Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

We wrześniu ubiegłego roku wylądowałam na lotnisku JFK w Nowym Jorku z bladym zarysem kilkumiesięcznej podróży w głowie, blisko 20-kilogramowym plecakiem na plecach, noclegiem zapewnionym na pierwsze 5 dni pobytu i… głową pełną marzeń, wyobrażeń i ciekawości, co nadchodzące miesiące przyniosą. Nie brakowało wątpliwości – na ile wystarczy zgromadzony budżet, jak z bezpieczeństwem i czy podróżowanie długoterminowe (czyli wykraczające poza kilka tygodni) jest w ogóle dla mnie. Dziś, 9 miesięcy później, jestem już w Polsce i choć plecak był za ciężki, niektóre miejsca absurdalnie drogie, pewne przygody bolesne, a droga nieraz pod górkę, to wiem, że była to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Tuż przed powrotem do Polski ktoś mnie zapytał, czy wracam odzyskać pieniądze, które straciłam w podróży. Nie, wracam do kraju, gdyż zostawiłam w nim wielu bliskich mi ludzi, a pieniądze, które przeznaczyłam na podróż nie traktuję jako stratę, ale prawdopodobnie najważniejszą inwestycję swojego życia. Nie lubię bilansów. A przynajmniej tych finansowych – wolę mierzyć życie ilością i jakością doświadczeń, a nie grubością portfela (dlatego pewnie na studiach rachunkowość zaliczałam trzykrotnie). Nie chcę patrzeć na życie w kategoriach zysków i strat – wszystko jest jakąś nauką, a pieniądze tylko środkiem do celu. Bo w czasie tych 9 miesięcy mogłam spędzić w pracy przed komputerem i na firmowych spotkaniach dokładnie 180 dni, a w korkach w sumie 7,5 doby (przy założeniu godzinnego dojazdu do i z pracy, co w warszawskiej rzeczywistości jest scenariuszem raczej pozytywnym). W kategoriach finansowych, mogłam „stracić” 18 tyś polskich złotych na wynajem mieszkania w dużym mieście, bądź zbliżoną sumę na poczet instytucji bankowej, której to tęże sumę przekazywałabym regularnie co miesiąc przez kolejne 20 lat.  Mogłam też pozostać sfrustrowana, że wybieram pewną i bezpieczną opcję na życie, a wieloletnie marzenia odkładam na półkę. Zamiast tego wyjechałam, a mój bilans jest bardziej pozytywny niż kiedykolwiek, choć konto znacznie uboższe.

Zobaczyłam (miejsca)

Odwiedziłam w sumie 8 krajów, w tym USA trzykrotnie, Meksyk dwukrotnie i Kubę po raz drugi po ponad rocznej nieobecności. Poznałam krajobrazy, które wcześniej widziałam tylko na retuszowanych w Photoshopie pocztówkach, zdjęciach w sieci bądź na małym ekranie u Cejrowskiego czy Wojciechowskiej – tym razem w realu, chłonąc je wszystkimi zmysłami. Po raz pierwszy stanęłam na północnoamerykańskiej ziemi, dołączając do listy odwiedzonych krajów Stany Zjednoczone i Kanadę. Odwiedziłam 6 stanów USA,  przejechałam całe zachodnie wybrzeże Stanów od Seattle do San Diego, i zamieszkałam w pustynnej Arizonie z nieznanym mi wcześniej krajobrazem czerwonej skały i ogromnych rozmiarów kaktusów przed oknami. Zjeździłam bezkres Meksyku od Pacyfiku po Atlantyk z kukurydzianą tortillą w dłoni posmarowaną najprawdziwszym meksykańskim guacamole (Meksyk jest pierwszym producentem awokado na świecie). Podziwiałam leniwce, iguany oraz rzadkie gatunki owadów i ptaków na Kostaryce, która słynie z największej bioróżnorodności na świecie. Zamieszkiwałam wyspę uformowaną przez dwa wulkany położoną pośrodku ogromnego jeziora w Nikaragui. Na własne oczy zobaczyłam Kanał Panamski – jedną z najważniejszych dróg wodnych świata. Zakochałam się w Kolumbii, która zachwyciła mnie bogactwem krajobrazu i niezwykłą dobrocią ludzi. Na koniec zatańczyłam salsę na ukochanej Kubie, w przerwach objadając się na potęgę owocami mango, na które teraz jest sezon w rejonie Karaibów. To tylko kilka wspomnianych miejsc, a było ich o wiele więcej. I pozostaną na zawsze w pamięci, na zdjęciach i w sercu.

Zrozumiałam (kulturę)

To, że podróżowanie uczy wiele o innych kulturach wiedzą chyba wszyscy. Nie spodziewałam się jednak, że ta podróż da mi aż taki wgląd w inne zwyczaje, życie codzienne, światopogląd. Nauczyłam się sporo o latynoskiej mentalności i to z różnych perspektyw – nie tylko 6 odwiedzonych latynoskich krajów, ale też z punktu widzenia latynoskich imigrantów w Stanach zamieszkałych w Kalifornii, Arizonie czy na Florydzie. Miałam okazję zaobserwować jak żyją Meksykanie w Meksyku oraz ci zamieszkali w południowych stanach USA, a także czym różni się sytuacja Kubańczyków rezydujących na Kubie od reprezentantów blisko 2 milionowej kubańskiej diaspory w Miami. Zrozumiałam lepiej różnice w gorącym temperamencie Kolumbijczyków w porównaniu ze spokojniejszą i bardziej wyważoną osobowością mieszkańców Kostaryki. Doceniłam szczególną serdeczność i ciepłe przyjęcie Nikaraguańczyków i Kolumbijczyków, którzy w tym aspekcie wyróżniają się w gronie odwiedzonych przeze mnie krajów. Ale też żyłam tym, co ich wszystkich łączy, mówiąc w ich języku, jedząc przez wiele miesięcy ryż z fasolą, jak niemal wszyscy latynosi, obserwując jak niezależnie od kraju, wszędzie w jakimś stopniu można zaobserwować zjawisko machismu i tradycyjnej roli kobiety w społeczeństwie. Żadne z powyższych nie czyni mnie latynoską, ale na pewno daje daleko lepsze zrozumienie lokalnych realiów, niż jakakolwiek przeczytana wcześniej przeze mnie książka.

Poznałam (ludzi)

Nawiązałam dziesiątki nowych znajomości zarówno z tubylcami jak i innymi podróżującymi z całego świata. Wiele z nich ma szansę przerodzić się w wieloletnią przyjaźń, bo w podróży tak jest – jakoś tak się dzieje, że podróżnicy się spotykają – czy to jeszcze podczas tej samej wyprawy (często przypadkiem!), czy nawet kilka lat później (zdarzyło mi się kilkukrotnie), bo podczas tych wspólnie przebytych kilometrów stworzyła się jakaś niewytłumaczalna więź, która trwa pomimo upływu czasu. Poznałam ludzi, którzy myślą podobnie i utwierdziłam się w przekonaniu, że zostawienie wszystkiego i udanie się w podróż, nie jest kompletnym szaleństwem (jak zapewne sądzi wiele osób), tylko etapem na drodze samoeksploracji. Miałam też okazję poznać lokalne kultury od kuchni – nie tylko bacznie obserwując w drodze, ale również mieszkając z argentyńską rodziną w Stanach, Kolumbijczykami w Kolumbii czy Kubańczykami na Kubie. Dzieliłam z nimi radości i smutki – z niektórymi kilka dni, z innymi tygodni i miesięcy. Znalazłam kolejne dowody na to, że to co dajesz, dostajesz spowrotem, więc warto dawać dobro – niezależnie od kontynentu, kraju czy narodowości.

Opanowałam (język)

Jeśli miałam jeden konkretny cel na tę podróż (pośród wielu mglistych), to było nim płynne opanowanie hiszpańskiego, który zawsze był bliski mojemu sercu. Po wielu latach, w tej podróży, spełniłam to marzenie, a tym samym doprowadziłam do biegłości trzeci język obcy. Pierwszy kontakt z hiszpańskim miałam dokładnie 10 lat temu, jednak od „Hola, como estás” do biegłości w mówieniu i pisaniu daleka droga. Wyjeżdżając z Polski, miałam już solidną znajomość języka, ale to podróż przez kilka krajów Ameryki Łacińskiej uzbroiła mnie w płynność i pewność w mówieniu, poznałam rozmaite hiszpańskie akcenty obecne w krajach Ameryki Łacińskiej i… zaczęłam czytać hiszpańskojęzyczne powieści, co przed wyjazdem było nie do pomyślenia. Co innego przecież dogadać się z Kolumbijczykiem, a co innego przeczytać Sto Lat Samotności w oryginale. 🙂

Uwierzyłam (w siebie)

Dlaczego podróżowanie tyle uczy? Bo nieustannie zmusza nas do przekraczania własnych granic komfortu w niemal wszystkich aspektach – od kontaktu z drugim (obcym) człowiekiem, przebywania samemu, zwiększonego wysiłku fizycznego, innej diety, odmiennego klimatu, obcego języka, na nieznanej kulturze i zwyczajach skończywszy. Dzięki tej podróży ugruntowałam pewność siebie i wiarę we własne siły, stałam się odważniejsza. Bo wprawdzie już wyjeżdżając w podróż wiedziałam, że na różnych etapach będę miała towarzyszów podróży, ale od początku też było dla mnie jasne, że to moja podróż i sporą jej część przebędę sama. A o ile podróżowanie samo w sobie stawia przed nami wysokie wyzwania, tak kaliber ten rośnie, gdy mowa o samotnym podróżowaniu jako kobieta w Ameryce Łacińskiej. Do kwestii planowania, organizacji, zmęczenia, niedomagań organizmu, dochodzi jeszcze jakże ważny temat bezpieczeństwa. Ale poradziłam sobie. A w kolejną podróż ruszę już o wiele spokojniejsza i pewniejsza. Bo jestem silniejsza, bo doświadczyłam, bo się sprawdziłam i mam odwagę robić rzeczy, które wcześniej, ze strachu, pozostawały tylko w sferze marzeń.

Żyłam (tak po prostu)

Nie oszukujmy się – pracując w systemie 9-5 (bądź tak naprawdę w większości innych na pełen etat) pozostaje niewiele czasu na „pozapracowe” zainteresowania, o ile nie zarywamy nocy i nie uprawiamy wyższej akrobatyki próbując spiąć zapchany kalendarz, umieszczając w nim rozrywki i hobby. A ja zawsze lubiłam robić coś więcej. W podróży w końcu znalazłam na to czas. W czasie tych 9 miesięcy przeczytałam kilkanaście książek, zainteresowałam się medytacją i jogą, zgłębiłam nowe techniki pracy nad sobą, nauczyłam się podstaw salsy kolumbijskiej, stworzyłam od zera tego bloga. Życie szybkie i w wiecznym pędzie, w którym to zawsze próbowałam upchać maksymalną liczbę aktywności zamieniłam na wolniejsze i bardziej świadome. Miałam dużo więcej czasu na zastanowienie się, czego tak naprawdę chcę, a czego nie oraz na inspirujące rozmowy z przeróżnymi osobami, które nie tylko pokazują inny punkt widzenia, ale dostarczają też mnóstwo energii. Konsumowałam wszystko wolniej – czas, jedzenie, piwo w barze, interakcję z drugim człowiekiem. Po prostu żyłam. I to bez loftu w modnej dzielnicy, najnowszego samochodu, markowych szpilek i torebek oraz wyszukanych drinków. Za to szczęśliwa…


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!