Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!

Czy zapewnienie sobie bezpieczeństwa w podróży jest realne? To takie samo pytanie jak to, czy zapewnienie sobie stuprocentowego bezpieczeństwa gdziekolwiek jest możliwe. Chcemy wierzyć, że jesteśmy bezpieczni, gdziekolwiek się znajdziemy. Stosujemy strategie zarządzania ryzykiem w życiu i biznesie. Nie podejmujemy ryzykownych kroków, inwestycji, a nawet podróży z myślą, aby nie stracić. Badania holenderskiego socjologa Gerharda Hoefstede (o których więcej piszę tutaj w poście o tym, dlaczego Polacy nie podróżują) pokazują, że bezpieczeństwo jest dla nas jedną z najważniejszych wartości. Wskaźnik unikania niepewności, który opisuje w jaki sposób jednostki radzą sobie z niepewnością w sytuacjach nowych, nieznanych, niezbadanych u Polaków wynosi aż 93 (na 100). Społeczeństwa o wysokim wskaźniku unikania niepewności są mniej mobilne, podejmują zachowawcze decyzje finansowe, są również mniej chętne do wprowadzania wszelkich zmian w życiu, za to bardzo lubią normy, zasady i struktury, które pozwalają niepokój i uczucie niepewności zniwelować. Istnieje u nas emocjonalna potrzeba życia w zgodzie z zasadami, a wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa jest często nadrzędną potrzebą kontrolującą inne zachowania. Nie dziwne zresztą – historia nas w końcu nie rozpieszczała… A jak to jest w podróży?

Sobota, 13 stycznia nowego roku, 8 rano z minutami, szczyt wulkanu Diamond Head w stolicy stanu Hawaje. Wchodzimy na wulkan o świcie, aby podziwiać słońce wschodzące nad Honolulu. Widok jest doprawdy imponujący. Po ponad godzinie spędzonej na górze, wielu zdjęciach zrobionych z metropolią w tle, zachłyśnięci panoramą miasta, zaczynamy schodzić, bo tego dnia czeka nas jeszcze sporo do zobaczenia. A wieczorem lot na Molokai, dziką i najbardziej hawajską wyspę archipelagu. Nagle, w jednej chwili, telefony wszystkich rozbrzmiewają dziwnym, niemiłym dla uszu wysokim dźwiękiem, po którym następuje krótka lakoniczna, wysłana automatycznie, wiadomość tekstowa o tym, że na Hawaje zbliża się właśnie pocisk balistyczny. Kolejne zdanie zaleca natychmiastowe poszukiwanie schronienia oraz informację, że to bynajmniej nie ćwiczenia.

Ludzie reagują różnie, wręcz skrajnie – niektóry w kompletnej panice, inni nie robią sobie wiele z otrzymanego komunikatu. Nic dziwnego, większość odwiedzających wulkan to Japończycy, którzy nie słyną z dobrej znajomości angielskiego – możliwe więc, że nie zrozumieli wiadomości o alarmie. Po krótkim rekonesansie i ocenie sytuacji wbiegamy z powrotem na górę, gdzie znajduje się najbliższy tunel. Do tego u podnóży wulkanu bowiem już na pewno nie dobiegniemy, bo wedle szacunków od powiadomienia o alarmie do wybuchu mija zwykle maks. 15 minut – przy założeniu, że pocisk nadchodzi z Korei. Chowamy się w tunelu, czekając. Brak zasięgu nie ułatwia sprawy, bo nie otwiera się żadna strona z wiadomościami, więc poza złowieszczym powiadomieniem nie mamy nic. Po wielu próbach udaje nam się w końcu otworzyć Twitter, który pierwszy informuje o tym, że alarm jest fałszywy. Faktycznie, nie było syren, które są pierwszym znakiem alarmu. Z drugiej strony, w dobie nowych mediów, syreny wydają się przeżytkiem, czyż nie? Sprawdzały się dobrze podczas Zimnej Wojny, teraz mamy powiadomienia na nasze mądre smart-telefony. Oficjalne odwołanie alarmu przyszło jednak dopiero 38 minut od powiadomienia o nim. 38 minut świadomości, że niedługo w wyspę uderzy pocisk rakietowy, który ma unicestwić wszystko, co się na niej znajduje. Informację dostaję – o ironio – znajdując się dosłownie kilka kilometrów od głównej bazy militarnej wyspy Oahu, która zapewne byłaby pierwszym celem. A może byłoby nim centrum Honolulu, choć czy to ważne? O to przecież chodzi w ataku nuklearnym, że niewielkim wysiłkiem dotyka tysiące ludzi w promieniu wielu kilometrów.

Co się robi przez ten czas? Zależy – chyba od osoby, wiedzy, wiary w to, że można i warto przeżyć. Niektórzy desperacko szukali schronienia, inni przeciwnie – założyli, że uderzenie bomby atomowej nie pozostawi już nic, więc wykorzystywali ten czas na żegnanie się z bliskimi. Moi bliscy byli bardzo daleko – dzieliło nas 12 tys kilometrów, 11 godzin różnicy czasu i… brak zasięgu w mojej jaskini. Świadomości, że niedługo uderzy w nas siejąca nieodwracalną zagładę bomba atomowa nie da się porównać z niczym innym, choć to nie pierwsze zagrożenie życia, jakiego doświadczyłam. Pięć lat temu padłam ofiarą napadu z bronią w Buenos Aires, przeżyłam też ugryzienie potencjalnie wściekłej małpy na Bali, kilka mocnych turbulencji w samolocie, jak i wiele innych pomniejszych incydentów. A ile razy nawet nie wiedziałam, że moje życie i zdrowie są zagrożone?

Bo zagrożeń w podróży – tak jak w życiu – nie brakuje – o ciemnych stronach podróżowania piszę w osobnym poście. W podróży są one bardziej eksponowane, nagłaśniane, spektakularne. Mówią o nich media, komentują fani sensacji. Choć nieraz, gdy byłam w opresji, przyszła mi do głowy myśl o tym, że zachciało mi się przygód, więc mam, to generalnie wcale nie sądzę, że w podróży czyhają na nas niebezpieczeństwa za każdym rogiem. Pewnie statystycznie szanse są większe, szczególnie, gdy często się przemieszczamy i podróżujemy w rejony zagrożeń, ale czy w Polsce, w domu jesteśmy bezpieczni? Nie sądzę, wystarczy spojrzeć na sprawę trochę bardziej globalnie i sięgnąć pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz – położenie naszego kraju już nie raz w historii spowodowało, że cierpieliśmy – i to nie tylko jako jednostki, ale jako naród, doświadczając niejednej wojny, napaści, ataku – bez wychodzenia z domu. Czy pocisk atomowy mógłby uderzyć w Polskę? Dlaczego nie? Może nie jesteśmy bezpośrednio w objęciach Trumpa i King Dzong Una, ale ile to razy już czuliśmy zagrożenie od wujka Putina? Ostatnio, całkiem niedawno – gdy w 2014 roku rozpoczął się kryzys ukraiński (sama byłam wtedy w podróży służbowej w Moskwie i nastroje wojenne poczułam na własnej skórze). A nawet jeśliby nie uderzył, to wystarczyło, że uderzyłby w Hawaje, Trump akurat nie grałby w golfa na Florydzie, a zamiast tego wydałby natychmiastowy rozkaz kontrataku – zanim dostałby informację o tym, że pocisk zmierzający na Hawaje był fałszywym alarmem. Ten odwet byłby już bowiem nie kolejnym atakiem rakietowym, a trzecią wojną światową. Wojną o konsekwencjach tragicznych dla ludzkości na całym świecie – nie tylko na Hawajach czy w Korei. Bo, alarm na Hawajach – jak potem podano – był wynikiem błędu ludzkiego człowieka, który rzekomo nacisnął zły guzik. A jak się okazuje, największe zagrożenia militarne w historii były spowodowane ludzkim błędem właśnie. Mocarz A dostaje informację o nadchodzącej rakiecie i myśli, że mocarz B go atakuje, więc w kilkanaście minut musi podjąć decyzję o ewentualnym kontrataku. To nie jest dobry system. Nie jest też dobrą wiadomością fakt, że takie decyzje podejmują nieodpowiedni ludzie – ludzie, którymi kieruje ego, ale których my niejako wybieramy. Ale to inna historia…

Co dał mi fałszywy alarm nuklearny na Hawajach? Świadomość, że chcę żyć – tak, byłam w grupie tych ludzi, którzy czas od otrzymania złowieszczej wiadomości poświęcili na szukanie schronienia, a nie godzenie się z losem i żegnanie – jestem wojowniczką i walczę do końca, o czym więcej tutaj. Co jeszcze? Bolesną świadomość, że ta sama technologia, która umożliwia mi kontakt z ludźmi na drugim końcu świata, pracę z dowolnego miejsca na ziemi i nieograniczony dostęp do informacji może być źródłem naszej zagłady. Co jeszcze? Zmianę perspektywy, jeszcze większy dystans do siebie oraz radość z tego, że mimo wszystko żyję tak, jak chcę – podróżując, poznając świat, odkrywając, smakując. Cieszę się, że nie robiłam odruchowo smutnego podsumowania tam na górze, a zamiast tego przyszły mi na myśl piękne słowa piosenki Edith Piaf „Non! Je ne regrette rien”. Bo na koniec przecież i tak wszyscy umrzemy. Więc wolę być chyba niegrzeczną dziewczynką, bo (za słowami innej piosenki) grzeczne dziewczynki idą co prawda do nieba, a niegrzeczne wszędzie – w tym na Hawaje!

Poalarmowe przesłanie? Żyjmy w zgodzie z sobą, kochajmy jeszcze mocniej, uczmy się więcej, podróżujmy częściej, odkrywajmy, eksplorujmy, czyńmy dobro na świecie. Życie jest ulotne, ale po coś tu jesteśmy!

ZDJĘCIE: Honolulu, Hawaje, USA, styczeń 2018.


Podoba Ci się? Podziel się ze znajomymi!
Close