Jak wygląda dzień medytacji w buddyjskim klasztorze?

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Lubię wyzwania. Z czasem przedefiniowałam też kryteria ich wyboru – po latach podróżowania w trybie backpackerskim zaczęłam podróżować wolniej i eksplorować inaczej, szukać innych doświadczeń. Czegoś, co jest niełatwe, ale pozwoli mi lepiej poznać siebie. Bo wyzwaniem od dawna nie jest już zostawienie wszystkiego, co znane i bezpieczne. Nie jest spakowanie plecaka i wyruszenie w świat bez pewności, co nadchodzący czas przyniesie. Nie jest też podróżowanie po tym świecie solo jako kobieta. Nie jest poradzenie sobie w odmiennych realiach kulturowych bez znajomości języka. Tego wszystkiego już spróbowałam…

To wszystko z kiedyś niewygodnego wyzwania przekształciło się niemal w strefę komfortu. A wzrost – czy tego chcemy czy nie – wymaga wyjścia poza nią właśnie. Dlatego poprzeczka wyzwań naturalnie rośnie. Może kiedyś pójdzie w kierunku wzrostu adrenaliny, sportów ekstremalnych, choć na razie bardziej ekstremalne wydawało się zamknięcie się na kilka dni w buddyjskim klasztorze tylko z własnymi myślami – odcięta od internetu, mediów, innych ludzi. Bodźców słowem. Za to ucząc się medytacji – nigdzie indziej jak u źródła, u Buddystów.

Czas do tego był idealny – świeżo po moich pierwszych warsztatach holistycznych, które były eksplozją bodźców na każdym poziomie – udałam się na północ Tajlandii, do Chiang Mai, by przez 5 dni medytować w Centrum Medytacji Buddyjskiej w świątyni Doi Suthep. Piękne okoliczności przyrody, klasztor położony na słynnym wzgórzu, z którego roztacza się imponujący widok na całe miasto. Wchodzę na to wzgórze z moją muszlą ślimaczą na plecach, gromadzącą cały podróży dobytek. Docieram do klasztoru. Dokonuję meldunku, dostaję suchy lakoniczny komunikat o klasztornej rutynie i zasadach obowiązujących w świątyni, jak i o samym kursie medytacji. Otrzymuję klucz i udaję się do pokoju, który będzie moim domem przez 5 długich dni. Długich, bo tylko z sobą i z moimi myślami. Pokój jest surowy – ma tylko dwa elementy – łóżko i poduszkę do medytacji. Jest za to przestronny, bo ma zapewniać przestrzeń do praktyki medytacji chodzonej. Po wstępnych oględzinach wracam przebrana już w obowiązkowe na obiekcie białe ubranie, która odróżnia przybyszów od mnichów odzianych w typowe w tej części Azji pomarańczowe kaszaje. Całość zaczyna się ceremonią powitalną, po której następuje pierwsza lekcja buddyjskiej medytacji uważności bazującej na technikach Vipassany.

Vipassana wywodzi się z Theravady – najstarszej szkoły buddyjskiej, która jednocześnie uchodzi za najczystszą szkołą Buddystów – jej nauka nieskażona jest naleciałościami historii i pochodzi bezpośrednio od Buddy. Vipassana w Pali (języku sakralnym Buddyzmu) oznacza wgląd, czyli postrzeganie rzeczy i zjawisk takimi, jakimi są. Medytacja Vipassany polega na utrzymywaniu uwagi na naturalnych reakcjach ciała medytującego. Centrum oferuje różne kursy – trwające od 3 dni do 3 tygodni. Ten pierwszy jest tylko wprowadzeniem, a ostatni wyższą szkołą jazdy, na zakończenie której przez ostatnie 3 doby uczestnicy medytują dosłownie dzień i noc. Na tym poziomie nie jestem i długo nie będę, jeśli w ogóle. U mnie na początek łatwizna – obserwacja oddechu bazująca na śledzeniu ruchu brzucha przy wdechu i wydechu oraz ruchu stóp przy chodzeniu. Bagatela. Do póki nie trzeba tego robić godzinami…

Jak wygląda dzień medytacji w buddyjskim klasztorze?

Wstaję o 5 rano. Biorę zimny, orzeźwiający prysznic (nie, że mam jakiś wybór w temacie temperatury wody), Zaplatam warkocz, wkładam biały chałat. Udaję się do sali spotkań, siadam ze skrzyżowanymi nogami na podłodze, w sali w sumie 17 medytujących i mnich nauczyciel. Zaczyna mówić, bo to Dhamma Talk, czyli nauki mnicha. Mówi szybko i nadzwyczaj płynnie w swoim mocno łamanym i często ledwo zrozumiałym angielskim. Czasem nawet wrzuca jakiś dowcip i anegdotę pokazującą, że rozumie realia świata pozaklasztornego. Jest oczytany i obyty, bez wątpienia. Codziennie porusza inny temat – od wartości w życiu, relacji z innymi, po wewnętrzny spokój i uważność. Nauki trwają równą godzinę, po której udajemy się do sali jadalnej, aby zjeść śniadanie – pierwszy posiłek dnia. Porcje są dość solidne, generalnie bezmięsne (choć ze dwa razy zdarzyła się niewiadomego pochodzenia parówka), bazują na ryżu z dodatkami, który do smaku można doprawić ostrymi tajskimi przyprawami. Do picia woda i zielona herbata. Jak dla mnie zestaw zupełnie wystarczający, ale jestem bezmięsna, bezkawowa i generalnie warzywna. OK, może owoców trochę brakuje… I towarzystwa. Jedzenie odbywa się w ciszy, jak większość dziennych zajęć, gdyż w centrum obowiązuje zakaz mówienia – wszystko na drodze do zwiększonej uważności. Moja ekstrawertyczna natura złamała by jednak ten zakaz jako pierwszy. Ale nie złamie, bo trzyma się zasad, obiecała sobie solennie. Po śniadaniu rozpoczyna się pierwsza sesja samodzielnej praktyki medytacyjnej. Wszystkie sesje są tak naprawdę samodzielne. Codziennie uczymy się nowych elementów medytacji, ale ćwiczymy sami. Mamy do tego dwa miejsca – przestronną salę medytacyjną, gdzie może medytować jednocześnie kilkanaście osób, bądź własny pokój – co kto woli. Buddyści wierzą, że jeśli ktoś wykroił ze swojego życia kilka/-naście dni, aby zamknąć się z nimi w medytacyjnej ciszy, to tego nie zmarnuje. I słusznie – pomimo wielu pokus, aby nie medytować, zawsze się wraca do praktyki. Pewnie nawet chętniej, niż gdyby mnich stał w drzwiach z kijem i marchewką… Pierwsza sesja trwa 3 godziny i składa się z rund dwóch technik: medytacji chodzonej i siedzącej, które zgodnie z zaleceniami stosuję naprzemiennie. Mój czas odmierza stoper – zaczynam od 10 minut każdej z technik, ostatniego dnia medytuję po 30 minut chodząc i siedząc, czyli łącznie godzinę. Potem chwila przerwy i kolejna runda. Po kilku takich podwójnych rundach o 11:00 wybija gong na obiad. Nawet jeśli to nienajlepszy czas na kolejny posiłek, to też nie miejsce na skargi odnośnie klasztornego harmonogramu – trzeba najeść się do woli, gdyż kolejna szansa na konsumpcję będzie dopiero jutro – przy śniadaniu. Buddyjscy mnisi jedzą maksymalnie dwa posiłki dziennie i oba muszą być skonsumowane między wschodem słońca, a wybiciem południa. Po obiedzie udajemy się zdać raport z postępów medytacji nauczycielowi, dostajemy też nowe ćwiczenie na kolejne 24 godziny pobytu. Czas pojedynczej sesji zostaje też wydłużony o kolejne 5-10 minut – zaczęłam od dzisięciominutowych sesji, po pięciu dniach jedna sesja trwa pół godziny. Po raporcie, według harmonogramu następuje popołudniowa sesja medytacyjna, która trwa aż do 18:00. O 18:00 bowiem odbywaja się buddyjskie szanty (buddhist chanting) – śpiewanie z mnichem, które też jest rodzajem medytacji, a dla buddystów modlitwą. Po nim mnich z reguły coś jeszcze dodaje od siebie w stylu „słowo na wieczór”. I nadchodzi czas na wieczorną praktykę medytacyjną. O 21:00 u buddyjskich mnichów kończy się dzień. Idziemy spać.

Dzień to długi u Buddystów. Przynajmniej taki się wydaje, bo nie jest wypełniony zbędnymi zajęciami i zapychaczami, a bodźce zewnętrzne ograniczają się do minimum. Ma to sens, w końcu jestem tu, aby medytować – pogłębić moją technikę w tym obszarze, wejść na wyższy poziom, bo to, czego nauczyłam się przez ostatnie dwa lata wymaga upgrade’u. Okazało się, że wystarczyło pięć dni, aby go dokonać, gdyż nauczyłam się sporo – o sobie i medytacji. Ale o tym następnym razem…

ZDJĘCIE: Wzgórze Doi Suthep, Chiang Mai, Tajlandia. Czerwiec 2017.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *