Nie zawsze jest tak różowo, czyli o ciemnej stronie podróżowania

Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

„Nie boisz się?” – to chyba najczęstsze pytanie, jakie pada w rozmowach o podróżach, szczególnie w naszym kraju, gdyż Polacy mają dużą potrzebę poczucia bezpieczeństwa, o czym pisałam już wcześniej. I jakkolwiek chciałabym odpowiedzieć, że nie, jaki tam strach, to prawda jest taka, że owszem – boję się. Tyle, że chęć podróżowania jest większa, niż strach i myśli o wyzwaniach, zagrożeniach i niebezpieczeństwach podróżowania – rzadko opisywanych przez podróżników, za to chętnie przez media, które tym samym kształtują obraz strasznego świata. Niedawno pisałam o bilansie zysków z wielomiesięcznego podróżowania, który niezaprzeczalnie jest dla mnie większy niż poniesione straty (jeśli w ogóle takiego słowa można użyć). I mimo, że intencją tego bloga jest motywowanie do podróżowania, poznawania nieznanego, przekraczania własnych granic, to nie byłby on prawdziwy, gdybym nie wspomniała ciemnej strony podróżniczej monety – tyle że z punktu widzenia przejechanych przeze mnie kilometrów, a nie mediowych doniesień. A trochę tych niebezpieczeństw w podróży czyha, choć każde można potraktować jako jakąś lekcję…

Choroby – lekcja anatomii 

Choroby i niedomagania organizmu są wpisane w życie podróżnika – wcześniej czy później w dłuższej podróży coś się wydarzy. I nie pomogą szczepionki i inne środki ostrożności – bo np. dopadnie nas malaria, na którą szczepionki nie ma, albo jeden z wielu lokalnych wirusów, na które wyczerpany organizm staje się bardziej podatny niż zwykle. Zresztą nie trzeba wcale wyjeżdżać za granicę – mało to w naszym polskim, znajomym klimacie zapadamy na przeziębienia, grypy i inne schorzenia?

Tyle że w podróży dochodzi kilka innych czynników. Po pierwsze są to choroby nam obce, więc diagnoza jest trudniejsza, stąd zwykle konsternacja i przerażenie większe, a to nie pomaga w wyzdrowieniu. Dodatkowo tropikalne choroby z reguły przebiegają w naszych nieprzyzwyczajonych organizmach bardziej agresywnie. Do tego często zaczyna się niewinnie – np. od ugryzienia zwykłego komara. W podróży poznałam osoby, które za sprawą gorączki denge (zresztą przypominającej w pierwszym stadium grypę), spędziły w szpitalach wiele tygodni. Jedna spotkana przeze mnie w Meksyku Kanadyjka, w Ameryce Centralnej nabawiła się podobnej do denge przypadłości o nazwie chinkungunya, za sprawą której nie tylko wylądowała w szpitalu na długi czas, ale do tej pory, wiele miesięcy później, ma problemy ze stawami, w wyniku czego musiała zaprzestać większości swoich sportowych pasji.

Sama przechodziłam kilkukrotnie ataki różnych infekcji w podróży, na szczęście nie o tak ekstremalnych konsekwencjach. Mogę jednak zapewnić, że leżenie z wysoką gorączką w Kolumbii, zastanawiając się, co nam dolega (osławiona przez media zika czy zwykły wirus grypy?) do przyjemnych nie należy, szczególnie jeśli jesteśmy sami jak przysłowiowy palec. Do tego, wszystko rozgrywa się na piętrowym łóżku hostelowym, z którego ciężko zejść w tym stanie nawet do łazienki. I jako że nie zdążyliśmy jeszcze nikogo w owym hostelu zapoznać, bo choroba zaatakowała zaraz po naszym przybyciu, nie możemy nawet liczyć na szklankę wody od współlokatorów. Ale jakoś trzeba sobie radzić, no bo kto jak nie my?

Do tego dochodzą wszelkie schorzenia pokarmowe, gdy nam flora bakteryjna odwiedzanego regionu najzwyczajniej nie odpowiada, albo, pomimo zachowania wszelkich środków ostrożności w doborze jedzenia i picia, okazuje się, że woda użyta do płukania warzyw do naszej sałatki była z niepewnego źródła i podróżna biegunka gotowa. Nie wspominając już o wszelkiego typu alergiach skórnych i innych (a alergikiem jestem i czasem nawet ugryzienie komara wywołuje u mnie nietypowe reakcje skórne), jak i mojej ulubionej… chorobie lokomocyjnej, z którą walczę z marnym skutkiem od dzieciństwa. A w większości miejsc autobus jest z reguły najtańszym środkiem transportu, stąd nieustanna walka wewnętrzna: wsiąść do potwora na wiele godzin czy nie? No i zwykle wsiadam, przeprowadzając cichy dialog sama z sobą, który czasem nawet skutkuje i nudności nie nadchodzą. Innym z kolei razem drogowe serpentyny doprowadzają mnie na skraj żołądkowej i psychicznej wytrzymałości. Wtedy jednak przypominam sobie, że przecież tak wybrałam – zamiast tego mogłam być np. w wygodnym klimatyzowanym tramwaju. Tyle że w Warszawie, a nie w Meksyku.

Jedzenie – lekcja kultury

Jedzenie jest dla mnie jednym z ważniejszych aspektów podróżowania. To ta część kultury, która zdradza bardzo wiele o kraju w sposób niebezpośredni – mówi o jego klimacie, otwartości ludzi, preferencjach, a nawet historii. Aspekt kulturowy poznania przez żołądek jest nie do przecenienia, że nie wspomnę już o zwykłej przyjemności podniebienia, której po prostu nie sposób sobie odmówić – gdy… jedzenie nam odpowiada. I o ile jestem fanką kuchni większości krajów azjatyckich, arabskich, śródziemnomorskich, tego samego nie mogę powiedzieć o specjałach kulinarnych krajów latynoskich. Jakkolwiek jest i zawsze będzie to region najbliższy mojemu sercu, tak jego kuchnia zdecydowanie jest ceną, jaką płacę za tę ślepą miłość.

A cóż w niej takiego strasznego? Niby nic, po prostu jest mało zróżnicowana i bazuje głównie na mięsie. Jako że szczególną fanką mięsa nie jestem, to zwykle muszę szukać substytutów. I wydawałoby się, że w takiej Ameryce Centralnej czy na Karaibach to nic trudnego, bo większość z tych krajów ma otwarty dostęp do przynajmniej jednego wybrzeża, a niektóre nawet do dwóch. Nic bardziej mylnego! Wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, ryby i owoce morza nie są ogólnodostępnym towarem nawet w okolicach nadmorskich wielu państw Ameryki Łacińskiej, a po tygodniach jedzenia ryżu z fasolą można szczerze znienawidzić tę kombinację. Więc się uginam i czasem zamawiam lokalne potrawy mięsne. Tyle że są one zwykle tłuste, najczęściej smażone w głębokim (często wielodniowym, sądząc po zapachu) tłuszczu, na co mój nieprzyzwyczajony żołądek zwykle reaguje dość ostro. I całą przyjemność z podróżowania szlag trafia, gdy zamiast podziwiać uroki miejsca skupiamy się na szukaniu toalety. Jako, że zawsze staram się dostrzegać dobre strony każdej sytuacji, pozytywem jest to, że z każdej takiej podróży wracam kilka kilogramów lżejsza – bez specjalnych diet i wyrzeczeń.

Lokalne zaloty – lekcja asertywności 

Każda chyba kobieta (nawet jeśli otwarcie się do tego nie przyznaje) lubi być adorowana. W naszej kulturze komplementowanie pań jest zwykle częścią procesu ich zdobywania. W kulturach latynoskich czy arabskich jest aspektem codziennego życia doświadczanym na ulicy, w sklepie, w środkach transportu, że o klubach czy dyskotekach nie wspomnę. Jeśli do tego obiekt adoracji podróżuje sam i jest białą kobietą o egzotycznej dla lokalnych mężczyzn urodzie, „zalotom” nie ma końca. Jest wołanie na ulicach, gwizdanie, jęki, syczenie, mlaskanie i różna inna, ciężka do zdefiniowania, dźwiękowa kakofonia. Są też słowa. I o ile, jak w niektórych latynoskich krajach, uliczni adoratorzy wołają „linda”, czyli piękna, „mi amor”, czyli moje kochanie, „mi reina” – moja królowa, „mi vida” – moje życie, „muñeca” – lalka, to nie tylko jest to do przeżycia, ale może być nawet miłe. Ale są i określenia mniej przyjemne, których żadna kobieta nie chce słyszeć od nikogo, a już na pewno nie od obcego, napalonego faceta na ulicy. W skrajnych przypadkach zdarza się i agresja, gdy gorącokrwisty delikwent czuje się odrzucony i z owym odrzuceniem słabo sobie radzi. Byłam już świadkiem „stalkingu”, gdy moja niebieskooka blond towarzyszka podróży odrzuciła zaloty pewnego mieszkańca Karaibów, na co ten przez 2 dni wystawał pod naszą kwaterą, licząc na to, iż zmieni ona zdanie. I ok, jest to część kultury, element gorącego latynoskiego temperamentu i trzeba go zaakceptować. Ale czasem jest trudno i nawet mnie, właścicielce ciemnych włosów, brązowych oczu i sezonowo, całkiem przekonującej opalenizny, która pomaga mi się wtopić w latynoski tłum, nachodzi czasem nieodparta ochota, aby zaszyć się gdzieś, gdzie będę wolna od komentarzy, syków i innych wyrazów admiracji lokalnych erosów. Już wiem, dlaczego nie urodziłam się niebieskooką blondynką…

Klęski żywiołowe – lekcja geografii 

Kiedyś pisałam o tym, że podróżowanie skutecznie uczy pokory. Pokory względem świata zewnętrznego, zjawisk naturalnych, klęsk żywiołowych i wszystkiego tego, czego nie możemy przewidzieć, a tym bardziej kontrolować, bo jest całkowicie poza naszym zasięgiem. A my, w świecie zachodnim, lubimy mieć kontrolę. Weźmy chociażby takie tsunami w Tajlandii, które w 2004 roku zniszczyło nie tylko wakacje wielu turystom, ale życie tysiącom Tajów. Mogę sobie tylko próbować wyobrazić rozmiar tragedii, gdy 8 lat później wciąż widziałam zgliszcza tej katastrofy. Czy huragan Katrina i wiele innych, które regularnie nawiedzając Stany, siejąc spustoszenie w promieniu setek mil. Lub trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów w rejonach sejsmicznych – ostatnie chociażby w Ekwadorze.

Dwa lata temu, gdy podróżowałam po Indonezji tylko przypadkiem z wiadomości nadawanych w hotelowym telewizorze dowiedziałam się, że w rejonie, do którego następnego dnia wybierałyśmy się właśnie wybuchł wulkan, więc zarezerwowany jeszcze w Polsce przez nas samolot z Dżakarty nie wyleci i słynnych świątyń hinduistycznych na Jawie nie zobaczymy. Co więcej, trzeba całkowicie przeprojektować dalsze plany i udać się w okolice, gdzie nie dopadną nas (i naszego samolotu) wszechobecne pyły wulkaniczne, unoszące się w powietrzu jeszcze długo po wybuchu. I tak, wędrując palcem po mapie zmieniłyśmy plany i spontanicznie wylądowałyśmy na Sulawesi, jednej z najdzikszych i najmniej spenetrowanych wysp Indonezji. Tam poznałyśmy inną, nieturystyczną stronę Indonezji, biorąc udział w typowej dla zamieszkałych w owym regionie plemion ceremonii pogrzebowej, na której to gromadzi się cała wioska i obowiązkowo ubijany jest bawół. A wszystko to dzięki wulkanowi, na który strasznie na początku psioczyłyśmy, a który w rezultacie przyniósł nam mnóstwo nowych, niezapomnianych przeżyć. A na Jawę zawsze możemy wrócić…

Zwierzęta – lekcja biologii 

Natura jest często celem podróży samym w sobie, co nie zmienia faktu, że może nam tę samą podróż uprzykrzyć. Czasem pokaże nam swoją wyższość poprzez klęski żywiołowe, innym razem poprzez swoich zwierzęcych przedstawicieli. I wcale nie trzeba udawać się na safari czy inne, zorientowane na podziwianie drapieżnej fauny naszego pięknego świata, imprezy. Wystarczy pojechać w rejony, w których występują nieznane nam gatunki zwierząt, do których obecności nie jesteśmy przyzwyczajeni, stąd mniej czujni i ostrożni.

Podczas trekkingu w pustynnej Arizonie zdarzyło mi się niemal „wypić” skorpiona, który postanowił zagnieździć się w pustej butelce, którą nieświadoma świeżo napełniłam wodą. Gościa zobaczyłam w ostatniej chwili, przechylając butelkę do picia. Innym razem, w północnej Kostaryce, nie spałyśmy całą noc z moją towarzyszką podróży, zastanawiając się, czy skorpion, którego wcześniej uśmierciłyśmy na przyłóżkowej ścianie nie pozostawił żądnej zemsty rodziny, która przypadkiem również również zamieszkuje nasz pokój.

W podróży po Indonezji miałam bliski kontakt z małpą, która to w kompleksie świątynnym na Bali usiłowała porwać mojego klapka, a że byłam waleczna, postanowiła mnie ugryźć i zadrapać. Jako że na wściekliznę szczepiona nie byłam (prawdopodobnie zresztą jak owa małpa, a Bali ma historię epidemii wścieklizny), kilka godzin później, w środku nocy, zamiast na imprezie w Kuta Beach, wylądowałam w szpitalu leczenia wścieklizny, oczekując na dwa ukłucia w ramach poekspozycyjnej profilaktyki tej śmiertelnej choroby. Historię ową słyszeli chyba wszyscy moi znajomi, a po latach wciąż robi furorę w nowych kręgach, wywołując salwy śmiechu u słuchaczy. W owej poczekalni jednak, jak i jakiś czas po całym incydencie, do śmiechu wcale mi nie było.

Ugryzienie przez małpę brzmi dość egzotycznie, choć podróż mogą uprzykrzyć również mniej oryginalne okazy. Czasem komary (jeśli mamy szczególnie dla nich atrakcyjny zapach i ściągamy je z całej okolicy, jak to się dzieje w moim przypadku) mogą zamienić wyjazd w istny koszmar – ofiarą komarowego koszmaru padałam nieraz, przyciągając bestie pomimo mocnych repelentów i zadrapując się następnie do krwi. Bądź też coś, co ugryzienia komara przypomina, ale nimi nie jest. Pod osłoną meksykańskiej nocy pogryzło mnie coś, co zostawiło duże czerwone place na moich nogach i do tego równo jak od linijki. Swąd, pieczenie i ból utrzymywały się przez dwa tygodnie, a ja oskarżałam tym razem Bogu ducha winne komary. Jak się dowiedziałam zupełnie przypadkowo wiele tygodni później, miałam do czynienia nie z komarami, a pluskwami, których w hostelowych łóżkach nie brakuje. Ale dzięki temu nauczyłam się je rozpoznawać i kilku podobnych sytuacji udało mi się w przyszłości uniknąć. Poza tym, gdyby nie te wszystkie skorpiony, małpy i pluskwy, nie zobaczyłabym kolibrów, tukanów, iguan i leniwców…

Kradzieże i napady – lekcja czujności 

Muszę przyznać, że kradzieże i napady to zdecydowanie jedne z najmniej przyjemnych doświadczonych przeze w podróży przygód, ale podobnie jak choroby tropikalne, niemal wpisane w podróżniczy los. W podróży spotkałam wielu ludzi, którzy za sprawą wyrafinowanych i niezauważalnych lokalnych rabusiów ulicznych niemal z regularnością tracili telefony, portfele, a nawet biżuterię.

I mnie zdarzyło się zostać napadniętą z bronią i to pierwszego dnia mojej pierwszej w życiu, planowanej latami, podróży do Ameryki Południowej (mamo, nie czytaj!). W najbardziej europejskim mieście, za jakie zawsze miałam Buenos Aires, w biały dzień zostałam zaatakowana przez dwóch nastolatków, którzy celowali we mnie pistoletem z zamiarem przejęcia torebki wraz z jej zawartością. Jako że owa sytuacja obudziła we mnie wojownika, owe zamiary spaliły na panewce i chłopcy, przestraszywszy się, sami uciekli, co nie zmienia faktu, że owa historia mogła mieć zupełnie inny finał. Za to naukę z wydarzenia wyciągnęłam i już wiem, że następnym razem w takiej sytuacji walczyć nie będę, bo ani aparat fotograficzny, ani żadne pieniądze, karty kredytowe, czy paszport, o który tak zaciekle walczyłam, nie są warte utraty życia. Bo są rejony, gdzie chłopcom podrygiwania przestraszonej turystki niestraszne i nie tylko by nie uciekli, ale i owej broni nie zawahali się użyć.

Jak miałam okazję przekonać się w ostatniej podróży, chętnych nabywców cudzego dobytku nie brakuje w żadnych, nawet najbardziej zamożnych rejonach świata. Pierwszego dnia mojej podróży po Zachodnim Wybrzeżu USA padliśmy bowiem ofiarą włamania do samochodu, zaparkowanego w samym centrum miasta Seattle, o ironio, przed drzwiami Sądu Federalnego! A jeszcze zabawniejsze jest to, że najcenniejsze przedmioty, jak aparat fotograficzny i komputer pozostały nienaruszone, za to ofiarami grabieżców padł namiot, śpiwory i bluza z kapturem. Przynajmniej wiemy, że komuś się do czegoś przysłużyły, bo najprawdopodobniej sprawcami napadu byli bezdomni zamieszkujący na waleta parki i łąki miasta. Nie zmienia to jednak faktu, że straciliśmy szybę w samochodzie, której naprawa nie tylko zatrzymała nas w mieście na kilka dni, to jeszcze jej koszt znacznie przewyższał wartość wszystkich skradzionych przedmiotów. Nauczyliśmy się jednak na zawsze, aby rzeczy w samochodzie nie zostawiać.

Wyzysk turysty – lekcja sprytu 

Każdy, kto się w swoim życiu zapuścił w rejony, gdzie biali ludzie są w mniejszości wie, że za bycie białym płacimy wysoką cenę. I nikogo z miejscowych nie interesuje, że my nie z Ameryki, czy zamożnej Europy Zachodniej, że ledwo uciułaliśmy na ten wyjazd. Proceder inkasowania białych jak za zboże jest powszechny niemal we wszystkich częściach “niebiałego” świata – czy to oficjalnie, w formie dwóch walut jak np. na Kubie, czy różnych cenników dla tubylców i przybyszów, czy też oczekiwania wysokiego napiwku za każdą, nawet najmniejszą, usługę.

Wiele rejonów, w których autochtoni żyją z turystyki przez lata wyspecjalizowało się w wyszukanych metodach wyzysku obcych (jak np. zjawisko jineteryzmu na Kubie, o którym pisałam tutaj). I o ile jestem w stanie zaakceptować, że padam ofiarą takich praktyk, bo ktoś nie ma za co dzieci nakarmić, tak ciężko pogodzić się z przypadkami skrajnego wyzysku, który jest najzwyklejszą formą wzbogacenia się wyrafinowanych autochtonów, którzy bezwzględnie zarabiają na niewiedzy turystów.

Z przebytym czasem i kilometrami człowiek zaczyna rozumieć więcej, staje się mądrzejszy, cwańszy, a jeśli do tego zna język, to nawet ma szansę wyjść na zero. Jednak, niezależnie od tego jak świadomi i uważni jesteśmy, zawsze będziemy zdobyczą, na którą należy jedynie zastawić odpowiednią przynętę, by w końcu się złapała – bo przychodzi czas, że już nie mamy siły węszyć finansowego podstępu i odpuszczamy, bądź też nie mamy innego wyjścia – gdy chcemy zobaczyć jakieś miejsce, a pomimo wszelkich prób nabycia lokalnej usługi, jest ono jedynie dostępne w opcji turystycznej, za którą słono płacimy, bo nikogo nie interesuje, że nie godzimy się z lokalną niesprawiedliwością względem turystów.

 

Listę podróżnych wyzwań można by tak ciągnąć bez końca, ale po co? Nie stworzyłam jej, aby kogokolwiek przestraszyć i powstrzymać od odkrywania świata. Wręcz przeciwnie – aby zachęcić do świadomej eksploracji. Bo jedyną pewną rzeczą jest, że takie sytuacje będą się zdarzać i czasem nawet najlepsze przygotowanie nas od nich nie uchroni. I trzeba je traktować jako część nauki, jakiej doświadczamy w drodze – czasem bolesnej, czasem kosztownej, choć z reguły niezapomnianej. Tak jak każdy guz i siniak w dzieciństwie, wybity ząb, czy ręka w gipsie. Bo w podróży często jesteśmy jak dzieci we mgle. Ale czy podróżowanie bez tej mgły byłoby tym samym?

 

ZDJĘCIE: Wyspa Celebes, Indonezja. Luty 2014.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

eksploratorka

Eksploratorka świata i rzeczywistości wokół niej w ponad 50 odwiedzonych krajach. Miłośniczka Ameryki Łacińskiej i azjatyckiej kuchni, zafascynowana filozofiami Wschodu oraz konceptem slow travel. Pasjonatka języków obcych oraz ich wpływu na interakcję międzyludzką. Podróżniczka i blogerka z misją inspirowania Polaków do dokonywania życiowych zmian, realizacji marzeń, odkrywania siebie. Autorka wyjazdowych warsztatów życia w zgodzie z sobą. Będąc od 2 lat w drodze, na blogu eksploratorka.pl chętnie dzieli się przemyśleniami na temat podróżowania, lepszego życia oraz niekończącej się eksploracji świata, siebie i drugiego człowieka.

One thought on “Nie zawsze jest tak różowo, czyli o ciemnej stronie podróżowania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *