Czego nauczył mnie rok blogowania?

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Rok temu na świat przyszła eksploratorka.pl, której proces tworzenia opisałam ostatnio w urodzinowym wpisie. Te 12 miesięcy życia bloga wcale do łatwych nie należały. Przeciwnie, więcej zanotowałam twardych upadków, niż radosnych wzlotów. Decyzji o założeniu bloga jednak ani przez chwilę nie żałuję, gdyż jego prowadzenie nauczyło mnie sporo o sobie, innych, blogosferze, internecie, a nawet podróżach. I choć często były to bolesne i trudne nauki, to za nic bym z nich nie zrezygnowała. To one bowiem sprawiły, że na różnych poziomach czuje się o niebo bogatsza, niż przed rokiem. Co takiego się zatem nauczyłam?

 

1. Że mogę zrobić wszystko, jeśli tego bardzo chcę (nawet stronę internetową i ebooka!)

W swoim życiu przez ostatnią dekadę „stworzyłam” niejedną stronę internetową. Nie dokonałam tego jednak własnymi siłami, a z pomocą sztabu informatyków, grafików i web developerów opłacanych niemałymi budżetami marketingowymi firm, w których pracowałam. A istnieje spora różnica między zarządzaniem tworzeniem strony, a faktycznym jej budowaniem. I pomimo posiadania dość jasnego konceptu tego, jak mój blog ma wyglądać, wcielenie go w życie kosztowało mnie mnóstwo czasu, stresu i niejedno przekleństwo wykrzyczane w odległych zakątkach Ameryki Środkowej, gdzie powstawała strona techniczna projektu. Bo okazuje się, że doświadczenie marketingowe zdecydowanie pomaga, ale wcale sprawy stworzenia zaplecza technicznego bloga nie załatwia, a czasem może nawet utrudniać. Dlaczego? Gdyż niejednokrotnie miałam w głowie świetny pomysł, którego nijak nie umiałam przekuć w praktykę z moją skromną znajomością WordPressa i samoedukacją bazującą na forach, blogach i YouTubie. Nie poddałam się jednak i mimo, że blog mógłby wyglądać lepiej (zawsze może!), to jestem dumna, że stworzyłam go w stu procentach własnymi siłami, płacąc jedynie za domenę i hosting.

Podobnie było z ebookiem, gdy zrozumiałam, że nie mogę inspirować Polaków do podróżowania i zmiany swojego życia, nie dając im do tego narzędzi. Tak zrodził się pomysł na Projekt Pierwsza Podróż, którego poszczególne składowe powstawały po nocach, kosztem snu i regeneracji, aby… komuś było łatwiej. Za darmo. Gratis. Bezpłatnie. W dobrej wierze podzielenia się swoim doświadczeniem z innymi. Z entuzjazmem iście pierwotnym, którego trudno zabić byle przeszkodami. Gdy na przykład okazuje się, że pokrycie tych 160 stron tekstem to dopiero początek. Że teraz trzeba to wszystko jeszcze złożyć do kupy, oprawić, udostępnić. A wcześniej nauczyć się, jak to zrobić, jeśli się nie ma w tym obszarze żadnego doświadczenia. Jak i sztabu edytorów, grafików i informatyków do dyspozycji. Bo blogowanie uczy innego wymiaru wytrwałości, która nie daje spocząć na laurach, ani poddać się przy pierwszym potknięciu, a każe wracać i próbować, dopóki się nie uda. Bez gwarancji sukcesu, bez żadnych obietnic. Czyli tak, jak w życiu, czyż nie?

 

2. Że poziom kreatywności rośnie w miarę tworzenia (krzyczenia/płakania/przeklinania)

Oprócz determinacji, prowadzenie bloga uczy też kreatywności na innym poziomie, gdy okazuje się, że dotychczasowe sposoby po prostu nie działają i trzeba powołać nieznaną ci dotychczas moc tworzenia, bez posiadania której możesz od razu złożyć broń. Więc myślisz, główkujesz, czytasz, oglądasz, obgryzasz paznokcie z nerwów, zaciskasz zęby, a gdy trzeba płaczesz, klniesz i krzyczysz, ale… działasz dalej, tworzysz w pocie czoła, bez gwarancji, że ktokolwiek zobaczy, przeczyta, skomentuje, wyśle wiadomość. A gdy to zrobi, cieszysz się jak dziecko, bo wiesz, że jeśli to ci się udało, to wszystko jest możliwe!

Tak powstawały moje pierwsze posty, gdy jeszcze za bardzo nie miałam pojęcia, co ja właściwie w tej blogosferze robię. Z nich jakoś naturalnie narodziła się idea wspomnianego wyżej ebooka, który stanowi dopiero początek moich książkowych projektów. A po blisko roku pomysł autorskich warsztatów wyjazdowych, jeszcze bardziej przybliżających Polakom ten piękny świat. Będąc blogerem bowiem, zamiast czekać na gwiazdkę z nieba, sam ją tworzysz, tak jak tworzysz nowe teksty, grafiki, rozwiązania i produkty. Bo, dla odmiany, to ty jesteś kreatorem i dopóki tego nie zrozumiesz, nie ruszysz z miejsca! Dopóki nie stworzysz jednej małej rzeczy, inna wielka tym bardziej nie powstanie. Bo jedno daje początek drugiemu. A kreatywność rośnie w miarę tworzenia, o czym przekonuję się każdego dnia, prowadząc tego bloga.

 

3. Że trzeba mieć twardy tyłek oraz dystans do siebie i innych

Haters gonna hate – mówi popularne powiedzenie opisujące tych, którzy znajdują nieskrywaną przyjemność w krytykowaniu innych. Jeśli myślisz poważnie o blogu, musisz je jak najszybciej wygrawerować sobie w głowie i z hejtem się oswoić. I bynajmniej nie chodzi tu o konstruktywną informację zwrotną, na którą zawsze jestem otwarta, ale na przepełnione jadem i złośliwością uwagi na temat różnych aspektów twojej działalności. Wyrażone najczęściej przez osoby, które cię nie znają i nie mają pojęcia kim jesteś, co sprawiło, że robisz to, co robisz i żyjesz tak, jak żyjesz. Na początku boli jak cholera – w końcu włożyłaś tyle pracy w ten projekt, tak jak wkładasz sporo serca w każdy wpis. I mimo że jest to całkowicie twoja platforma, na której możesz wygłaszać własne poglądy, to ktoś nie ma żadnych oporów, aby wejść na nią z buciorami krytyki, by ci dogryźć i pokazać, że sądzi inaczej.

Ale wiesz co? Niech wchodzi – potraktuj go jak gościa, a jego odwiedziny jak prawdziwy dar! Niech smaruje i krytykuje, a ty w tym czasie buduj gruby pancerzyk ze stali nierdzewnej, bo czym dalej w las, będzie bardziej potrzebny! Z czasem dzięki temu wzrośniesz, bo uodpornisz się na krytykę i niewiele rzeczy będzie cię ruszało. A przynajmniej tych nieistotnych. Bo czy obsmarowywanie cię przez osobę, która nic sama nie stworzyła i nigdy nie wystawiła się na ostrzał (nie jest zatem żadnym partnerem do dyskusji w temacie) ma znaczenie? Mój pierwszy hejter aktywował się po jednym z pierwszych postów o tym, dlaczego Polacy nie podróżują. Mimo, że wpis podparty był stosem obiektywnych badań naukowych, które wyraźnie wskazują powody, dla których jako naród nie podróżujemy tak często, jak przedstawiciele innych krajów, to autor hejta poczuł się w obowiązku wyrzucić swój jad w opasłych rozmiarów mailu. I mimo, że czytanie jego słów było jak dostanie obuchem w twarz (przecież chcę dobrze, wkładam w to tyle serca!), to jestem panu wdzięczna za wyrażenie swoich niepochlebnych poglądów w swój prymitywny sposób – bardzo dobrze mnie one (nie tylko do blogowania) przygotowały!

 

4. Że, jako doświadczony marketing menadżer, niewiele o marketingu wiedziałam

To ciekawe, bo ostatnią dekadę przed Wielka Podróżą pracowałam w marketingu właśnie, zarządzałam nim w różnych firmach i branżach i wydawało się, że nie ma on przede mną żadnych tajemnic. Jakże się myliłam. Dzięki prowadzeniu bloga, nauczyłam się mnóstwo o marketingu w zupełnie innym wymiarze. Marketingu, który nie bazuje na opasłych budżetach (ba, nie ma żadnych). Gdzie wszystko trzeba zrobić samemu, jeśli się nie ma tysięcy złotych w zanadrzu. Tak jak i ugruntowanej marki, bo… (znowu!) ta dopiero powstaje. Jest za to mnóstwo pomysłów na treści, dużo energii, determinacji i… naiwności. A że konkurencja jest ogromna, to pomysły przechodzą nierzadko niezauważone i… mnóstwo pracy idzie niemal do kosza. Za to jest nieustająca wiara, że się uda i motywacja do tego, by tworzyć nowe rozwiązania, szukać, eksplorować, nie spoczywać na laurach. Tak więc, wkładając często starą marketingową wiedzę między bajki, uśmiercając teorie Kotlera i uniwersyteckie macierze, dzięki blogowi uczę się marketingu od nowa! Od storytellingu, czyli sztuki opowiadania historii, poprzez SEO, czyli optymalizację w wyszukiwarkach, na mediach społecznościowych skończywszy. Bezcenne to nauki, których nie dały mi ani studia marketingowe, kursy i szkolenia, ani też 10 lat pracy w tym obszarze.

 

5. Że ludzie generalnie mają gdzieś

W erze przeciążenia systemu informacjami, gdzie komunikaty różnego typu dosłownie zalewają nas z wszystkich stron, czymże jest ten twój wpis na blogu, którego rodziłeś z taką pasja i zaangażowaniem, często po nocach, pozbawiając się snu i wierząc, że masz coś ważnego do przekazania? Bo z czasem zaczynasz rozumieć jedną prawdę: większość ludzi ma to gdzieś! I jeśli tego jak najszybciej nie zaakceptujesz, najlepiej już dziś zamknij swój blogowy kramik. Ludzi interesuje to, co jest dla nich adekwatne w danej chwili, nie poświęcają na nic czasu tylko dlatego, że ty to napisałeś. A dla wielu osób twoje historie na końcu świata są co prawda interesujące, ale mało adekwatne, bo odległe.

Co więcej, powiem ci jeszcze jedno: ludzie nie czytają! Tak więc, jeśli (tak jak ja), lubisz pisać długie teksty, które nie są spontanicznym wpisem do dziennika, a stanowią wynik wielogodzinnych przemyśleń, spore szanse, że nigdy nie zostaną do końca przeczytane. Bo ludzie w erze internetu i darmowych treści lubią krótko i na temat, nie czytają, a skanują wzrokiem, szukając natychmiastowej gratyfikacji, gdyż nie chcą na nic czekać, a tym bardziej w żaden sposób pracować, bo tego wymaga się od nich wszędzie. I to zupełnie normalne. W świecie nastawionym na szybką konsumpcję, fast foody zdecydowanie lepiej się sprawdzają, niż wykwintne posiłki, które wymagają czasu i zaangażowania. Powiem ci jeszcze więcej. W tym samym świecie ludzie nie tylko mają gdzieś to, co robisz, ale mają swoje oczekiwania, a nierzadko nawet roszczenia – nauczyły ich tego marki, a pieniądze dały możliwości. I jeśli chcesz choć na chwilę przykuć ich uwagę, musisz dawać. Za darmo, nieustannie, niestrudzenie. Bo blog nie jest o braniu, a o dawaniu właśnie. Jesteś gotowy?

 

6. Że lubię pisać (nawet jeśli ludzie mają to gdzieś) i coraz lepiej mi to wychodzi

Nigdy nie uczyłam się pisania. Wiele lat temu zdarzyło mi się co prawda napisać starą maturę z polskiego na piątkę, ale założyłam, że to ukłon losu w moją stronę. Wszystko po to, aby na egzaminie ustnym nie dopadła mnie wymagająca polonistka, która zapewne nie zostawiłaby na mnie suchej nitki (zważywszy, iż lektury w liceum zaczęłam czytać dopiero mniej więcej od Dostojewskiego). Skończyłam też studia filologiczne, gdzie czyta i pisze się sporo, ale umówmy się, studia językowe nie tylko nie szlifowały mojej polszczyzny, ale wręcz czyniły ją uboższą. Całymi latami konsumowałam i tworzyłam bowiem treści w innych językach. Przez blisko dekadę pracowałam też w obszarze marketingu, gdzie słowo ma znaczenie. Pisałam więc wiele i często. Ale muszę przyznać z ręką na sercu, że nigdy tego specjalnie nie lubiłam.

Lubiłam za to czytać dobre teksty i zawsze podziwiałam tych, którzy potrafią je tworzyć z lekkością pióra. Więc chyba nigdy nie rozszyfruję, dlaczego poczułam zew do pisania bloga. Wiem za to jedno: cieszę się, że za nim poszłam. Wszak przez ten rok regularnego pisania mnóstwo się nauczyłam. Zdecydowanie polepszyłam swój warsztat pisarski bez udziału w żadnych kursach czy szkoleniach. Zaczęłam też z powrotem więcej czytać po polsku, do czego zmotywował mnie blog właśnie. I choć przede mną jeszcze długa droga do mistrzostwa, to te 70 postów, które przez ostatni rok urodziłam i wydanie pierwszego ebooka zdecydowanie mnie do niego przybliżyły.

 

7. Że nowe media potrafią być brutalne, ale bez nich długo nie przeżyjesz

W świecie naczyń połączonych wszechobecnym internetem, wszyscy są connected. Media w dużej mierze zostały zdominowane przez platformy społecznościowe, które nie mają litości. Nawet jeśli nie chcesz w nich być, a prowadzisz bloga, musisz! Co więcej, nie możesz zaistnieć tylko na Instagramie, Facebooku czy YouTubie – powinieneś być na nich wszystkich. Bo każdy użytkownik preferuje inną platformę. Bo do każdego docierasz inaczej. Bo jak cię nie ma w którejś z nich, nie istniejesz. I nawet jeśli nieraz masz ochotę zaszyć się gdzieś głęboko i po prostu nie postować, to wiesz, że w dzisiejszym świecie będzie to równoznaczne z powolną śmiercią. Że to twój obowiązek. Bo wybrałeś ciężkie życie blogera. A platformy blogowe to dziś również media społecznościowe… I jakkolwiek social media są brutalne i nieraz marzysz, by się wyłączyć, ciężko bez nich żyć. A już na pewno prowadzić bloga. Nawet jeśli Facebook zmienia algorytm co kilka miesięcy powodując, że treści, które tworzysz na fanpejdżu nigdy nie dotrą do 90% twoich fanów, to mimo wszystko pracujesz jak wół dla tych 10% z pełną świadomością niskiego zasięgu. Mimo, że daleko ci do profesjonalnego YouTubera i nie masz żadnego parcia na szkło, to wiesz, że video w dzisiejszym świecie rządzi i musisz kręcić, a nie tylko pisać. I choć Instagram co prawda lubisz, ale traktujesz go bardziej jak kolekcję wspomnień, a nie konkurs na najlepszy zachód słońca, to kontynuujesz po swojemu. Nie poddajesz się, nie odpuszczasz.  Nawet mając zaledwie kilkaset fanów, podczas gdy twoja konkurencja ma ich kilkaset tysięcy. Naparzasz!

 

8. Że ludzie, w tym lukrowanym świecie, szukają jednak autentyczności

Więc jeśli chcesz do nich docierać, musisz pokazać ludzką stronę właśnie, a nie lukrowaną, pudrowaną, tjuningowaną i ulepszaną na wszystkie możliwe sposoby. Bo przeciętny Kowalski ma dość zdjęć idealnie wyglądających modelek wyskakujących z ekranów TV, gdyż wie, że zapewne sam nigdy nie będzie tak wyglądał (jak i z tak idealną niewiastą życia dzielił). Ma dość idealnych historii, bo od dawna już wie, że życie nie jest idealne. Bo coraz częściej szuka autentyczności i czegoś, z czym może się identyfikować, licząc, że ktoś go rozumie, że ktoś kiedyś był tam gdzie on (nawet jeśli to przysłowiowa czarna dupa). Nawet jeśli jest to dalekie od perfekcji, jeśli ma wady i skazy. Bo, jak wiadomo, ani codzienne życie nie jest usłane różami, ani takie nie jest życie w podróży.

Tak więc okazuje się, że pokazanie miękkiego brzuszka zamiast wyrzeźbionego kaloryfera nagle jest w porządku, a nawet wskazane. Że opowiedzenie własnej prawdziwej historii jest o wiele bardziej wartościowe, niż zaserwowanie jej ze spulchniaczami i polepszaczami smaku. W końcu natura służy nam lepiej niż glutaminian sodu, który może i czyni potrawę smaczniejszą, ale ostatecznie jest sztuczny, syntetyczny, brak mu naturalności. A ludzie w dzisiejszym świecie potrzebują autentyczności bardziej niż kiedykolwiek. Opowiedziałam i ja wiele niepudrowanych historii – o ciemnej stronie podróżowania, o różnych frustracjach po drodze, o refleksjach bez filtra i wiesz co? Jestem z nich dumna. Bo były prawdziwe. A w tym świecie ideałów czasem najtrudniej o bycie prawdziwym właśnie…

 

9. Że w ramach psychoterapii blogowej ogarniam też swoje wariatkowo

Przeczytałam kiedyś, że pisanie bloga może być świetną forma terapii. Coś w tym jest – zdecydowanie dostrzegam jego właściwości terapeutyczne. Szczególnie dla osób o wysokooktanowym stężeniu myśli na sekundę, do których należę. Pisanie bloga daje przestrzeń i okazję do refleksji. Pozwala przemyśleć swoje podejście do wielu spraw, skłania do wyciągania wniosków, pomaga uczesać nieokiełznane myśli, uspokoić huśtawki nastrojów oraz poczuć grunt pod nogami kiedy najbardziej go potrzeba – w podróży, gdy wszystko jest nieprzewidywalne. Mam czasem nawet wrażenie, że pisanie bloga otwiera pewną wciąż nieodkrytą stronę mnie, której inaczej nigdy bym nie poznała. Bo jak to możliwe, że czytając swoje wpisy po jakimś czasie, nieraz się dziwię, że wyszły spod mojego pióra. W tym kontekście i tymi słowami. Pozwala mi to zatem snuć wnioski, że poszczególne posty są głosem mojego wnętrza, zanim głowa zacznie je przetwarzać, segregować i wkładać w te swoje szufladki. Będę zatem pisać dalej, jeśli oznacza to, że dzięki blogowi jakimś cudem ogarniam to swoje wariatkowo i nie muszę płacić za żadną terapię!

 

A Ciebie zapraszam do wspomnień. Zobacz 20 najbardziej popularnych wpisów ostatniego roku.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

4 thoughts on “Czego nauczył mnie rok blogowania?

  • 21 kwietnia 2017 at 15:23
    Permalink

    Przeczytałam! W drodze do pracy. Długaśny…ja zamawiam takie na 20minut..żebym przystanku nie przejechała bo wciągają te posty a u mnie kolejny i ostatni przystanek mojego autobusu to cmentarz:))))))

    Reply
    • 22 kwietnia 2017 at 04:47
      Permalink

      Małgosia, dwudziestominutówki to chyba jednak nie moja specjalność, ale może kurs szybkiego czytania pomoże? 😉 A ja postaram się trochę krócej… 🙂

      Reply
  • 27 kwietnia 2017 at 22:08
    Permalink

    To prawda, w obecnych czasach jak nie ma 1) kanału na yt – opuszczamy dużą % młodych osób, którzy mieszkają w dużych miastach i mają dobry intrnet 2) google to wiadomo informacje, starsze osoby, albo z przymusu 3) Insta – głównie kobiety 4) Facebook – młodzi i starzy, ale zasięg byle jaki i nie każdy często używa. No i snapchat, ale to raczej nie jest obowiązek ;P

    Reply
  • 1 czerwca 2017 at 08:24
    Permalink

    witaj, jeju 🙁 pracowałam w 2 korpo ale tak sie o nich w latach 2004-2007-gdzieś na Woli…. nie mówiło to pierwsza i narzeczony BYŁ , potem kolejna ale ja nie chciałam Nepal 2010 rok i miało tak być… ech duzo bym mogła opowiedziec ja włoczykij. SaM.
    Taka stroner założe, narazie rozpisuje…Kambodza jest na liście jak uszyje sobie moskitiere spodnie, kurtkę, takie coś dla pszczelarza, a wiem gdzie moge miec noicleg, co chce zobaczyć etc i Pandy w Pekinie no i….”Byłem ostatnim Cesarzem Chin” ależ to był film rez. Bertolucii:) to jak i Singapour, Honkong poczekają… bo co 28 dni musze byc na kroplówce….I MYŚLĘ JAK TU ZROBIC

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *