Czy jesteś we właściwym filmie?

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

W Polsce od jakichś dwudziestu lat zaobserwować można już nie wysyp, a zalew szkołami i wydziałami zarządzania – sama nawet jeden ukończyłam, wzmacniając szeregi młodych adeptów biznesu. Uczonych jak kontrolować proces produkcji, jak kierować finansami i marketingiem, jak sterować sprzedażą i zarządzać ludźmi. Którym przez lata wpajano prawdy o wielkich strategiach i nowatorskich taktykach, które w biznesie mają przynieść koncertowy sukces. Paradoksalnie omijając najważniejsze – jak zarządzić własnym życiem, zrobić SWOT-a, stworzyć skuteczną strategię i wykreować wizję i misję własnej egzystencji. Jak nawigować relacjami z drugim człowiekiem, odnaleźć swoje powołanie, podążać za pasją…

W rezultacie wiele osób robi wielki biznes (a jeszcze więcej średni, inni z kolei żadnego), a nie może za bardzo odnaleźć się w życiu. I nawet jeśli w wyniku tego biznesu udało im się zarobić niezłe pieniądze, to nie są szczęśliwi, bo jak mówi stara prawda, pieniądze szczęścia nie dają. Ale to musieliby wykładać w szkole zarządzania życiem. A takich nie ma.

A szkoda, bo by się przydały. Instytucje, które uczyłyby, że każdy z nas ma swoją drogę, nie ma jednej właściwej, jak się nam całe życie wpaja. Że każdy ma ukryte talenty, które może wykorzystać. Ma też możliwości, choć nie zawsze je widzi, porównując się do innych, tonąc w oczekiwaniach i wzorcach otoczenia, nie wierząc we własne siły. Bo gdyby nam wmawiano od zawsze (tak trochę po amerykańsku, nie po polsku), że możemy wszystko, że mamy nieograniczone możliwości, a przede wszystkim, że jesteśmy w stanie wyreżyserować własny film pełnometrażowy, zamiast iść za tłumem i występować w popularnej telenoweli, byłoby o wiele łatwiej.

Gdyby nas nie przekonywano, że jak się nie wiedzie, to pewnie taki los. Albo przeznaczenie (nie wiadomo co gorsze). Jakby zamiast tego motywowano do zmiany, odważnych decyzji, do robienia rzeczy inaczej – w końcu sam Einstein stwierdził, że szaleństwem jest robić to samo i oczekiwać różnych rezultatów. Gdyby rozbudzano w nas kreatywność, a nie podcinano skrzydła i kazano się nie wychylać. Gdyby nie uczono zawsze być grzecznymi dziewczynkami, które może i idą do nieba (choć to niepewne), za to niegrzeczne tam gdzie chcą. Jakby tak (znowu po amerykańsku) zachęcano do nieustannego próbowania i popełniania błędów, a nie do idealnego życia perfekcyjnie odlanego od jedynej znanej (i dopuszczalnej) formy, wedle której trzeba skończyć szkołę, może i studia, iść do pracy, założyć rodzinę, wziąć kredyt, spłacać go całe życie, a następnie umrzeć. I nic nie mam do studiów, pracy czy rodziny. A nawet do nich wszystkich razem, w tej czy innej kolejności – o ile jesteś szczęśliwy. Bo jeśli jesteś (w tym, czy innym scenariuszu), to możesz skończyć czytać w tym miejscu. Dziękuję za uwagę. Wróć w przyszłości.

Ale skoro czytasz dalej… to pewnie chciałbyś, tak jak ja, aby uczono nas o tym, jak nakręcić swój własny film. Jak stać się reżyserem swojego życia. Jak zarządzić własną egzystencją, zanim będziemy zarządzać jakimkolwiek biznesem, czy życiem innych. Jak nakręcić film, który nie tylko chcesz oglądać, ale którego chcesz być również pierwszoplanowym aktorem? Taki, który zostawisz potomności w jakości high-definition? Co będzie wątkiem głównym, a co pobocznymi? Jak dobierzesz scenerię i postaci? Jaką wagę nadasz rekwizytom?

I ok, może wszystkiego nie możesz wybrać. Może twoja produkcja nie jest wysokobudżetowa, co nie znaczy, że gorsza. Może urodziłeś się w szarej Polsce, a nie kolorowej Ameryce. Może pochodzisz z małej miejscowości, a nie wielkiego miasta, gdzie rzekomo jest łatwiej. Może nie urodziłeś się w rodzinie Rockefellerów, która zapewni ci gładki start finansowy. Może nie machasz pędzlem jak Leonardo da Vinci czy Pablo Picasso i nie masz głosu jak Elvis Presley, Frank Sinatra, czy Whitney Houston. Może twoje synapsy nie komunikują impulsów w mózgu tak szybko jak połączenia neuronowe Einsteina, Edisona czy Newtona, więc nie będziesz odkrywcą wszech czasów. Może nie masz zwinności i uderzenia Muhammada Ali, nie kopiesz piłki tak jak Maradona, czy jego młodszy rodak Messi. Może nie masz ciała jak Marilyn Monroe i nie zostaniesz seksbombą XX wieku, tak jak ona. Ale może właśnie dlatego masz szczęście? Bo duże szanse, że dzięki temu (tak jak Monroe, Presley, czy Houston) nie zostaniesz znaleziony w kwiecie wieku na podłodze, w wannie, czy na łóżku swojej wielomilionowej posiadłości ze smutną diagnozą „zatrzymanie akcji serca” wywołaną przedawkowaniem narkotyków czy środków nasennych. Dlaczego? Bo jak powie ci niejeden sportowiec, muzyk, artysta czy naukowiec talent to dopiero początek. Dobry, co prawda, ale początek. Start. Baza. Na tej bazie można budować. Ciężką pracą, determinacją, wytrwałością i zaangażowaniem. No i wiedzą, co jest w życiu ważne i jak tym wszystkim zarządzić. Jak pokierować swoim życiem, aby dawało satysfakcję, było zgodne z tym, co w duszy gra, dawało tak potrzebną na dłuższą metę równowagę, miało prawdziwą wartość, wnosiło coś dobrego w życie innych. Bo łatwo się zagalopować. Biegnąć w wyścigu ze światem, odhaczając kolejne punkty z listy, realizując priorytety i plany długoterminowe – trochę bez refleksji, bo na przemyślenia w tym biegu nie ma przecież czasu.

Więc zanim będzie za późno, zadaj sobie pytanie, czy jesteś we właściwym filmie? Czy to ten scenariusz, ta obsada, ta sceneria, kostiumy, a przede wszystkim ten reżyser? Czy nieświadomie (może nawet w dobrej wierze, albo w przekonaniu, że nie umiesz reżyserować) nie oddałeś atrybutów reżyserskich komuś innemu? Czy nie jesteś tylko statystą we własnej produkcji? A może w ogóle występujesz w filmie kogoś innego? Rola reżysera łatwa nie jest, wiadomo. Ale ma wiele zalet – daje możliwość kierowania – nie kimś innym, nie biznesem, a własnym życiem. Jak chciałbyś zatem, aby wyglądał zwiastun twojego filmu? Jakie sceny umieścisz w dwóch minutach zapowiadających 120-minutowy film twojego życia? Czy będą tam spełnione marzenia, budujące relacje, życie w zgodzie z sobą?

Pamiętam dobrze, gdy pierwszy raz poczułam, że chyba nie jestem w tym filmie, w skrócie: nie tak to miało wyglądać. Skończyłam właśnie studia i poszłam do pierwszej poważnej, pełnoetatowej pracy. Pamiętam z jednej strony radość, jaką przeżywałam dostając zatrudnienie zgodne z moim wykształceniem, przynoszące stały miesięczny dochód, i to na trudnym wtedy rynku pracodawcy. Z drugiej strony mam w rejestrach pamięci świeże jak dziś uczucie zdumienia, a nawet rozczarowania, gdy dotarło do mnie, że teraz tak moje życie już będzie wyglądać. 20 dni urlopu, z czasem 26, a w pozostałych 230 dniach roku (po odjęciu weekendów) minimum 8 godzin spędzonych w tych samych czterech ścianach, przed tym samym komputerem. I kolejne kilka w domu, bo projekt musi zostać zrealizowany, a 8 godzin to za mało. Nie do końca tak sobie to wszystko wyobrażałam. Wyjechałam więc za granicę, z nadzieją, że będzie lepiej, bo przecież trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie. I była (pojechałam w końcu do Irlandii). Znowu radość – dostałam pracę w zawodzie, z pensją, która pozwala na wiele więcej, w firmie marzeń. Tyle, że (nie do końca zgodnie z moimi marzeniami) pracowałam jeszcze więcej. I znowu pojawiło się pytanie: czy o to w życiu chodzi? Aby je przepracować, a jego skromną resztę spędzić na odpoczywaniu?

Takich momentów miałam od tego czasu jeszcze wiele, choć ciężko je dopuścić do głosu, gdy wokół pełno podobnych filmów. Pytania jednak nie przestały się pojawiać. Gdy wszyscy dookoła, ledwo ukończywszy studia i pierwszą ćwiartkę życia, w której jeszcze nie zdążyli zarobić na płytki podłogowe do swojego nowego mieszkania, a już brali na niego kredyt z pętlą na szyję na wiele lat. Gdy tkwili w związkach, które już na pierwszy rzut oka żadnej ze stron nie służyły, ale przecież lepiej być nieszczęśliwym we dwójkę, niż samemu. Gdy z czasem to nieszczęście próbowali stłumić nowymi gadżetami, samochodami, szpilkami i szafą, która je wszystkie pomieści. I czułam się czasem dziwnie, nieswojo – niby to moja bajka (pracowałam na nią ciężko wiele lat), ale czasem miałam wrażenie, jakbym była z innej.

Nie rozumiałam, że to nie mój film. Aż do momentu, gdy opuściłam znany kadr i zaczęłam kręcić swoją własną produkcję. Z nowym początkiem. Trochę nieporadnie, bo przecież nikt mnie nie uczył, jak robić filmy. Niskobudżetowo, bo tylko z własnych oszczędności, dorabiając od czasu do czasu. Często z nieznaną obsadą, której kryterium doboru nie stanowił kunszt aktorski, a paradoksalnie często jego brak – casting nastawiony na autentyczność i prawdziwość relacji zaczął sprawdzać się o wiele lepiej. Pojechałam w podróż, która niespodziewanie wiele w moim scenariuszu namieszała – właściwie gruntownie go zmieniła i rozpoczęła zupełnie nowy sezon, jeśli nie film – od tego momentu to już inna produkcja, którą kierują inne wartości. Ale taka, która pomimo wielu wątpliwości i niedociągnięć sprawia, że jestem szczęśliwa, bo bliżej siebie.

Wciąż piszę mój scenariusz, na bieżąco kręcąc świeżo stworzone akapity. Bo nie ma czasu na wieczne poprawki w tekście, życie z kolei nie pozwala na poprawki na planie – jak ktoś mądry trafnie powiedział, życie to nie próba generalna. Więc popełniam błędy, ale staram się reżyserować z sercem. Słuchając najważniejszego doradcy każdego dobrego reżysera – siebie. Być twórcą filmu, który mimo zalewu światowego kina mainstreamem, ma odwagę zrobić coś z innego gatunku – bez obietnicy Oscara, a nawet polskiego Orła, często ryzykując za to Złotą Malinę, antynagrodę filmową, bo „inne” jest rzadko rozumiane, stąd i gorzej się sprzedaje. Ale kto nie ryzykuje, nie żyje. 

 

ZDJĘCIE: Wyspa Bunaken, Indonezja, luty 2014.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *