Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Rum, cygara, salsa i znienawidzony przez mieszkańców naszej części Europy ustrój polityczny – z tym zwykle niewtajemniczonym kojarzy się Kuba. Po blisko 60 latach od rewolucji, 50 latach rządów żelaznej ręki a zarazem jednych z najdłuższych jednego człowieka w historii, wciąż nieśmiale, drobnymi  krokami nadchodzą zmiany. Rok temu Obama zainicjował rozmowy z Raulem w celu wznowienia relacji dyplomatycznych między USA i Kubą. Pierwsze efekty tych działań już są – w sierpniu 2015, po 54 latach, ponownie otworzono ambasadę amerykańską w Hawanie. We wrześniu ubiegłego roku wyspę odwiedził Papież Franciszek z pokojowym przesłaniem, a w marcu, jako pierwszy amerykański prezydent po 88 latach, na koniec swojej kadencji, Kubę osobiście odwiedził Obama. Zmiany w mediach zachodnich są widoczne, ale dla przeciętnego Kubańczyka wciąż nieodczuwalne. Turyści przychodzą i odchodzą, często nieświadomi, czego do końca są świadkami, ale też co często, zupełnie nieświadomie wspierają. Dziś kilka faktów.

Survival za 20 dolarów miesięcznie

Przeciętny Kubańczyk na państwowej posadzie (czyli wciąż większość zawodów na Kubie) zarabia 20 dolarów (CUC w walucie lokalnej) miesięcznie. Tak, nie na dzień, nie na tydzień – na miesiąc. Mimo obecności dwóch walut (peso narodowe i peso turystyczne) oraz różnych cen dla Kubańczyków i odwiedzających, nikt nie jest w stanie przeżyć za te pieniądze. W związku z tym wiele Kubańczyków ma dwie albo trzy prace. Nie jest wcale rzadkością, że lekarz, dentysta, fizjoterapeuta czy urzędnik bankowy po godzinach zamienia się w kierowcę taksówki, kucharza w hotelowej restauracji czy mechanika samochodowego, aby dorobić. Każdy ima się czego tylko może, aby przeżyć i zapewnić byt sobie i rodzinie. Dużo lepsze perspektywy daje zatrudnienie w turystyce (która jednocześnie oferuje jedną z niewielu możliwości prowadzenia własnego biznesu), co średnio pozwala potroić miesięczne zarobki. Jednak za 60, czy nawet 80 dolarów wciąż trudno przeżyć, a ilość prywatnych biznesów nadal jest ograniczona, więc tylko nieliczni mogą być ich beneficjentami. Nawet prowadzenie własnej działalności nie daje takich przychodów, jakich można by się było spodziewać – czy to posiadając taksówkę, czy też pokoje do wynajęcia Kubańczyk płaci horrendalne podatki w postaci wszelkiego rodzaju licencji. A efektów tych podatków w kraju wcale nie widać – bo i drogi nieodnawiane od lat, miasta zrujnowane, za to wszędzie żywa fidelowska propaganda w postaci plakatów i malunków na murach, czy bilbordów przy drogach.

Kocham Cię Kubo, ale muszę uciekać

Embargo na towary ze Stanów i nieudolnie prowadzona gospodarka powodują, że mimo deklarowanej miłości do kraju, wielu Kubańczyków chce z niego uciec i jest w stanie zrobić wiele, aby ten cel osiągnąć. Znane są przypadki kubańskich obywateli, którzy podejmowali desperackie próby przepłynięcia na Bahamy czy Florydę siłą własnych mięśni. Ucieczki do innych krajów Ameryki Łacińskiej, często zakończone deportacją, też są na porządku dziennym. Są też tacy, którzy do perfekcji opanowali sztukę uwodzenia turystów. Gorący karaibski temperament w połączeniu ze zmysłowymi ruchami na parkiecie może okazać się pakietem wysoce pożądanym dla pochodzących z zimniejszych (nie tylko klimatycznie, ale i kulturowo) krajów Ameryki Północnej czy Europy. Nie oznacza to oczywiście, że prawdziwych historii miłosnych między Kubańczykami a przyjezdnymi nie ma. Jednak zdecydowana większość okazuje się dobrze zaaranżowanymi interakcjami, w ramach których Kubańczycy (zresztą z niebywałą łatwością) używają swoich wrodzonych wdzięków, aby z rajskiej klatki się wyrwać. A ucieczka nie jest wcale taka prosta. Uczucie po stronie turysty czy turystki musi być silne, gdyż dzięki barierom rządu kubańskiego i kraju przyjmującego będzie wielokrotnie testowane – szczególnie na płaszczyźnie finansowej. Aby bowiem wyciągnąć ukochanego/ukochaną z karaibskiego raju, cudzoziemiec musi być przygotowany na duże wydatki – począwszy od kosztu paszportu (który zresztą nie jest ważny na długo), przez koszty przelotów, które dla wielu kubańskich pensji są mało osiągalne, skończywszy na sporej kwocie, jako gwarancji utrzymania obywatela Kuby, którą to zakochany cudzoziemiec obowiązany jest na rzecz rządu kraju przyjmującego zdeponować. Kwota ta przepada, gdy rzeczony Kubańczyk zdecyduje się uciec, próbując szczęścia z dala od swojej miłości – a takich przypadków historia również zna wiele.

Jeździec i koń, czyli słowo o kubańskiej dżokejce

Kubańczycy to jeźdźcy. Ograniczone możliwości zarobienia godnych pieniędzy na Kubie prowadzą do wszechobecnie praktykowanego zjawiska jinereryzmu, co w tłumaczeniu z hiszpańskiego oznacza ujeżdżanie konia, bycie dżokejem. A koniem w tym wypadku jest nieświadomy turysta. Termin jest bardzo szeroki – jinetero, czyli dżokejem może być na Kubie każdy – od ulicznych nagabywaczy sprzedających (z reguły podrabiane) cygara i inne kubańskie rarytasy, po nauczycieli tańca, przewodników turystycznych, na usługach o charakterze stricte seksualnym skończywszy. Seksturystyka na Kubie jest dość powszechna, a z jej dobrodziejstw korzystają zarówno panowie jak i panie z krajów bardziej rozwiniętych, którzy często utrzymują całe rodziny zaangażowanych w taki proceder Kubańczyków. Stąd na przykład Kubańczycy wciąż nie mogą zatrzymywać się wraz z turystami w większości hotelów i pensjonatów, co ostatnio zostało złagodzone przez wprowadzenie obowiązku rejestracji, aby monitorować, czy dana osoba nie pojawia się w meldunkach zbyt często, co mogłoby wskazywać na jeźdźca. Turysta jest widziany jako pewne źródło pieniędzy i ciężko się tego brzemienia pozbyć, niezależnie jak długo się na wyspie przebywa.

Sharing economy w wydaniu kubańskim

Jak na obywatela każdego szanującego się kraju socjalistycznego przystało, Kubańczyk się dzieli. Gospodarka dzielenia się, czyli ‘sharing economy’ istniała na Kubie długo zanim stała się popularnym trendem w krajach wysoko rozwiniętych. Zjawiska, które w krajach zachodnich zaczęły zyskiwać na popularności z racji zmniejszających się zasobów, zanieczyszczenia środowiska, potrzeby oszczędności i minimalizmu społeczeństwa, a nawet mody, na Kubie są żywe od lat, najzwyczajniej jako konsekwencja braku posiadania.Trendy takie jak car pooling mający na celu zaoszczędzenie paliwa i zmniejszenie zanieczyszczenia środowiska, platformy Airbnb czy Couchsurfing jako alternatywy noclegowe dla molochów hotelowych, czy choćby ukłon w kierunku naprawiania i recycklingu zamiast wyrzucania rzeczy, czy też pożyczania zamiast kupowania (np. Spotify i inne wirtualne biblioteki mediów) mają swoje odpowiedniki na Kubie od wielu lat, gdyż od wielu już lat rzeczy na Kubie brakuje. Terminy „colectivo” i „particular” są w powszechnym użyciu i odnoszą się do wszystkiego, co dzielone z innymi – przejazdu samochodem w taxi colectivo, noclegu w casa particular. Na Kubie istnieje nawet prawo głoszące, iż każdy Kubańczyk posiadający samochód, jest zobowiązany podwieźć innego Kubańczyka bez pojazdu, jeśli udaje się w tym samym kierunku i zostanie zatrzymany.

Pomimo tych niezaprzeczalnych absurdów, Kuba wciąż przyciąga rzesze turystów –  a teraz, w wyniku wznowienia relacji dyplomatycznych z USA, pewnie więcej niż kiedykolwiek. I nie bez przyczyny. Nigdzie indziej nie widziałam takiej radości życia u ludzi, którym wcale łatwo nie jest, nigdzie nie słyszałam tyle zagrzewającej do tańca muzyki na ulicach, nigdzie nie obserwowałam ludzi tańczących z taką lekkością i naturalnością. Bo Kubańczyk z tym się rodzi, ma to w sercu, i miejmy nadzieję, pozostanie z tym, niezależnie od tego, co wkrótce wydarzy się w stosunkach polityczno-ekonomicznych między Kubą a USA i resztą świata.

 

IMGP3845 s


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!