Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Przeprowadzam eksperyment. Pierwszy taki w życiu – wewnętrzny i społeczny. Zawsze chciałam udać się na jakiś czas w odosobnienie. Nie, ponieważ jakoś wyjątkowo kręcą mnie pustelnicze klimaty, ale z ciekawości – zobaczyć, jak moja ekstrawertyczna natura poradzi sobie z godzinami, dniami, a może tygodniami bycia samej, bądź w ograniczonej grupie ludzi. I jak będą wyglądały interakcje w tej ograniczonej grupie obcych sobie ludzi. Jednak nigdy wcześniej się nie zdecydowałam, bo było przecież tyle miejsc do odwiedzenia, tyle atrakcji do zobaczenia, a etatowego urlopu zawsze za mało. Aż nadszedł czas, gdy nie mam etatu, nie mam też urlopu. Za to w końcu mam czas – dobro, które przez całe lata życia i pracy w dużym mieście było luksusem z najwyższej półki. I po raz pierwszy postanowiłam zaspokoić ciekawość i udać się w odosobnienie. Minimalistycznie, bez internetu, telewizora, używek i zbytków nowoczesnego świata, za to, jak się okazuje z wszystkim, co człowiekowi do życia potrzebne.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że moje odosobnienie jest kompletną izolacją – nie jest i nie wiem, czy na taką jestem gotowa. Nie jest to hinduski aśram, ani ośrodek medytacyjny, choć zarówno joga jak i praktyki medytacyjne są tu mocno promowane. Ale na pewno jest to miejsce specjalne – eko-farma położona malowniczo w kolumbijskim buszu, gdzie spragnieni spokoju i wytchnienia wagabondzi z różnych krajów intensywnie uczą się hiszpańskiego.

Mój dzień jest zgoła różny od tradycyjnego dnia jaki minimum 5 razy w tygodniu, 20 razy w miesiącu prowadziłam w wielkim mieście. Ba, różni się diametralnie od tradycyjnego dnia w podróży – nie ma głośnego otoczenia hostelowego, które od tylu miesięcy jest mi domem, tłumów ludzi, imprez, atrakcji turystycznych do odwiedzenia. Za to jest spokój, zieleń dookoła, tych samych 8 twarzy przez 2 tygodnie i… język hiszpański w każdej postaci.

Dzień zaczyna się ok. 7 rano, kiedy to zwykle się budzę – sama, bez budzika, hałasu ludzi pakujących plecak w hostelowym pokoju, bez innych nienaturalnych impulsów do pobudki. Budzę się, bo się wyspałam. Wstaję, wypoczęta, bez pośpiechu, zastanawiając się, czy uda się dziś wziąć prysznic. Bo jako że woda na eko-farmie pochodzi ze strumienia, a system wodociągowy jest stary, to czasem zawodzi i wody nie ma. Ale dziś mam szczęście. Woda nie tylko jest, jest też ciepła (co też nie jest codziennością). Biorę szybki prysznic (na eko-farmie oszczędzamy wodę) i udaję się na śniadanie. Tu już czekają zdrowe eko-pyszności przygotowane przez właścicielkę i pomysłodawczynię całej inicjatywy – Paolę. Paola jest trzydziestokilkuletnią Kolumbijką – osobą o niezwykle ciekawej historii, która po latach „high lajfu” w Stanach i Europie zdecydowała się założyć tę szkolną oazę spokoju na kolumbijskim odludziu. Paola kładzie się „z kurami”, ale i wstaje bardzo wcześnie – ok. 5 rano. Żyje zgodnie z naturalnym zegarem i rytmem dnia i nocy. Po wstaniu przygotowuje dla wszystkich zdrowe, wegetariańskie śniadanie bazujące na ziarnach i sezonowych owocach, którymi obecnie w Kolumbii są banany, papaja, mango, truskawki, ananasy. To jej zupełnie nowe przedsięwzięcie – nie sadzi tu jeszcze nic, hoduje za to 4 kozy. Miejsce nazywa się farmą, ale póki co jest hostelem i szkołą hiszpańskiego. Ale Paola ma plany na farmę z prawdziwego zdarzenia, taką, jaką miała wcześniej, gdzie oprócz hiszpańskiego, uczyła również podstaw permakultury, czyli życia w zgodzie z i na wzór naturalnych ekosystemów.

DSC07770

Śniadanie przepijamy gęstym, naturalnym, naszpikowanym magnezem kakao, świeżo przygotowanym przez Paolę, bądź mocną kolumbijską kawą – kto co woli. Po takim śniadaniu szóstka moich współlokatorów udaje się na hostelową werandę zgłębiać podstawy języka hiszpańskiego. Wśród uczestników są osoby z różnych części świata, w różnym wieku, z różnymi pomysłami na życie. Suzanne, Amerykanka z Nowej Anglii, również zajawiona eko-życiem, coś na kształt eko-farmy prowadziła przez wiele lat sama na małej wyspie na wschodnim wybrzeżu USA. Niels, dwudziestoletni Holender, jest w trakcie zmiany kierunku studiów – gdy wróci do Europy na jesieni, będzie studiował mechanikę w holenderskim Delft, a teraz wykorzystuje każdy moment, aby jak najwięcej zwiedzić i się nauczyć. A uczniem jest bardzo pilnym. Yarina i Lucas, para młodych Belgów, podróżują po świecie od września, w ramach swojego rocznego miesiąca miodowego. Też zostawili prace na etacie i myślą o swoim własnym biznesie po powrocie. Aurelia i Kevin, polsko-irlandzka para trzydziestolatków, pobytem na eko-farmie kończy swoją trzymiesięczną podróż po Ameryce Południowej, którą to zaplanowali w ramach przerwy pomiędzy czteroletnim pobytem w Nowej Zelandii, a przeprowadzką do Europy. Gdy wrócą, chcą założyć swoje samowystarczalne eko-gospodarstwo w hrabstwie Clare na zachodzie Irlandii, skąd pochodzi Kevin.

Grupa multi-kulti zgłębia podstawy języka, podczas gdy ja mam wolne i mogę poczytać książkę, powtórzyć formy czasowników hiszpańskich, bądź zrobić zadanie z wczoraj – zwykle napisać esej lub przygotować prezentację na zadany temat. Mam szczęście – ponieważ nie zebrała się grupa zaawansowana – lekcje mam sama, w trybie indywidualnym. Mogę zadać więc wszystkie pytania, które mnie od lat dręczyły, porozmawiać na niemal każdy temat (Paola jest bardzo otwarta) i… poznać tajniki kolumbijskiego slangu, który jak każdy w Ameryce Łacińskiej, ma swoje smaczki. Gdy grupa początkująca kończy i nadchodzi moja kolej – prezentuję, co wcześniej przygotowałam i poznajemy dalsze zawiłości języka. Tylko dwie godziny, za to niezwykle intensywne – z Paolą nie ma miękkiej gry. Jest bardzo zaangażowana i chce, aby każdy wyniósł z lekcji jak najwięcej.

Po nauce, wyzuty z energii mózg wręcz domaga się jedzenia. A to już czeka – przygotowane przez Liz, która codziennie przez kilka godzin pomaga Paoli w prowadzeniu domu. Jako że na eko-farmie wszystkie posiłki są wegetariańskie, dziś nie ma wyjątku – na wygłodniałych alumnów czeka zupa z soczewicy i ryż z fasolą i sałatką z buraków. Ryż z fasolą je się w Kolumbii niemal codziennie – nie tylko na eko-farmie. Kolumbijczycy (zresztą jak mieszkańcy wielu innych latynoamerykańskich krajów) wydają się nigdy nie mieć go dosyć. Po obiedzie wyznaczona osoba zmywa i jest czas wolny aż do kolacji. Rozrywki są dość ograniczone, nie ma dystrakcji ze strony internetu i nowych mediów. Więc ludzie rozmawiają ze sobą, czytają książki, chodzą na spacery i… szlifują hiszpański. Można też udać się na wyprawę do oddalonego o pół godziny marszu przepięknego miasteczka Guatape, gdzie przy odrobinie szczęścia czasem udaje się złapać odrobinę internetu w miejskiej bibliotece, lub, jeśli akurat nie ma awarii sieci, w którejś z okolicznych kafejek. Są też tacy, którzy pobyt w eko-szkole biorą bardzo poważnie i nawet czas wolny wykorzystują na nauką – bądź to w domu, bądź na organizowanych przez Paolę codziennych wymianach językowych między Kolumbijczykami, a gringo (bo tak nazywają nas Kolumbijczycy).

DSC07588

Ja wybieram się do miasteczka z nadzieją na skorzystanie z internetu. System zaczął mi się podobać, bo zrobiłam się sieciowo bardzo zorganizowana – gdy mam coś do załatwienia, szybko to robię, odpowiadam na wiadomości, po czym kieruję się ku farmie, gdzie czeka na mnie stos lektur po hiszpańsku, zadanych do przeczytania przez Paolę. Wracam przez centrum malowniczego miasteczka Guatape, którego domy zachwycają wszystkimi kolorami tęczy. Następnie idę na skróty polną drogą, która w pewnym momencie nawet już nie jest drogą, tylko polem. Ponieważ w Kolumbii zaczęła się pora deszczowa, nocami i rano sporo pada. Przeskakuję pomiędzy kałużami i podziwiam krajobraz nieskażonej zabudowaniami, soczystej zieleni. Po drodze witają mnie ludzie. Jestem tu już piąty dzień, więc niektórych zdążyłam już poznać, a żeby być bardziej precyzyjną – sami zdążyli się przedstawić.

DSC07573t
Jest starszy pan, który codziennie o tej samej porze odprowadza konie na spoczynek do stajni po całym dniu spędzonym na pastwisku. Są uczniowie wracający po szkole do domu i chłopcy, którzy właśnie kończą pracę na pobliskiej budowie i udają się do domu na kolację. Jest też wiele innych ludzi, których widzę po raz pierwszy w życiu, a którzy pozdrawiają mnie z niezwykłą serdecznością, opowiadają mi historie swojego życia i mówią, że Polacy to dobry naród, bo… Jan Paweł II był z Polski. Tacy są Kolumbijczycy. Mimo dziesiątek lat pełnej przemocy historii – niesamowicie otwarci, serdeczni, ciepli, zawsze uśmiechnięci. Tutaj nikt nie patrzy wilkiem, a co najwyżej z ciekawością i nieschodzącym z twarzy uśmiechem. Nikt nie życzy ci źle, za to każdy wszędzie chce pomóc, nawet jeśli tej pomocy nie szukasz.

DSC07602a

Wracam do eko-domu, a tam już wita mnie okrzyk Paoli „Hola, mi amor” (w Kolumbii nawet dla sprzedawcy w sklepie jesteś kochaniem) oraz zapach właśnie przygotowywanej kolacji. Kolację dla odmiany gotują uczestnicy kursu i dziś w grafiku jest Suzanne. Przygotowuje chyba najlepszy posiłek z wszystkich dotychczasowych – domowe tortille z fasolą, sałatką z mango, czerwonej kapusty i przepysznym (oczywiście domowym) guacamole. Wszyscy milkną w trakcie jedzenia, co jest najlepszym dowodem na to, że smakuje. Odnoszę talerz i z przerażeniem stwierdzam, że dziś moja kolej na zmywanie. Uwijam się szybko, gdyż mamy zaplanowany karciany wieczór – coś, co pewnie przy wifi w domu nie miałoby prawa bytu. Siadamy w salonie w ósemkę w towarzystwie Toniego – farmowego psa. Gramy w karty, rozmawiamy, śmiejemy się. Opowieści o życiu, podróżach, ludziach i przygodach sypią się jak z rękawa. A wszystko bez piwa, wina, czy innego alkoholu, gdyż używki w eko-hostelu są zabronione. Okazuje się, że można złamać lody w inny sposób, a nawet więcej – prowadzić głębokie rozmowy o życiu bez alkoholowych „wspomagaczy”. Paola idzie wcześniej spać, gdyż jej wewnętrzny zegar domaga się odpoczynku. Ok. 23:00 kończymy grę i my. Idziemy zbierać siły na nowy, ekscytujący dzień na kolumbijskim odosobnieniu… Bez internetu, nowych mediów, Facebooka, za to z autentyczną interakcją międzyludzką.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!