualistę, gdyż ci stanowili największe zagrożenie dla kambodżańskiej rewolucji. Pol Pot, brutalny przywódca khmerskiego reżimu, wyznawał zasadę, że lepiej zabić niewinnego przez pomyłkę, niż pozostawić żywego wroga. Niehigieniczne warunki życia w więzieniu to najmniejsze z jego okrucieństw – rzekomi wrogowie rewolucji byli poddawani nieludzkim torturom – od bicia przez podtapianie, długotrwałe pozbawianie snu, okaleczanie ostrymi i tępymi narzędziami, na wieszaniu skończywszy – przesłuchujący nie szczędzili w środkach, aby zapewnić, że każdy jeden więzień przyznał się do wszystkich zarzucanych mu (często absurdalnych) przestępstw. Poza dwunastoma osobami, wszyscy więzieni stracili życie. Zabijano we wspomnianej szkole zamienionej teraz w muzeum, a także w dedykowanych miejscach eksterminacji, które stanowiły jednocześnie masowe groby. Jak Pola Śmierci, położone tuż pod Phnom Penh miejsce kaźni ofiar reżimu Pol Pota. Szacuje się, że łącznie z rąk Czerwonych Khmerów zginęło od 2 do 3 milionów ludzi. Czyli z ówczesnych 7 milionów mieszkańców Kambodży, średnio jedna trzecia populacji. Z uwagi na oszczędność amunicji, eksterminacje dokonywane były nie bronią palną, a tym co oprawcom wpadło w ręce, jak motyki, siekiery, młoty, a nawet gałęzie drzew.

Ale wyniszczenia nie dokonywali jedynie specjalni do tego rekrutowani ludzie – właściwie dzieci jeszcze, bez wykształcenia, pochodzące z terenów wiejskich, których zwabiono obietnicami dobrobytu w czasach ekstremalnej biedy panującej w kraju. Zabijały też warunki, w jakich przyszło pracować nieprzyzwyczajonym do ciężkiej fizycznej pracy mieszkańcom miast zsyłanych do pracy na wieś. Celem Pol Pota, morderczego wodza rewolucji, była bowiem kompletna rustykalizacja społeczeństwa i odintelektualnienie jego mieszkańców, w myśl zasady, że kto myśli, stanowi zagrożenie. Postawił zupełnie nierealne do osiągnięcia cele, jak natychmiastowe potrojenie krajowej produkcji ryżu, przez co Kambodża miała gospodarczo uniezależnić się od sąsiadów. To potrojenie miało zostać osiągnięte 12-15-godzinnym dniem pracy, której paliwo stanowiły dwie przepisowe miski wodnistej owsianki ryżowej na dobę. Ludzie nie wytrzymywali i umierali. Na miejscu.

Dużo się dowiedziałam z tych eksploracji stolicy Kambodży. I to tylko w jeden dzień. Więcej, niż ze szkoły (gdzie nie było w ogóle tego tematu), więcej niż z mediów, bo o ile te wspomniały o Czerwonych Khmerach nieraz, to nie na tyle jasno i dosadnie, żeby zrozumieć, że mowa o jednej z najskrajniejszych form totalitaryzmu w historii ludzkości. O tym, że jedna trzecia społeczeństwa została wybita przez swoich rodaków. Że na tych terenach dokonało się jedno z największych ludobójstw świata, na które świat spokojnie patrzył z daleka. Że po tej narodowej masakrze, przez wiele jeszcze lat zbrodniarzy wspierali finansowo, a nawet wybielali przed światem Amerykanie, Chińczycy, Tajowie i… ONZ.

A to wcale nie początek moich historycznych eksploracji w tej podróży. Podobne emocje wzbudziła we mnie wizyta w Muzeum Wojny Wietnamskiej w Sajgonie zaledwie tydzień wcześniej. Poszłam z ciekawości, bo przecież tyle kiedyś w mediach o Wojnie Wietnamskiej się słyszało, tyle filmów o niej powstało (głównie z rąk Amerykanów, co pokazywało często tylko jeden punkt widzenia), ale nigdy tematu nie zgłębiłam, bo na lekcji historii w liceum zdążyliśmy dojść tylko do II wojny światowej. Zresztą rzadko na tych lekcjach było miejsce na historię niedotykającą w jakiś sposób Polski – w końcu nasza przeszłość narodowa jest na tyle bogata w tragiczne wydarzenia, że wydaje się niemal obowiązkiem patriotycznym, szczegółowo poznać okoliczności trzech rozbiorów i dwóch wojen światowych, okrajając tym samym do minimum naukę o historii innych krajów (jakkolwiek nie byłaby ona brzemienna w skutki dla całego świata). Sajgońskie muzeum zwiedzałam ze łzami w oczach. Wstrząśnięta do głębi. Z rozdartym sercem.

Nie zrobił na mnie wrażenia wystawiony na wejściu do budynku samolot myśliwski F-5A, ani czołg M48, ani nawet burząca bomba lotnicza BLU-82. Wrażenie zrobiły historie przedstawione na zdjęciach z wymownymi opisami. Historie żołnierzy obu stron, którzy tygodniami uwięzieni byli w wietnamskich bagnach po pas w wodzie i mule, walcząc nie z wrogiem a z tropikalnymi insektami. Historie setek nieuzbrojonych, bezbronnych cywili wietnamskich, którzy zostali wybici jak muchy przez amerykańską armię, która napadła ich wioskę. Historie kobiet tej masakry, które zostały masowo zgwałcone tuż przed tym, zanim je brutalnie zamordowano. Historie dzieci, których ciała zostały całkowicie zdeformowane w wyniku działania Agenta Orange, czyli środka toksycznego stosowanego na szeroką skalę przez Amerykanów do spryskiwania terenów roślinnych kraju, aby odsłonić skrywającego się w dżungli wroga oraz odciąć mu dostawy pożywienia pochodzące z upraw. Bo, jak się później okazało, pomarańczowy czynnik nie niszczył tylko roślinności. Defekty genetyczne, zwyrodnienia twarzy, widoczne gołym okiem upośledzenia ciała, masowe zachorowania na choroby nowotworowe to tylko niektóre ze skutków ubocznych Agenta Orange. Do tego dochodzą również skutki stosowanej przez Amerykanów na masową skalę broni napalmowej i fosforowej, które powodują bolesne i głębokie poparzenia ciała prowadzące do śmierci.

Nie spodziewałam się, że jedna wizyta w muzeum tak mną wstrząśnie. Bo generalnie muzeów nie lubię. Przynajmniej tych, co to prezentują odkopane artefakty, które rzekomo mają wskazywać, jak żyli nasi przodkowie, jak uprawiali ziemię, w jakich naczyniach jedli. Nie dotyka to u mnie emocji na żadnym poziomie. Nie w takiej formie, nie tą treścią. Obok takich zbiorów zawsze przechodziłam obojętnie. Interesują mnie za to historie ludzkie. Motywy i przyczyny decyzji, które miały wpływ na losy świata. A przede wszystkim odpowiedź pytanie, które zadaję sobie już od wielu lat: jak to możliwe, że jedna osoba (bądź ich niewielka grupa) jest w stanie zupełnie zawładnąć tysiącami, a nawet milionami umysłów i ciał, powodując, że podążają one ślepo na własną zagładę, zaczynając zwykle od zagłady innych? Dlaczego się nie uczymy, tylko wciąż unicestwiamy? Jak to możliwe, że ludzie ludziom zgotowują ten los? W różnych częściach świata, z różnych powodów wybierają wyniszczenie drugiego człowieka, a nie jedność, porozumienie, miłość?

Wizyta w sajgońskim muzeum dała początek dalszym eksploracjom tematu. Żeby zrozumieć, zaczęłam czytać. Oglądnęłam kilka dokumentów, przeczytałam niejeden artykuł, który wywołał sporo przemyśleń. Ale to by się nie wydarzyło, gdybym nie była w tej podróży. Gdybym nie fundowała sobie nietypowych lekcji historii, która w szkole nigdy mnie nie do końca nie przekonała, nigdy nie złapała za serce. Przynajmniej nie tak, jak odwiedzenie Wietnamu, czy Kambodży oraz wielu innych krajów.

Bo z jakiegoś powodu w podróży łapie. Za serce, za gardło, i to mocno. Łapało mnie już wiele razy. Gdy rok temu ruszałam w Wielką Podróż, pierwszym przystankiem był Nowy Jork. Tam z kolei jednym z pierwszych celów było muzeum upamiętniające ofiary ataku terrorystycznego 11 września. Widziałam wstrząsający materiał zdjęciowy i filmowy z miejsca tragedii. Nagrania odprawy lotniskowej terrorystów-samobójców, którzy jak gdyby nigdy nic kilkadziesiąt minut później wsiedli na pokład samolotu, który następnie uderzył w wieżę World Trade Center. Nagrania pokazujące ludzi wołających o pomoc, gdy usłyszeli przeraźliwy huk, poczuli tąpnięcie i zdali sobie sprawę, że budynek, w którym właśnie przebywają, najprawdopodobniej się wali. Zobaczyłam relacje strażaków, którzy ratowali ludzi z gruzów. I zdjęcia tych, którzy sami pod gruzami podczas akcji ratowniczej zginęli. Zobaczyłam Ground Zero i nowe wieże, które wznoszone są obok starych, a tym samym nadzieję. Wpatrywałam się w znicze, które non-stop się palą na cześć blisko 3 tysięcy osób, które łącznie w atakach zginęły. I białe róże, które mają ich upamiętniać. Oraz mieszkańców Nowego Jorku, którzy po 15 latach od tragedii wrócili do normalnego życia, bo ile można żyć w strachu? W rok po ataku na World Trade Center zaczęłam studiować anglistykę. Musiałam się uczyć o Krzysztofie Kolumbie, amerykańskich purytanach i prohibicji, ale nikt nigdy nie wspomniał tego, co naprawdę dręczy Amerykę. Nikt nie komentował, co dzieje się w tym kraju obecnie, co ważnego stało się dosłownie rok wcześniej, bo to nie było w programie nauczania. Nauczyłam się więc sama. Wiele lat później. W podróży.

W tej samej podróży zwiedziłam Kolumbię i trochę lepiej poznałam jej pełną jeszcze niezabliźnionych ran historię. Historię kraju, który słynie z płodnych artystycznie ludzi. I żyznych gleb, na których jak grzyby po deszczu rośnie krasnodrzew pospolity – roślina o niewinnej nazwie, z liści której produkuje się kokainę. Biały proszek, który w latach 70-tych ubiegłego wieku przyniósł Kolumbii sławę narkotykowej potęgi i najniebezpieczniejszego państwa świata, zabijając zarówno w proceder zaangażowanych, jak i kompletnie niewinnych ludzi. Wiem to, bo  podróż dała mi mnóstwo lekcji kolumbijskiej historii – w postaci rozmów, opowiadań, lektur, filmów. Rozmawiałam z wieloma Kolumbijczykami na temat kokainy, Escobara, przemocy, wojny. Z takimi, co stracili członków rodziny w wyniku wojen gangów, z takimi których rodziny były zaangażowane w produkcję kokainy, bo dawniej po prostu wszyscy w tym biznesie pracowali, bez świadomości globalnych konsekwencji. I z tymi, których większość życia przypadła na trwającą ponad 50 lat wojnę domową, w której już nikt nie wie, o co walczy i co ta walka ma przynieść. W wyniku tych eksploracji, więcej o tym, jaka naprawdę jest Kolumbia napisałam tutaj.

Kolumbia powoli powstaje z narkotykowych popiołów niczym mityczny Feniks, a walkę chyba już beznadziejną, bo 60-letnią, prowadzą nadal Kubańczycy. Dokładnie od 1956 roku, kiedy to wybuchła Rewolucja Kubańska i dyktator Fidel doszedł do władzy zamieniając kraj rumu cygar i salsy w gospodarczą ruinę pod przykrywką wzniosłych socjalistycznych haseł. O rewolucji przed pierwszą moją wizytą na Kubie wiedziałam niewiele. Ale przez miesiąc na wyspie sporo rozmawiałam z kim się dało. Wysłuchałam wiele historii ludzkich. O tym, że czasem brakuje pasty do zębów, a czasem szamponu. Że miesięczna pensja nauczyciela, lekarza czy urzędnika nie pozwala na zakup podstawowych artykułów żywnościowych, więc kombinują jak mogą, bo życie na Kubie to survival dla sprytnych – o czym napisałam tutaj. Zobaczyłam na własne oczy jeżdżące muzeum amerykańskich i radzieckich automobilii sprzed lat oraz degrengoladę widoczną na niegdyś imponujących fasadach Starej Hawany. Widziałam, jak żyją ludzie poza miastami. Jechałam 12 godzin kubańskim pociągiem na siedzeniu w postaci twardej deski, w upale takim, że można by gotować kubański ryż z fasolą na parze (albo w oparach). A potem czytałam. Dużo książek, artykułów. Obejrzałam dziesiątki wywiadów z Fidelem Castro i jego przeciwnikami. Przemówień wodza rewolucji i jego współpracowników. Wiem, jak żyją Kubańczycy i że, w przeciwieństwie do tego, w co ślepo wierzy wielu turystów odwiedzających Kubę, wcale dobrze im nie jest. Wielokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że Kubańczycy zapytani o to, jak im w tym układzie, odpowiadają, że dobrze. A co mają odpowiedzieć obcej osobie, którą widzą pierwszy (i prawdopodobnie ostatni) raz w życiu? Że „mierda”, czyli jak jest naprawdę, gdy to grozi sankcjami? A zresztą po co? Co to zmieni, jeśli cały świat patrzy na ich sytuację od 60 lat i jakoś nic z tego nie wynika. Nawet po ostatnim wznowieniu stosunków dyplomatycznych między Kubą a USA, po którym, wbrew szumnym prasowym nagłówkom, w życiu przeciętnego Kubańczyka nie zmieniło się kompletnie nic. A wiem to (znowu) dzięki podróżom, a nie lekcjom historii, czy mediom, które tak chętnie kształtują nasze opinie i poglądy. Bo w tym roku ponownie odwiedziłam Kubę. I rozmawiałam, zadawałam pytania, czytałam między wierszami. W drodze.

To tylko niektóre nauki (historii i nie tylko), jakie pobierałam w podróży właśnie, a nie za szkolną ławą, choć w szkołach spędziłam zdecydowanie więcej swojego życia, niż we wszystkich podróżach razem wziętych. Bo podróż uczy intensywniej, szybciej, mocniej. Bez rozdziałów i akapitów, czasem chaotycznie, ale autentycznie. Dociera do najbardziej na naukę odpornych obszarów naszego jestestwa nie faktami, a emocjami, historiami, ludźmi, odczuciami. Bo to one sprawiają, że chłoniemy, stawiając kolejne pytania i szukając na nie odpowiedzi. Że chcemy wiedzieć więcej, bo ważny jest drugi człowiek, a nie suche analizy i interpretacje historyków. I mamy edukację w najlepszej postaci. Taką, jaką życzyłabym sobie dla wszystkich…

 

Zdjęcie: Sala przesłuchań w Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng (a niegdyś szkoła) w Phnom Penh, Kambodża, listopad 2016.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!